poniedziałek, 13 marca 2017

Wywiad z Dorotą Kościukiewicz - Markowską i Mają Markowską :)





Wbrew pozorom napisanie bajki nie jest wcale tak prostą sprawą. Potrzeba do tego zręcznego manewrowania między metaforami, jej bohaterami, a przesłaniem i morałem, jaki ze sobą niesie. Trzeba ją przemyśleć, by od początku do końca była dla jej odbiorców czytelna i zrozumiała. A inspiracją może być dosłownie wszystko i każdy.






Dzisiaj, chciałabym, abyście przeczytali o kulisach ich powstawania i nie tylko. 

Bajki Doroty powstawały w tzw. międzyczasie, misternie, a ilustracje do nich stworzyła Jej sześcioletnia córka, Maja. Piękne, kolorowe, barwne rysunki podwyższają jej walory estetyczne i dodają niesztampowości. Ale, oprócz samego procesu tworzenia książki, zadałam autorkom też inne pytania. 

Dorota Kościukiewicz - Markowska, debiut ma już za sobą. Mało osób też wie, że Jej pierwsza powieść sięga tematów bardzo dla niej osobistych, przeżyć, doświadczeń, wzlotów i upadków kobiety, która zapragnęła wybrać się na drugi koniec świata, do Meksyku, kraju tak odmiennego kulturowo i mentalnie. Jak ta przygoda ukształtowała ją na potem? Czy miała jakiś wpływ na Jej dalsze życie?


Dorota Kościukiewicz - Markowska
Fot. nadesłana z prywatnego albumu autorki.


Dwie wspaniałe autorki - mała i duża, zgodziły się na to, by udzielić mi odpowiedzi na te kilka pytań, ale odpowiedzi zaskoczą niejednego czytelnika. Dlaczego? Dowiedzcie się sami :)


Zapraszam :) 


Doroto. Jak to się stało, że „Bajeczki... nie tylko dla Majeczki” zostały wydane? Co zainspirowało Cię do tego, by napisać właśnie takie historie, które są bajkami?

Och, życie mnie zainspirowało. Maja, moja już prawie siedmioletnia córeczka mnie zainspirowała :) Świat dorosłych i dzieci potrafi być tak różny, tak inny… Nawet dziś, kiedy jestem „dorosła” i po „dorosłemu” chcę coś wyjaśnić i wytłumaczyć, to nie ma to praktycznie żadnego przełożenia. Muszę się wysilić, nie tylko ubrać coś w metaforę ale i wejść całą sobą w świat dziecka. Wtedy dziecko rozumie, reaguje, odpowiada. Ale nie jest to łatwe dla dorosłego, bo nie jest on tak bardzo w teraźniejszości, dziecko za to jest tylko w tu i teraz. Nie umie być gdzieś indziej.

My, dorośli gdzieś ciągle biegniemy, nawet jeśli nie fizycznie, to umysłem. Ten szalony umysł mknie niesiony bez żadnych ograniczeń, pędzi w przestrzeń, ciężko mu się zatrzymać. Zawsze jest coś do zrobienia. Dziecko nie czuje potrzeby bycia gdzie indziej niż jest w tej chwili, z tym, co jest. Od nas uczy się nawyków. Zarówno dobrych jak i złych
Ja chciałam napisać książkę, która będzie swego rodzaju drogowskazem dla rosnącej i dojrzewającej, potem już dorosłej Mai i nie tylko dla niej. Takim drugim, głębszym spojrzeniem w sytuacjach, które często wydają się być bez wyjścia. Szeroką perspektywą zdarzeń, sytuacji. Inną, może nawet nietypową niż ta dotychczasowa.

Chciałam żeby bajki były taką swoistą skarbnicą mądrości. Spisaną przeze mnie – czyli mamę, przede wszystkim dla niej – dla mojej córeczki.
A czym jest dla mnie mądrość? Doświadczeniem i widzeniem sytuacji z różnych perspektyw, nie osądzaniem, zrozumieniem. W każdej bajce przewija się jakiś wątek, który zawiera w sobie ziarno mądrości.

Zależy mi na tym, żeby inspirować młode społeczeństwo i oczywiście Maję do bycia mądrym, do pokazania dobrych wartości, do zainspirowania do bycia dobrym, życzliwym człowiekiem. 

Ja umiem pisać, więc zrobiłam tylko to, co umiem :) Po prostu. Nie, żebym była jak bohaterowie moich opowieści. Sama popełniam mnóstwo błędów, i niestety lub stety widzę je jak na dłoni, nie mogę od nich odwrócić głowy. Sama czasem inspiruję się swoimi tekstami :) Tak, jakby pisała to jakaś inna część mnie – mądrzejsza, bardziej świadoma, niż ta „ja” codzienna, bardzo zwyczajna.


Nie jest to Twój debiut. Pierwszą książką była powieść „Bez wysiłku” skierowana do czytelnika dorosłego. Z perspektywy tych dwóch książek, którą pisało Ci się lepiej, która zabrała więcej Twojej uwagi?

Bajki. Zdecydowanie. One po prostu można powiedzieć, że najpierw mnie uwiodły, a potem urodziły się samoistnie. Ja byłam na nie chyba bardzo gotowa. Nosiłam je w środku od dłuższego czasu. Wszystkie bajki powstały rok temu w kwietniu w ciągu trzech tygodni. One wirowały wewnątrz mnie, nabierały życia. Ja niejako tylko przelewałam na papier, to, co było już niejako stworzone. Gotowe. To trudno wyjaśnić. To jest chyba ta wena twórcza, to głębokie połączenie z czymś wyższym, niż my sami. Wtedy niejako samo się robi.

„Bez wysiłku” była zupełnie inna. To książka osobista. Spisałam w niej swoje zabarwione literacko historie. Wzloty i upadki. Podróż na koniec świata – do Meksyku. Początek był niezwykle trudny - byłam bez pieniędzy i języka, a powrót do Polski po siedmiu latach spędzonych w ciepełku nie tylko klimatycznym ale też i ludzkim wydawał się jeszcze trudniejszy. Chociaż „Bez wysiłku” opowiada historie z końca świata, to nie jest książka o podróży, chyba, że o podróży wewnętrznej, o transformacji, o dojrzewaniu do bycia w rzeczywistości bez żadnych okularów. Zarówno bez czarnych, jak i różowych.





„Bez wysiłku” nie zabrała tyle mojej uwagi, co pisanie bajek ale pisałam ją z przerwami półtora roku. Ale musiałam ją napisać, jako swego rodzaju podziękowanie dla wszechświata za cudowne doświadczenia jakich byłam uczestnikiem. Chciałam poprzez książkę pokazać czytelnikowi, że różne „cuda” zdarzają się. Jak udało się przeżyć na krańcu świata zwykłej dziewczynie ze Szczecina, to może to udać się każdemu. Trzeba tylko podjąć decyzję i postawić pierwszy krok. Zagłębić się w nieznane. Drugi krok przychodzi niemal samoistnie. I w ten sposób żyjąc - żyje się właśnie bez wysiłku, takie jest przesłanie książki. 

Muszę tylko ostrzec – szczególnie Panie, bo książka jest niemal niebezpieczna. Kilka moich znajomych dalszych i bliższych wywróciło swoje życie do góry nogami po jej przeczytaniu :) Inspiruje więc do niemałych zmian.


„Bajeczki...” są zbiorem wielu sugestywnych i mądrych opowieści. Jak wyglądała Wasza wspólna praca? Czy czytałaś na bieżąco córce bajka po bajce, a ona na bieżąco tworzyła ilustracje?

Decyzję o napisaniu książki podjęłyśmy razem z Mają. Ja Mai, odkąd zaczynała mówić, opowiadałam różne wymyślone historie. Często właśnie takie, które pozwalały jej zobaczyć dany problem z perspektywy zwierzaków czyli przenośni – wtedy ona zupełnie inaczej rozumiała lub nawet ośmielę się stwierdzić, że dopiero wtedy rozumiała, o co mi chodzi :) Tak więc te moje historie towarzyszyły nam kilka dobrych lat. Aż zachciało mi się Coś stworzyć, coś co będzie bardziej stałe, nie tak efimeryczne, jak opowiadane historie, które rozpływały się co wieczór jak mgła. Zaproponowałam Mai – nie miała wtedy nawet jeszcze sześciu lat napisanie wspólnej książki i ona z radością dziecka się na to zgodziła. Nie wiedziałyśmy jeszcze obie, na co się porywamy :)

Pierwsze były bajki. Zanurzyłam się w nie kompletnie, odkładając dosłownie wszystko. Bo gdy po kilku miesiącach od podjęcia decyzji zdałam sobie raptem sprawę, że nic w tym kierunku nie zrobiłam – rzuciłam właśnie wszystko, tak jakby napisanie tych bajek było sprawą życia i śmierci.

Tak chyba ma każdy twórca. Jak jego dzieło jest gotowe wewnątrz, to musi je wydać na świat. Tak właśnie było z bajkami. Czytałam Mai każdego wieczoru kolejną bajkę. I każdego dnia tworzyłam kolejną. Tak, że jak je czytałam Mai, to były one już gotowe, kompletne. Ja muszę tworzyć w ciszy. Zresztą okazało się, że Maja ma podobnie :)

Po napisaniu wszystkich bajek przyszedł czas na ilustracje. I o ile samo pisanie było extra szybkie, bo trwało tak jak wspominałam tylko 3 tygodnie, praca nad ilustracjami zajęła pół roku.


Fot. nadesłana z prywatnego albumu autorki.

Przed rysowaniem ilustracji często czytałam Mai po raz kolejny bajkę albo przypominałam co w bajce się działo, sugerowałam co byłoby dobrze, żeby na danej ilustracji się znalazło – w tym kontekście pomagałam. Całą pracę twórczą robiła Maja. Sama. I na koniec byłam naprawdę dumna, że podołała tej pracy. Bo to dla sześciolatki była ogromna praca. Prawie 90 rysunków! 

Widać też, jak zmieniały się rysunki. Od takich jeszcze bardzo dziecinnych, do dużo bardziej dojrzałych, przemyślanych, bardzo dokładnych. W międzyczasie Maja skończyła przedszkole i poszła do szkoły, to pewnie też miało wpływ na jej ostatnie ilustracje.


A czy czytając te historie Mai, zdarzyło Ci się konsultować je z córką? Może zdarzyło się tak, że Maja zasugerowała, by coś zmienić w jakiejś bajce? Jeśli tak, to w jakiej i co?

Nie konsultowałam :) Wiedziałam jasno i klarownie co chcę przekazać. Te bajki są bardzo dojrzałe jak dla dzieci. Mają też określoną strukturę, czasem nagłe zwroty akcji. Ja je tworzyłam tak, jak wspominałam - w samotności. W ciszy. Inaczej nie potrafię. Muszę się wyłączyć. Odłączyć. Tylko wtedy COŚ przeze mnie przepływa. Ja staję się w takim przypadku tylko odbiornikiem. Słowa płyną same. 

Gdy Maja w kwietniu ubiegłego roku wracała z przedszkola, kolejna bajka była już skończona, gotowa do przeczytania dla najbardziej bliskiego mi słuchacza – dla niej :) 


Czy odbyłaś już jakieś spotkanie autorskie z bajkami, z dziećmi? Chciałam zapytać o ich reakcje. Jak dzieci reagowały na historie z książki? Może któreś bajki wywoływały żywe dyskusje?

