środa, 17 maja 2017

Premiery Wydawnictwa Replika :)





Nakładem Wydawnictw Replika ukazały się następujące tytuły:



Liczba stron: 368

Tytuł dostępny:



Siedem obcych sobie osób, których pozornie nic nie łączy. Zanurzeni w swojej codzienności, przeżywają drobne radości i borykają się ze zwykłymi problemami – zauroczeni życiem, a jednak w pewien sposób nim rozczarowani. Pewnego dnia ich drogi krzyżują się w urokliwym pensjonacie „Raj”, położonym u stóp Śnieżnika. Tam otwierają się na siebie nawzajem, zaczynają się poznawać, rozmawiać, nawiązują się przyjaźnie. Wtedy właśnie dochodzi do wypadku. 

Agnieszka, młoda absolwentka socjologii, wynajęta do zbadania okoliczności zajścia, odkryje, że to, co zdarzyło się w górach, będzie miało znaczący wpływ także na jej życie. Co tak naprawdę się wydarzyło? Kto zawinił? Czy wypadek sprawi, że pogmatwane historie życia osób biorących w nim udział w końcu się wyprostują? 

Wolność wyboru to nie wszystko, jest jeszcze ciężar jego podjęcia. Bohaterowie tej powieści szukają źródła szczęścia i zadowolenia. I znajdują je! Chcecie się przekonać, co nim jest? 
Aneta Kwaśniewska 
ksiazkiweterze.pl


FRAGMENT POWIEŚCI:

7 lipca 2015 
Siedziała na ławce w parku Mickiewicza i w gazecie przeglądała ogłoszenia. Znów nie znalazła nic dotyczącego jej branży. Rano byli u notariusza, podpisali umowę, no i stała się współwłaścicielką lokalu, który za parę miesięcy miał być jej miejscem życia. Czuła się nieswojo po tym, co zrobiła. 
Powie im, ale jeszcze nie teraz. 
Chciała wrzucić gazetę do kosza, ale jej uwagę przykuł niewielki anons na końcu strony: „Jesteś dziewczyną, która otworzy każde drzwi? Posiadasz auto, prawo jazdy i humanistyczne wykształcenie? Jeśli tak, to właśnie Ciebie szukamy”. 
Wyciągnęła z kieszeni komórkę i zadzwoniła. Usłyszała męski głos, należący raczej do osoby młodej, tak jej się wydawało. Słuchała tego, co mężczyzna miał jej do zaproponowania. 
– No, super. Tak, wszystko jest dla mnie jasne. Będę. Ulica Wrocławska, zielona kamienica, za półtorej godziny. Spotkam się z panem Mariuszem Hetmanem. 
– Nie zapomnij o dokumentach. Jak wyglądasz z badaniami lekarskimi? 
– Mam aktualne. 
– Super. Przypomnij mi swoje imię i nazwisko – usłyszała. 
– Agnieszka Wrońska. 
– Brońska? 
– Nie, Wrońska, przez wu. 
Mariusz nie silił się na pogawędkę, jak czyniło to wielu przed nim. Większość jej wcześniejszych telefonicznych zapytań o pracę kończyła się w podobny sposób: 
– Za parę dni zadzwonimy. 
– Super. To podam swój numer telefonu. 
– Nie trzeba. Zadzwonimy. 
Agnieszka niedawno uzyskała licencjat z politologii. To był jej drugi kierunek studiów. Rok wcześniej została magistrem socjologii. W planach miała jeszcze anglistykę, wprawdzie znała ten język bardzo dobrze, ale cóż szkodziło zdobyć kolejny papier? Studiując spełniała się społecznie, najpierw tworząc koło „Rekiny humanistyki”, potem nim zarządzając. Nie musiała troszczyć się o pieniądze, studia finansował jej tata, życie rozrywkowe też, ale dotąd wypłacalna rodzinna firma niestety wpadła w spiralę zadłużenia, zaczęły się kłopoty, a w domu od paru miesięcy mówiło się o likwidacji działalności i o oszczędzaniu. Stefan Wroński, wypalony długoletnim zarządzaniem, nie sprostał czasom i ekspansji firm ze znacznie większym kapitałem, najczęściej nie polskim. Agnieszka podsłuchała rozmowę rodziców na ten temat. Wystraszyła się wtedy. To było mniej więcej w tym samym czasie, kiedy razem z Szymkiem zdecydowali się na zakup mieszkania. Nie mogła się już wtedy wycofać. 
Przeszła Aleją Niepodległości w stronę Teatru Wielkiego, gdzie na parkingu zostawiła auto. Wsiadła i od razu uchyliła okno. Było parno, miasto dusiło się od słońca i spalin, poznaniacy czekali na deszcz. Spojrzała na zegarek. Miała sporo czasu do umówionego spotkania. Zapaliła silnik, wyjechała z parkingu i skierowała się w stronę ulicy Solnej. Mieszkała z rodzicami na obrzeżach Poznania, właściwie na wsi, w willi na Hubach Moraskich. 
Zastanawiając się, co na siebie włoży i jak się zaprezentuje podczas rozmowy o pracę, zorientowała się, że za Żurawińcem zjechała z ulicy Umultowskiej i drogą bez asfaltu dojeżdżała właśnie do domu. Nie lubiła ciszy panującej w tej okolicy, potrzebowała ruchu, dynamiki i ludzi. Żyła głównie w centrum miasta, a lokalizacja domu rodzinnego była dla niej po prostu niewygodna. By rano dojechać do centrum, stała w kilometrowych korkach, zaś wieczorem, gdy zabawiła za długo w pubie i była po drinku, musiała zostawać na noc u koleżanki albo u Szymona, bo na taksówkę wydałaby majątek. 
Mamę zastała siedzącą w patio w ogrodzie. Okna były otwarte na całą szerokość, drzwi ledwie domknięte, a Danuta Wrońska nawet nie zauważyła, że córka jak burza przemknęła po domu. Wprawdzie trwało to zaledwie kilka minut, ale przecież dziewczyna narobiła sporo hałasu, choćby trzaskając drzwiczkami od szaf. Wychodząc, głośno trzasnęła drzwiami. Specjalnie tak zrobiła. Aga była pewna, że gdyby złodziej chciał wejść do domu i go ze wszystkiego ogołocić, mama wcale by tego nie zauważyła. Nie potrafiła jej zrozumieć, nie po-trafiła do niej dotrzeć. 
To nie tak miało być, żeby córka wychowywała matkę. Tym razem udało jej się przejechać ulicę Naramowicką bez postojów, a zielone światła zapalały się, gdy podjeżdżała do skrzyżowań. Do centrum miasta dojechała w kilkadziesiąt minut. Zostawiła auto w podziemnym parkingu pod Kupcem Poznańskim i po kilku minutach stanęła przed budynkiem na ulicy Wrocławskiej. Stara kamienica z zewnątrz wyglądała skromnie, tylko okna i drzwi były nowe, a po wejściu do środka okazało się, że i klatka schodowa została odremontowana, jeszcze czuć było zapach farby i drewna z balustrad. W budynku panowała cisza, słychać było tylko kroki Agnieszki po trzeszczących schodach. Przystanęła na pierwszym piętrze przed drzwiami z tabliczką: Biuro „Indagacja”. Nazwa ją zaskoczyła. Kojarzyła się z infiltracją. Brrr. Oglądała film o tym tytule, miał być sensacyjny, tymczasem dla niej okazał się thrillerem. Najbardziej przerażający był Jack Nicholson w roli Franka Costello. Wzięła głęboki oddech i wcisnęła dzwonek. 
Do spotkań w sprawie pracy zawsze była bardzo dobrze przygotowana, obce jej były kompleksy, dobrze się czuła w swojej skórze, co było widać i co nadawało jej zadziorności, a nawet bezczelności. Agnieszka była niska, drobna, miała śniadą cerę i ciemne, błyszczące włosy do ramion. Tym razem założyła letnie spodnium w łososiowym kolorze i popielate sandały na bardzo wysokiej platformie. 
Drzwi otworzyła atrakcyjna dziewczyna, mniej więcej rówieśniczka Agi, i nie pytając o nazwisko, zaprowadziła ją do pokoju. Przy dwóch biurkach siedzieli dwaj mężczyźni, na pierwszy rzut oka nieco od Agnieszki starsi. 
– Dzień dobry. Wrońska – przedstawiła się. 
– Witaj, tak, tak, jesteśmy umówieni. – Blondyn uniósł wzrok znad dokumentów, zatrzymał go na chwilę na sylwetce dziewczyny, wstał zza biurka i nie patrząc na przybyłą, wyszedł z pokoju, zabierając ze sobą segregator z naklejką na grzbiecie, oznaczoną numerem trzydzieści siedem. Drzwi zostawił otwarte. Agnieszka ruszyła za nim. 
Pokój obok był niewielki, sprawiałby wrażenie klubowego (stały tam dwa czerwone wygodne fotele i stolik), gdyby nie to, że dwie ściany były zabudowane regałami, na których umieszczono takie same brązowe segregatory opisane numerami na grzbietach. 
– Pierwsze, co musisz wiedzieć i zaakceptować – blondyn miał miły głos, ale mówił twardo, bez cienia uśmiechu – nasi klienci są niecierpliwi, działamy pod presją, nieraz łamiąc konwenanse, i prawie zawsze poruszamy się po drogach na skróty. Czy jesteś na to gotowa? 
Agnieszka chciała powiedzieć, że na skróty i pod presją można działać także z miłym uśmiechem na twarzy, ale ugryzła się w język. Była odważna, niewiele rzeczy zbijało ją z pantałyku, wręcz lubiła przeszkody. Wolała jednak mieć jasność i w nic szkaradnego przy okazji nie wdepnąć. 
– Owszem, jestem gotowa na wiele, oczywiście presja też nie jest dla mnie przeszkodą, skróty nawet lubię, pod warunkiem, że z tego powodu nie zawędruję za kratki. – Spojrzała blondynowi w oczy. Patrzyli na siebie dłuższą chwilę. 
– Nie ma obaw – lekko się skrzywił, co uznała za uśmiech, ale potem jego mina zdradzała już nieco większy ślad aprobaty. – Widzę, moja droga, że dasz sobie radę. Witaj w organizacji. Mów mi Mariusz. Nazywam się Hetman, gdybyś zechciała mnie sobie sprawdzić w Googlach. – Uśmiechnął się szeroko, podając Agnieszce rękę. Od razu stał się sympatyczniejszy. Otworzył segregator i położył go przed dziewczyną. 
– Przeczytaj. To będzie twoja pierwsza sprawa. 
Było tam ksero strony z Gazety Dolnośląskiej. Czerwonym flamastrem ktoś zakreślił notkę. 
Niespotykany wypadek. 11 maja 2015 roku o 10.50 Marcel S. (40 l.) zawiadomił posterunek policji oraz pogotowie ratunkowe o wypadku. Przy dzikim zejściu ze Szczelińca z urwiska spadli wszyscy uczestnicy wycieczki, której był organizatorem. Lekarze zapewnili, że nikt nie odniósł poważnych obrażeń. Jedynymi świadkami wypadku były podobno kozy. 
– Dodam jeszcze to, co mi powiedziano w szpitalu w Kłodzku. Mianowicie, że turyści owi koniecznie chcieli wrócić jeszcze tego samego dnia do Kletna, jednak musieli zostać na kilkugodzinnej obserwacji. Położono wszystkich w wieloosobowej sali, choć koedukacja nie była w zwyczaju tego szpitala. Do nocy co chwilę wybuchały tam salwy śmiechu. 
Kurczę! Jedenasty maja – to całkiem niedawno. W głowie Agi rodziło się mnóstwo pomysłów i scenariuszy. To niewątpliwie była sprawa dla niej. Mariusz przyglądał się dziewczynie wyraźnie zadowolony. 
– W teczce masz dane uczestników, niewiele tego, ale coś już jest. Masz konto bankowe? 
– Tak. 
– Swoje dokumenty zostaw u Ani, to dziewczyna, która cię powitała na progu, z nią załatwisz wszystkie formalności. Dostaniesz budżet i dzisiaj gotówkę na pierwsze wydatki. Potem pójdą przelewy na twoje konto. Zaczynaj. I jeszcze jedno. Nasze działania są niejawne, obowiązuje cię tajemnica, oczywiście Ania da ci do podpisu stosowne oświadczenie. 
Po rozmowie Agnieszka wyszła z budynku wyraźnie podekscytowana. W kawiarni na Rynku zamówiła kawę i zaczęła przeglądać w smartfonie dane na temat Gór Stołowych, Szczelińca, Kletna i w ogóle tamtych rejonów. Wambierzyce, Kudowa Zdrój, Kaplica Czaszek, Polanica Zdrój, Błędne Skały, mnóstwo atrakcji w pobliżu. Blisko do Czech. Łoł. Czas wykonania zadania – półtora miesiąca. Budżet – cztery tysiące złotych plus kilometrówka. Wynagrodzenie wcale nie było śmieciowe, wystarczające na początek. Agnieszka była oszczędna. 
Otworzyła teczkę z notkami i dokumentami i zaczęła czytać. Dziwne towarzystwo, w różnym wieku, od dwudziestu paru lat do czterdziestu, dwoje z Poznania, dwoje z Warszawy, jedna dziewczyna z Londynu, ale z urodzenia (jak wynikało z notatek) wrocławianka. Aga poukładała na kolanach fiszki z wiadomościami o uczestnikach. Starała się zapamiętać ich imiona, powtarzała sobie je na głos. To nawyk studencki. Potem posegregowała według miejsca zamieszkania. Ewa Wilczewska. Kolejny byłby Piotr Sobański. Oboje byli poznaniakami. Wiktor Radecki i Julia Grodzicz, warszawiacy. Na końcu Antonina Kulig, Londyn i Wrocław. Właściciel – Marcel, także z Wrocławia. 
Co to za ludzie? Czym się zajmowali zawodowo? Jaki był ich status, czy mieli rodziny? Dlaczego długi majowy weekend spędzali samotnie? A może to były pary? Ewa i Piotr. Julia i Wiktor. Nawet Antonina mogła być dziewczyną organizatora imprezy. Dlaczego znaleźli się w tamtych stronach, w końcu to nie był popularny kierunek wypoczynku dla warszawiaków? 
Na Facebooku Aga znalazła tylko Ewę Wilczewską. Przejrzała jej walla i przeczytała informacje, niewiele tego było: gdzie pracuje i czym się zajmuje. Ktoś z okazji Nowego Roku życzył jej i Miłoszowi dużo miłości. Więc doszedł Miłosz. Jeśli życzono im miłości, to pewnie nie był on mężem Ewy. Albo był?
Mnóstwo pytań! 




Liczba stron: 304

Tytuł dostępny:



Oddaję Państwu w dłonie teksty pisane uczciwie i solidnym atramentem własnych emocji i przeczuć. 

Nie kryję sympatii, nie ceregielę się z tymi, których nie poważam. 

Niewiele mogę zdziałać, ale jeśli Dziennik chuligana nie pozostawi Was letnimi, jeśli będzie potrafił zapalić i skłonić do działania, to przypnę sobie Państwa emocje do klapy jak najlepsze odznaczenie. 

A jeżeli wkurzycie się na mnie i obsobaczycie najgorszymi słowami, jeśli uznacie, żem waryjat i człek cholerny – to też podskoczę z ukontentowania. Chuligaństwo polega bowiem na płataniu i takich facecji. 

Kiedyś miałem dobre maniery i uważałem, że można nimi wiele zdziałać. Dziś już nie mam czasu na branie bułki przez bibułkę. Czasami więc zamiast misternej puenty i skrzącego się od wykwintności sylogizmu pojawia się „piącha” i przyłożenie z byczka. 

Uczciwego chuligana różni jednak od prostaka i chama wyczucie subtelnej nutki honoru. Chuligan zna swoje miejsce w szyku. 

Wiedział o tym Andrzej Bobkowski, staram się przestrzegać tej zasady i ja. 

Nie ma co dużo gadać. Przeczytajcie sami… 


Witold Gadowski o sobie: 

Jestem człowiekiem w nieustannym ruchu. Uważam się za dziennikarza, reportera opisującego rzeczywistość taką jaka ona jest. Bywam pisarzem, poetą, autorem piosenek, zajmuję się także filozofowaniem i publicystycznym opisem otaczającego mnie świata. Staram się być niezależny i prawdomówny.


FRAGMENT POWIEŚCI:

Zamiast wstępu 
Jak to wszystko potoczy się dalej? 
Czasem wydaje się, że łatwiej jest przejąć władzę w Polsce niż czegoś dla niej dokonać. Ci, którzy dotąd rządzili w Polsce, to cieniutka warstwa nawieziona nad Wisłę jeszcze przez Stalina. Długo trwało, zanim Polacy tupnęli na nich nogą. Stało się i oby zmiana zaszła już bezpowrotnie. 
Patrzę na portret Ziuka, który wisi na mojej ścianie i niezmiennie zadaje mi trudne pytania. Oj, gdybym znał na nie odpowiedzi… 
I tak od 1989 roku mówi dziad do obrazu. 
Zdarzają się jednak takie momenty, że obraz nabiera bardziej pąsowych barw i Ziuk przemawia do mnie swym obcesowym, barwnym stylem: 
– A wiesz ty… – ozwał się jednego razu. – Ty, ty! – Znacząco wskazał w moim kierunku. – Ani wojny na dwa fronty prowadzić nie możemy, ani też nie powinniśmy psuć sobie stosunków z sąsiadami – wycedził. – Ty nie siedź tu jak baran i nie temperuj tej swojej maszynki – z niechęcią spojrzał na klawiaturę mojego komputera. – Ty zgoń tu dobrych towarzyszy i konspirować zacznijcie jak Pan Bóg Polakom już dawno przykazał! – Mimo woli wyprężyłem się jak struna. – Ty gamoniu, tak jak moje leguny ino byś se podśpiewywał, że ni z tego, ni z owego była Polska na pierwszego. – Zgromił mnie błyskiem spod krzaczastej brwi. 
I tak sobie z Ziukiem od czasu do czasu gwarzę. 
Jak tylko do mnie przemówi, to ja łaps za komputer i smażę felieton. Nazbierało się tego sporo. 
Ostatnio zaczął mi na Chiny pokazywać. 
– Patrz na kitajską stronę. To dopiero cwane bestie. Cicho jadą, a jak już daleko zajechali. – Obudził mnie kiedyś, gdy drzemałem nad niedopitą filiżanką kawy. 
– Wszelki duch! – wrzasnąłem. 
– Ty nie zaczynaj tu egzorcyzmów, tylko skrobnij o Kitaju i jakie tam mogą być polskie interesa. Sowietom nie ufaj, ale z Ruskimi trza mieć jakąś sztamę, bo inaczej Szwaby nas wykończą. Ale pamiętaj: zawczasu określić możemy, czym będzie Rosja po usunięciu samowładnego rządu. Wyżej łba uszy nie rosną, jak mówi przysłowie rosyjskie, i stosownie do tego demokratyczność przyszłej konstytucji nie przerośnie samego społeczeństwa – dodał zamyślony. 
– No to jak w końcu, tak czy tak? – zapytałem skołowany. 
– I tak, i tak. Polityka to nie dojenie krowy, tu trza wiedzieć, jak stanąć i kiedy… 
Zaintrygowany pytałem, a on jak na złość zamilkł i milczał jak namalowany. 
Kiedyś jednak czytałem coś durnego (jak zwykle) w „Gazecie Wyborczej” i wtedy wprost nad uchem mi zabuczał: 
– Ja nikomu prawie nie wierzę, a cóż dopiero Niemcom. Muszę jednak grać, bo Zachód jest obecnie parszywieńki. Jeżeli niebawem nie przejrzy i nie stwardnieje, trzeba będzie przestawić się w pracach. To już w 1934 mówiłem, i co… – Głos zawiesił, a ja w nim wyczułem jakby skargę dziecięcą jakąś. 
Tego samego dnia, gdy się do snu już układałem, usłyszałem: 
– W polityce zagranicznej nasze pole działania jest na wschodzie. Tam możemy być silni. Bezsensownym jest wdawanie się Polski zbyt skwapliwie w stosunki zagraniczne zachodnie dlatego, ponieważ tam nic innego nie może nas czekać, jak tylko włażenie Zachodowi w dupę... i bycie w tej dupie obsrywanym. 
No i masz. Znów – prawie do piania kurów – ni na chwilkę oka nie zmrużyłem. 
Takie mam z tym moim Komendantem perypetie. 
Uprzedzam, nie wieszajcie sobie na ścianach jego portretów, bo będziecie potem ciężko tym doświadczeni. 
Sto cztery lata temu urodził się Andrzej Bobkowski, pisarz wyjątkowy, osobny i wolny. Nienawidził komunizmu, sobaczył na Europę, a szczególnie na Francję. 
Przewidział dzisiejszy stan Starego Kontynentu – jego kompletne sflaczenie i bezruch. Ten bezruch znamionuje przerażonego szczura, w którego wpatruje się mordercza kobra. 
Bobkowski swojego ulubionego kota nazwał „Chuligan”, a siebie samego określił mianem „Chuligana wolności”. 
Z Bobkowskim łączy mnie kilka lat, które spędził na krakowskich Dębnikach. Z tych Dębnik wyniósł smakowite powiedzonko, którym obdarzał kolaborujących z PRL-em pisarzy: „I jak Pan teraz wygląda. Jak ch…j wielbłąda” – napisał w jednej ze swoich polemik z reżimowcami. 
Ja zabrałem stamtąd jeszcze kilka powiedzonek, których nikt nie podrobi: „Pani to taki jest książe, co psy wiąże”, albo: „Niech Pani go nie słucha, on Panią wy…cha, on w ten sam sposób wy…chał już dziesięć osób”. 
Bobkowski i Czesława Miłosza uważał za solidnie zagazowanego komuną. Nie miał litości dla hipokrytów i słabeuszy. Sam przeżył wiele i w wieku trzydziestu trzech lat uciekł z Europy do… Gwatemali. 
Wolał być tam niż oglądać parszywienie kolebki wszystkiego, co było mu drogie i niezbędne. 
Tytuł tej książeczki powstał na skutek rozmów – poza światem realnym – z Józefem Piłsudskim (któremu zuchwale przypisałem kilka nowych cytatów, większość jednak pozostawiając kanonicznych i niezmienionych – dla Szanownego Czytelnika pewną zabawą może więc 
okazać się rozszyfrowywanie, co jest co) i Andrzejem Bobkowskim właśnie. 
Jego Szkice piórkiem do dziś są dla mnie wytchnieniem od tego ponowoczesnego bełkotu, który zewsząd mnie otacza. 
Oddaję Państwu w dłonie teksty pisane uczciwie i solidnym atramentem własnych emocji i przeczuć. 
Nie kryję sympatii, nie ceregielę się z tymi, których nie poważam. 
Niewiele mogę zrobić, ale jeśli Dziennik chuligana nie pozostawi Was letnimi, jeśli zdoła zapalić Was i skłonić do działania, to przypnę sobie Wasze emocje do klapy jak najlepsze odznaczenie. 
A jeżeli wkurzycie się na mnie i obsobaczycie najgorszymi słowami, jeśli uznacie, żem waryjat i człek cholerny – to też podskoczę z ukontentowania. Chuligaństwo polega bowiem na płataniu i takich facecji. 
Lubię swoich Czytelników, więc nie cisnę Wam przed oczy chłamu, mizdrzenia się i antyszambrowania za posadkami. 
Nie mam jednak zamiaru się Wam podlizywać, bo chociaż jesteście moimi pracodawcami i jako tako żyję z pieniędzy, które płacicie za moje książki, to jednak musicie przyjąć Gadowskiego takiego, jakim jest. 
Kiedyś miałem dobre maniery i uważałem, że można nimi wiele zdziałać. Dziś już nie mam czasu na branie bułki przez bibułkę. Czasami więc zamiast misternej puenty i skrzącego się od wykwintności sylogizmu pojawia się „piącha” i przyłożenie z byczka. 
Uczciwego chuligana różni jednak od prostaka i chama wyczucie subtelnej nutki honoru. Chuligan zna swoje miejsce w szyku. 
Wiedział o tym Andrzej Bobkowski, staram się przestrzegać tej zasady i ja. 
Nie ma co dużo gadać. Przeczytajcie sami…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz