„Cierpienie zamknięte w paczce papierosów” Monika Marciniak. Gdy cierpi dusza, cierpi też ciało...






Wydawnictwo Novae Res

Ilość stron: 169

Rok wydania: 2016

Książkę znajdziecie:





Książka trochę tajemnicza, zagadkowa, z mnóstwem porównań, metafor, będąca jakby wyrywkiem z pamiętnika przepełnionego goryczą, bólem, udręką, buntem, odrzuceniem. Książka, która potrafi wywołać mnóstwo, często skrajnych emocji, ale też sprawić, że czytelnik zacznie zadawać sobie liczne pytania. To zapis, taki trochę w wielkim skrócie pewnych wycinków z życia. Zadziwiające jest, ile jej autorka musiała w żuciu przejść i na to wygląda, że dalej przechodzi, bowiem zakończenie książki nie jest wcale takie jednoznaczne i kategoryczne, ono jakby trwa cały czas.


Czytając monolog autorki zastanawiałam się, jak to możliwe, że w wieku dziesięciu raptem lat, będąc dzieckiem można zachorować na głęboką depresję. Okazuje się, że to całkiem możliwe. Monika nie miała lekko od dziecka. Najpierw patrzyła na chorobę ojca, który zmagał się ze schizofrenią, potem popadł w alkoholizm, następnie starała się zrozumieć matkę, która po samobójstwie ojca starała się wynagrodzić wszystkie lata cierpienia ich całej rodziny, oddając się całkowicie pracy, by dzieciom zapewnić dalej godziwe warunki bytowe. Monika miała jeszcze dwójkę braci. Kiedy w wieku wczesnoszkolnym zaczęło się z dziewczyną dziać coś kompletnie dziwnego i niezrozumiałego, matka starała się szukać wszędzie gdzie tylko możliwe pomocy. To normalne, że matka rozpaczliwie chce pomóc dziecku, jednak nie zawsze ta pomoc jest właściwie zdiagnozowana. Pomoc może przyjść niekiedy nawet za późno.

„Byłam pogrążona w totalnym smutku. Chodziłam jak bezdomne dziecko – bez uśmiechu na twarzy i bez celu. Matka często pytała mnie, co jest powodem mojego przygnębienia i płaczu, który codziennie roznosił się jak echo po małym pokoju, w którym mieszkałam razem z braćmi. Nie potrafiłam odpowiedzieć zatroskanej matce. Mówiłam, że nie mam tak naprawdę powodów i sama nie wiem, dlaczego to się ze mną dzieje, a działo się stale, co nie dawało domownikom chwili wytchnienia. Męczyli się ze mną, nie mogąc znaleźć rozwiązania i nie znając lekarstw na moje udręki. Będąc świadoma kłopotu, który sprawiałam bliskim, popadałam w coraz bardziej nieznośny stan. Musiałam to jednak jakoś przetrwać. Mimo wielu słabości, które sprawiały, że mówiłam o śmierci, chciałam jeszcze żyć.”

Po diagnozie, Monika trafia do szpitala, w którym to dowiaduje się o kolejnej swojej chorobie, która podstępnie, pod płaszczykiem depresji zaczęła się rozwijać i kiełkować. Schizofrenia. Dziedziczna, nabyta? Nikt tak do końca nie wie, jak to jest z chorobami psychotycznymi, dotykającymi nasz mózg, który tworzy w swojej rzeczywistości obrazy czasami przyprawiającymi o gęsią skórkę. Wspomnienia, jakie opisuje autorka są tak sugestywne, że wręcz przytłaczające, a nawet momentami zakrawające o totalny absurd, takie, które odczuwa się czytając. Miałam wrażenie, że jestem w epicentrum jakichś kompletnie niedorzecznych wydarzeń. Jestem jednak w stanie w nie uwierzyć, bo chory mózg potrafi działać na zupełnie innych emocjach.




Jako nastolatka po raz pierwszy zaczęła popalać papierosy. To one napędzały ją do działania i chęci zatapiania się w nikotynie, która stała się wręcz nałogiem. Jedni ubóstwiają narkotyki, drudzy alkohol, a jeszcze inni papierosy. Tak było w przypadku Moniki. Najbardziej wstrząsające dla mnie były sceny zbierania petów z chodników, ulic, byle tylko móc jeszcze je w jakiś sposób wypalić, dopalić, zatopić się w ich dymie, jak najgorszy menel, człowiek wyzuty z godności. To przykre i wręcz bulwersujące, jak to, kiedy będąc w ciąży nie zrezygnowała z palenia.

Dalej, to zapiski z życia kobiety, która pod wpływem ciąży zmieniła nastawienie do świata, ale nie do palenia. I przez moment wydawało się, że już będzie dobrze. Monika wpada ze skrajności w skrajność. Dopada ją depresja poporodowa. Kolejne ciężkie tygodnie, dni wypełnione bólem i niezrozumieniem, ale wciąż w towarzystwie papierosowego dymu.

„Dla mnie tytoń nie był jedynie uzależnieniem. To nie tylko nikotyna, którą wdychałam na co dzień do swoich płuc, lecz cały rytuał odprawiany każdego dnia. Czciłam tę chwilę jak bóstwo, które zaszczyciło mnie swym widokiem, i celebrowałam jak ceremonię; przepychem swych przyjemności każdego dnia wielokrotnie rozpieszczała mnie, mój umysł i zmysły.”

Nie jest przyjemne chorować, czuć się obco we własnym ciele, które ewidentnie nie współgra z duszą. Wcale się nie dziwię, że Monika czuła się nierozumiana, odrzuca przez znajomych, uciekała od nich. Ciężko zidentyfikować się samemu ze sobą, co dopiero ze światem i rzeczywistością, którą nie można wpasować do siebie, własnych potrzeb, pragnień. Jak zbędny element w układance. 


Jednych będzie ta książka szokować, innych zadziwiać, wprawiać w konsternację, a jeszcze inni po prostu potraktują ją jak przerysowaną opowieść, kaprys autorki. Moim skromnym zdaniem, książkę tę powinien przeczytać każdy, kto ma na to ochotę i czują potrzebę zatopienia się w świat niezrozumiany, nieokreślony do końca, zaskakujący momentami. Niech to będzie taka lekcja pokory. Ciężko zidentyfikować się zdrowemu człowiekowi ze światem tego, który choruje na tę dosyć nietypową chorobę, która stawia przed nami więcej pytań, niż udziela odpowiedzi. 


„Cierpienie zamknięte w paczce papierosów” Moniki Marciniak to przede wszystkim monolog autorki, która próbuje odnaleźć sama siebie, zrozumieć to, co Jej się przytrafiło. To książka tak przewrotna, wysnuta z wyobraźni autorki, co prawdziwa do bólu samotności i odbijania się od własnych marzeń. Książka, która jeszcze nie ma zakończenia, ona jest wciąż otwarta i pisze się sama. 


Polecam!


Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu:




Komentarze

Popularne posty