Dzieci są cudowne. Szczere. Autentyczne. Często na spotkaniach z dziećmi czytałam bajki. One reagują w sposób tak naturalny… Zadają pytania. Bardzo się z tego powodu cieszę, bo to znaczy, że bajki skłaniają do przemyśleń młodego czytelnika. Największe jednak wrażenie robi sytuacja, gdy „na żywo” wymyślam historie. Zaczynam od czegoś w ich przestrzeni i pokazuję jak siłą wyobraźni możemy wyjść poza pokój i stworzyć spontanicznie niezwykłą historię. Tak zawsze robiłam z historiami na dobranoc dla Mai. Ona dawała temat a ja go kontynuowałam, ona coś dopowiadała, ja szłam w tę stronę. Historie zawsze były żywe. I dzieci uwielbiają żywe historie :)

Na nasze bajki dzieci reagują świetnie. Pierwsze, to jest zaskoczenie, że ich rówieśniczka, lub nawet młodsza od nich dziewczynka stworzyła tyle rysunków. Pojawia się niedowierzanie i zaskoczenie. Potem gdy wsłuchają się w tekst okazuje się, że lubią też bajki. Dzieci są w naturalny sposób mądre i lubią, gdy traktuje się je w ten sam sposób. Z szacunkiem, życzliwością i mądrością. One wyczują najdrobniejszy fałsz, dlatego, aby pisać dla dzieci trzeba być niezwykle autentycznym. Trzeba odsłonić się kompletnie. Ściągnąć wszelkie maski i etykiety. W tym wypadku przychodzi mi na myśl mój maleńki piesek – biały maltańczyk, który wykłada się totalnie, rozciąga na pleckach, jakby mówił, „oto ja” – masz mnie całego :)

Fot. nadesłana z prywatnego albumu autorki.


Ja oddałam siebie całą w tych bajkach, dlatego chyba tak bardzo się dzieciom podobają. Zresztą podobają się one nie tylko dzieciom :)


Czy są w Twoich planach jakieś kolejne książki, które się piszą, może są w zamyśle?

Tak, nie mogłoby chyba być inaczej. Właśnie kończę pracę nad drugim wydaniem albumu „Pałac kolorów”. W sumie są w nich prawie same piękne zdjęcia robione przez wspaniałych artystów fotografików, duet Remika Kozdrę i Kasię Baczulis. Ja zajmowałam się makijażem, dyrekcją artystyczną i pisałam teksty. Tekstów na całą książkę jest tylko 19. I to w dodatku są króciuteńkie. Często jednozdaniowe, ewentualnie dwuzdaniowe. Przez ten minimalizm w ilości, słowa nabierają mocy. Trzy wyrazy dobrze dobrane na całej, pustej rozkładówce mają olbrzymią siłę przekazu. I dokładnie o to mi chodzi. Uwieść obrazem i na deser, znienacka dodać mocny tekst :)

Jestem też w trakcie kończenia kolejnej powieści. O miłości, fizyce kwantowej i zmierzaniu się z lękami, stresem, ogromnymi zmianami. O upływie czasu i o decyzjach. O świadomości. Mam nadzieję, że w tym roku też ujrzy ona światło dzienne. Sporo już osób czeka na tę powieść i mobilizuje mnie do jej skończenia. Nie przyszedł jednak na nią jeszcze czas… Przerwałam jej pisanie na rok ( w międzyczasie na jej miejsce wpadły znienacka bajki). Na kończenie tej powieści nie byłam widać gotowa. Bohater powieści znalazł się w trudnej sytuacji, i to ja muszę dojrzeć, aby pociągnąć kolejny wątek. Jak będę czuła się na tyle dojrzała, by go pociągnąć, jak dorosnę do stanu, który będzie miał mój bohater – skończę książkę. Jak zwykle – u mnie to musi przyjść „bez wysiłku”. Jak zakończenie będzie wewnątrz mnie gotowe, po prostu – urodzi się. Najważniejsze, że musi być autentyczne. Bez ściemy. Ja piszę o tym, czego sama doświadczam, co brzmi wewnątrz mnie, co jest przeżyte i skonsumowane. Ujmuję to tylko w historię, bajkę lub powieść.

Bohater dotarł do pewnego etapu, w którym nastąpiło zawieszenie. Zdaję sobie sprawę, że to jest moje zawieszenie, ale czuję już podskórnie, że książka wewnątrz dojrzewa :)


Jesteś kobietą niezwykle aktywną. Działasz na wielu płaszczyznach zawodowych i nie tylko. Co jest Twoją największą pasją i co sprawia Ci największą radość?

Absolutnie zgłębianie siebie. Można powiedzieć, że moją pasją jestem ja sama :) Wiem, brzmi to niezwykle egoistycznie i pewnie takie jest, ale zaglądanie do swojego własnego umysłu, odkrywanie tam różnych wcześniej nie znanych mi dróg -jest dla mnie niezwykłą przygodą. Podróżuję w głąb i odkrywam takie rzeczy… Nie, że same kwiatki, słoneczka i światło. Nie… Chociaż oczywiście też. Często znajduje się tam rzeczy wyparte, niechciane, brzydkie. To czego się wstydzimy nawet przed samym sobą. Staję obnażona przed samą sobą. Naga.

To daje mi medytacja uważności, którą praktykuję już od 15 lat. Od kilku lat sama jej nauczam. Cały czas jeżdżę też do mojego nauczyciela – Alana Wallace’a i dalej zgłębiam temat.

Co mi daje uważność? Bycie obecną. To tak, jak w podstawówce, gdy wyczytywali moje nazwisko i krzyczałam – „obecna”, tak teraz w życiu, w środku siebie samej czuję, że właśnie jestem obecna. Jestem. Żyję. I z tej perspektywy wszystko zaczyna wyglądać inaczej. Niby nic się nie zmienia, a jednak zmienia się cała perspektywa postrzegania rzeczywistości, a z tą nową perspektywą zmienia się cały otaczający świat. Bo zaczynasz patrzeć na niego zupełnie innymi oczami.

Fascynuje mnie także psychologia pozytywna, jej nauki i medytacje łączę właśnie podczas szkoleń w mojej Szkole Szczęścia w Szczecinie, czy w magazynie Szczęście podaj dalej.

Poza tym jestem bardzo prostą osobą. Radość - to wiedzą wszystkie najbliższe mi osoby, sprawiają mi kwiaty. Uwielbiam je! Dom bez ludzi, zwierząt i kwiatów jest dla mnie pusty. Olbrzymią radość sprawia mi to, że mój dom jest otwarty. Moi przyjaciele wiedzą, że zawsze mogą do mnie wpaść i często będzie na nich czekać talerz ciepłej zupy lub dobra herbata. Lubię ludzi, lubię słuchać ich historii, lubię kiedy wpadają do mnie prawie bez zapowiedzi. 



Fot. nadesłana z prywatnego albumu autorki.




Co jest jeszcze moją pasją?

Hmmm… życie jest też moją pasją. Każda chwila. Czy robię jogę, czy idę na spacer, czy pracuję, czy myję naczynia. Wszystko może być pasją :) Czuję, że żyję.

Olbrzymią radość sprawiają mi moi najbliżsi - kocham mojego cudownego męża, Majeczkę, moich rodziców, siostrę i moje cudne zwierzaki, kota Funia i psa – Toffie.


Fot. nadesłana z prywatnego albumu autorki.


Lubię też czasem pogotować, posprzątać. Lubię zwykłe, normalne czynności. Z czasem z jakiejś kiedyś „niezwykłej” staję się coraz bardziej zwyczajna i bardzo dobrze mi z tym :)


Chciałam zapytać jeszcze o reakcje Twoich bliskich i znajomych. Jak zareagowali na sukces, jako autorki? Kto Cię najbardziej wspiera?

Bez dwóch zdań mój mąż. To mój chodzący po ziemi anioł. Ale on wspiera mnie w każdej aktywności, czy bym pisała, czy nie :) Kocha mnie chyba naprawdę bezwarunkowo. Jak zareagowała rodzina? Oni chyba się przyzwyczaili do moich szalonych pomysłów. Nie wzrusza ich za bardzo nowa książka. Oczywiście rodzice są dumni, ale nie są zaskoczeni. To kontynuacja mojego poniekąd od studiów trochę innego postępowania. Zawsze byłam buntownikiem. Szłam w swoją stronę. Robiłam tylko to, co lubiłam. I nadal to robię. Oni wiedzą, że jak coś muszę zrobić, to muszę. Już nawet nie negują jak wymyślę coś nowego – oni wiedzą, że jak coś powstanie w moim umyśle to jest równoznaczne z realizacją. Ja żyję. Nie jestem martwa. Dlatego zawsze wyrażam siebie w sposób swobodny. Tak, jak czuje moja dusza. Nie jestem zamkniętym w klatę ptakiem. Nie muszę też walczyć z żadną klatką. Sekret leży w tym, żeby zobaczyć, że klatki nigdy nie było – to czyste złudzenie. Ludzki pretekst przed tym, by nie być tym, kim się chce być. Ja jestem tym, czym chcę być. Jest więc czas na pisanie – to jestem pisarką. Jest czas na gotowanie – to kucharką, jest czas na rozmowy – to przyjaciółką. Jestem zmienna i daję sobie przyzwolenie na bycie taką, nie zamykam się w żadnej roli, w żadnej etykiecie. 

Jakie są reakcje znajomych na mnie, na moje „sukcesy”? Celowo daję w cudzysłowie wyraz sukces, bo czymże jest ten „sukces”? Tym, że wydałam książkę? To żaden sukces, życie według wewnętrznej spójności – to jest sukces. Idę na razie drogą w tym kierunku, nie wiem czy kiedykolwiek dojdę do jej końca, ale może właśnie nie chodzi o koniec, tylko o samo podróżowanie?...

Wracając do znajomych – są powiedziałabym trzy rodzaje osób. 

Jedni fascynują się mną i poniekąd chcieliby ściągnąć ze mnie skórę i być tacy, jak ja. Te osoby nie rozumieją jednak, że mogą być tylko tacy, jak oni sami. Ja wyrażam siebie. Oni też mogą wyrażać siebie, ale nie przez kopiowanie kogokolwiek. Mnie daje szczęście np. kot i pies. Tobie wcale nie musi dawać. Szukaj w sobie, nie w kimś innym To, że jestem jaka jestem jest wynikiem wielu czynników. Jeśli z bliska popatrzymy na czyjeś życie, zobaczymy, że to, co o nim myślimy, to tylko wierzchołek góry lodowej. Reszta – większa jej część, jest zanurzona, schowana, niedostępna. To, że jestem, jaka jestem jest też m. in. spowodowane mocnymi problemami ze zdrowiem, z sercem, z nagłymi zwrotami akcji w moim życiu. Dlatego nie tracę czasu. Jak powiedziałam, cieszę się, że żyję, i… żyję.

Druga grupa znajomych ma jakąś skrywaną bardziej lub mniej złość, zazdrość. Moja konsekwencja w realizacji planów i idei denerwuje ich, przeszkadza – pokazuje im, że się da, odsłania przed nimi ich własną niekonsekwencję. I w ich oczach idę cały czas do przodu. Niby nie spadam, choć pewnie bardzo chcieliby bym w końcu spadła. A ja po prostu płynę z życiem. Jak jesteś w nurcie nie możesz spaść. Unosi cię prąd i tyle. Jestem w prądzie. Raz w cichym, spokojnym strumyku, raz w wartkim, górskim potoku, raz w wodospadzie…

Jest też i trzecia grupa, która traktuje mnie normalnie. Nie stawia na piedestale, ani mnie z niego nie zrzuca. Nie idealizuje. Te osoby cieszą się moimi sukcesami i wspierają w chwilach słabości. Tak, jak ja ich. To są moi prawdziwi przyjaciele. Ogromnie cieszę się, że są.


Coś od siebie dla czytelników: 

„Wszystko się może zdarzyć, gdy w głowie pełno marzeń”.

Nie dajcie się złapać w pułapkę, że jesteście „tylko” ludźmi. Jesteście aż LUDŹMI, i jako człowiek, macie możliwość podjęcia decyzji - zawsze świeżej, zawsze nowej. Macie możliwość tworzenia się od środka. To jest siła naszej wspólnej świadomości. Odkrycie jej w sobie daje niezwykłą moc do zauważenia w zwykłych rzeczach, rzeczy niezwykłych. Bo ja powiedział Einstein – można patrzeć na życie jakby nic nie było cudem, albo jakby cudem było wszystko.

Tego Wam życzę, aby Wasze życie było takie, żeby cudem dla Was było wszystko. Pierwszy promień słońca o poranku, zapach świeżej kawy, ciepły uśmiech przechodnia po drugiej stronie ulicy… 

I przede wszystkim aby dostrzec w życiu miłość, najcenniejszy dar, aby ją odczuwać i dawać, a nie czekać jak nędznik na to, że ktoś nam jakiś ochłap do naszej biednej miseczki wrzuci. Chyba chodzi o to, by wyjść w końcu z roli ofiary, bez popadania w skrajną rolę wybawcy czy oprawcy.

Jeśli chcemy być szczęśliwi, musimy zmienić punkt postrzegania. To wszystko.

Co do bajek? - trzeba je po prostu przeczytać… :)


Pytania do Mai :)



Maja Markowska
Fot. nadesłana z prywatnego albumu autorki.


Maju, masz kilka lat, a już jesteś współautorką książki. Jak się czujesz w tak poważnej roli?

Ogólnie to normalnie :) Trochę się wstydzę na wywiadach i prezentacjach ale jestem też dumna, że zrobiłyśmy z mamą wspólną książkę.


Kiedy tworzyłaś rysunki do bajek, które sprawiały Ci problem, a które jednak wielką radość?

Problem sprawiały mi ilustracje do bajki pt. „O żyrafie, która wierzyła, że jest żółwiem” - jak rysowałam słonia, to mi nie wychodził i trochę się złościłam. Zaczynałam wciąż od nowa, aż się udało. Ciężko też było z ilustracjami do „O osiołku, który siedział w domku” – to były ostatnie ilustracje narysowane przeze mnie do książki i byłam już bardzo zmęczona. Ale z drzewa z tej bajki jestem bardzo zadowolona, bardzo się starałam żeby wyszło ładnie. Każdy listek rysowałam osobno różnymi odcieniami zieleni i podoba mi się jak na koniec wyszło :)

Wielką radość sprawiało mi rysowanie ilustracji do bajki o słowiku, który przestał śpiewać. Lubię rysować ptaki, rysowanie tych ilustracji było dla mnie bardzo przyjemne. Lubiłam też rysować kozy do bajki pt. „Gdyby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała”, oraz elfa z bajki o świętej krowie. 


Fot. nadesłana z prywatnego albumu autorki.


Czy jest jakaś bajka, którą najbardziej lubisz, która wywarła na Tobie największe wrażenie?

Bajka o kózce. Podobała mi się ta zakazana kraina i dziadek kózki, który mówił mądre rzeczy.

Podobała mi się też bajka o wilczku, jak mama go znalazła i znów mogli być razem. 

Lubię też bajkę o Dużej, która nie potrafiła kochać. 


Fot. nadesłana z prywatnego albumu autorki.




Na pewno masz jakieś zainteresowania. Co lubisz robisz w wolnym czasie?

W wolnym czasie lubię rysować i wycinać, szkicować. Lubię też oglądać filmy i teledyski dla dzieci, czy bawić się z moim pieskiem. Lubię też bawić się w gry planszowe z moimi rodzicami. 


Fot. nadesłana z prywatnego albumu autorki.






Jak zachęciłabyś inne dzieci, takie, które nie lubią czytać, by sięgały częściej po książki?

Żeby poprosiły swoją mamę, żeby im poczytała. Kolorowa książka dla dzieci jest bardzo dobra dla mózgu, bo dzieci rozwijają się czytając i oglądając książkę. Książka też jest fajna na wspólne spędzenie czasu z rodzicami. 

Co chciałabyś powiedzieć innym dzieciom:

Dzieci, ja sama zilustrowałam taką dużą, kolorową książkę. A wiecie kiedy robiłam te wszystkie rysunki? Kiedy miałam sześć lat. To było moje marzenie skończyć książkę. I jak masz marzenie i coś robisz w tym kierunku, to ono w końcu się spełni :)

Fot. nadesłana z prywatnego albumu autorki.


Dziękuję sympatycznym autorkom za rozmowę :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz