wtorek, 20 czerwca 2017

[Zapowiedź najbliższego patronatu medialnego] "Dom samotnych" Joanny Kruszewskiej :)








Miło mi poinformować, iż mój blog objął patronatem medialnym najnowszą, siódmą powieść Joanny Kruszewskiej "Dom samotnych", której oficjalna premiera przypada dokładnie za tydzień, czyli 27 czerwca. Jako że jestem już po lekturze powieści, na jutro planuję jej recenzję przedpremierową. Mogę Was zapewnić, że Autorka urzeka słowem i pisze o bardzo ważnych sprawach. Tymczasem, zachęcam do zapoznania się krótką prezentacją powieści.





Złych decyzji nie da się cofnąć, ale można próbować naprawić ich skutki. O prawdziwą miłość też warto powalczyć. 
Niektórzy, tak jak Beata, szukają ucieczki w alkoholu. Znajdują ją na chwilę, ale potem przychodzi ranek… 
Inni, jak Kinga, próbują zmierzyć się z nową rzeczywistością i obiecują sobie, że już nigdy nie będzie w niej miejsca na zdradzających mężczyzn. 
Jest jeszcze Ewa – kobieta bez pragnień, matka i wyłącznie matka, która całe życie desperacko usiłowała zasłużyć na szacunek męża. 
Splatające się ze sobą dzieje kilku kobiet − matek, żon i kochanek, skazanych przez los na samotność. Czy uda im się odnaleźć szczęście i nową drogę? 
A może powrót na starą wciąż jeszcze jest możliwy…? 


"To powieść o zwykłych, ale jakże ważnych sprawach dotyczących każdego z nas. Bohaterowie nie ustają w wysiłkach, by swoje życie wyprowadzić na właściwe tory. Warto oddać się lekturze i na chwilę przeżyć wraz z bohaterami ich dylematy." 
Ewa Bauer, pisarka. 


"Trudne relacje, bolesne rozstania i samotność we dwoje. Pomocna dłoń nie zawsze jest blisko. Spotkacie tu miłość pod ciężarem złych zdarzeń z przeszłości, obojętność powodującą wyrzuty sumienia i ucieczkę od problemów, uniemożliwiającą wyjście z życiowego pata. Emocjonalna, mocna i dojrzała powieść, którą gorąco polecam." 
Aneta Kwaśniewska, www.ksiazkiweterze.pl




FRAGMENT POWIEŚCI:

Listopad powoli zamieniał się w grudzień. Plucha za oknem nocami miała zwyczaj już zamarzać, od czasu do czasu pojawiał się delikatny śnieg. Kinga postawiła sobie przed nosem kubek z parującą herbatą z rumem i z lubością wdychała słodki zapach. 
Trzeba coś zrobić z piecem. 
Jak na jej gust było zdecydowanie za zimno, temperatura w nocy nie spadała za bardzo poniżej zera, a ona niezmiennie budziła się około pierwszej, drugiej, wciągając na siebie wszystko co popadnie: kołdrę, szlafrok; dreptała do stojącej niedaleko łóżka szafy i wyciągała polarowy koc, najpierw jeden, później drugi. 
Brrr. 
Łyknęła herbaty i skrzywiła się lekko. Normalne kobiety miały się do kogo przytulić, a ona od jakiegoś czasu już nie miała swojego idealnego męża, Grzesia. Mąż zasadził się na jej najlepszą przyjaciółkę… Albo ona na niego. Kto by miał chęć dochodzić, jak właściwie było? Kinga zdecydowanie nie miała, skreśliła Beatę z listy znajomych. Po przyjaźni zostało niewyraźne wspomnienie i Igor, który po pierwsze, zaparł się, że Kingi i jej córek, Agaty i Majki, nie zostawi w potrzebie, tak jakby brał na barki winę matki, po drugie, porzucił zamiar studiowania w Gdyni, i na koniec zameldował się w całkiem niedawno wybudowanym domu Kingi.
Kobieta sapnęła, rozcierając sobie ramiona. Do dupy z tym wszystkim. Dom budowała, a właściwie budowali, żeby mieć dla siebie dużo życiowej przestrzeni, żeby żyć wygodnie i razem się tym życiem cieszyć, a tu co? 
Właściwie nic takiego, ot, po prostu zabrakło tego, który miał być obok. 
Kredyt spłaca się w żółwim tempie, bo mieszkanie, które planowali wynająć zajmuje teraz niewierny mąż, a za wynajem płacić nie zamierza. Nowe i zimne kąty wcale nie sprawiają wrażenia przytulnych, wręcz przeciwnie. Bez ustanku wykrzykują Kindze prosto w twarz jej porażkę. 

Zastanawiała się niejednokrotnie dlaczego tak się stało. Oboje z Grześkiem byli uznawani za parę idealną, pokazywało się ich zdradzającym mężom i niewiernym żonom jako wzór, z całkiem jasnym przekazem – można? Oczywiście, że można, tylko trzeba chcieć. 
Czy oni chcieli? 

Potarła zimny nos i otuliła się ciaśniej grubym swetrem. Chyba tak… Dopełniali się, Grzegorz był wyważony, spokojny, a ona nie mogła usiedzieć bez ruchu. Jej palce wciąż musiały coś skubać, nogi bez przerwy gdzieś ją niosły, dłonie nie mogły leżeć bezczynnie. Nawet podczas czytania książki trzymała obok siebie notes, w którym zapisywała skrótowo sprawy „do załatwienia”. Jej uwaga zawsze była podzielona między dwie albo trzy rzeczy. 

Kinga podwinęła pod siebie nogi i zapatrzyła się w ogień niespiesznie liżący kawałki drewna. Bliscy podejrzewali ją o nerwicę. Czy słusznie? Tego nie mogła im przyznać, nie czuła się w żaden sposób chora, jeśli już, to może na nadmiar obowiązków. Z biegiem lat na jej głowie spoczęły wszelkie rachunki, zajmowanie się domem, problemy dziewczynek, praca. Owszem, Grzegorz pomagał. Nie można było mu zarzucić lenistwa albo nieróbstwa. 

Ale Grzegorz pomagał dopiero wtedy, gdy mu żona dokładnie wytłumaczyła, co i kiedy należy zrobić. 
Pamiętać musiała ona. 
– I co tak wzdychasz? – dobiegł ją głos Igora. 
– Nic. Nie wzdycham – powiedziała Kinga i westchnęła. 
Igor roześmiał się i usiadł obok niej w fotelu, po czym pociągnął nosem. 
– Alkoholizujesz się. 
– A gdzie tam! – prychnęła. – Ja się dogrzewam. Dogrzewam, kochany, a nie alkoholizuję. 
Spojrzał na nią z powątpiewaniem, a Kindze od razu przypomniała się matka Igora, jej niegdysiejsza przyjaciółka. W jakiś deszczowy, październikowy dzień stanęła w progu tego właśnie domu pijana w sztok. Przytrzymując się framugi zaczęła obrzucać Kingę takimi wyzwiskami, że Agata z rykiem pobiegła na górę. 

Czego tam nie było! Między innym o kurwie, która zabrała jej syna, zdzirze, co myśli, że cały świat do niej należy, pindzie, która zawsze wpierdala się tam, gdzie nie trzeba… Dużo tego było. Kinga skrzywiła się na samo wspomnienie. Igor pojawił się sekundę po zniknięciu Agaty, wziął matkę za ręce i cedząc coś przez zęby, wywlókł ją za drzwi. Cóż, miał prawo nie cierpieć kobiet, które nadużywały alkoholu, miał prawo się nimi brzydzić tak, jak, podejrzewała teraz całkiem słusznie Kinga, brzydził się własną matką. 
– Swoją drogą, możesz mi wytłumaczyć, dlaczego w tym domu jest tak cholernie zimno? Przecież piec jest ustawiony jak trzeba… 
– Kinga… 
– No co? Nie gadaj mi tu, że jestem zmarzluchem, może i jestem, ale nie mam ochoty marznąć we własnym domu. Szlag! – Nagle ogarnęła ją złość; w tamtym cholernym, małym mieszkaniu wystarczyło przekręcić termostat na czwórkę i po chwili się człowiek rozbierał, a tu? Tutaj zaprzyjaźniła się serdecznie z dawno nie noszonymi swetrami, bluzami i polarami, ponieważ nieważne jak bardzo podkręcałaby termostat i tak było pioruńsko zimno. Spojrzała na Igora i pomyślała, że ten młody człowiek jest zupełnie nienormalny. Siedzi naprzeciwko niej, w koszulce z krótkim rękawem. 
– A ty co się tak hartujesz? Morsem chcesz zostać? 
– Nie. 
– To ubierz się na litość, bo patrzeć na ciebie nie mogę. 
– O właśnie. A czy ty wiesz – Igor podsunął jej palec pod nos – że właśnie to najczęściej ostatnio mówisz? Do mnie, do Majki, do Agaty, gdy wyjdzie spod prysznica i przybiegnie tu w samej koszulce. Krzyczysz od razu, żeby zakładała szlafrok, skarpety i nie wiadomo co jeszcze, bo tobie robi się zimno na sam nasz widok. Kinia, nam jest ciepło. 
– A mnie nie! 
– Kiedy ostatnio się ważyłaś? – Spojrzał na nią krytycznie. 
– Nie pamiętam, a co? 
– A to, że niewiele z ciebie zostało. Nie ma prawa nic cię grzać, nic zupełnie. Z każdej strony wystają ci kostki i kosteczki. 
– Zawsze taka byłam – prychnęła Kinga i dopiła herbatę, stwierdzając przy okazji, że nic, a nic jej ta herbata nie rozgrzała. 
– Nie byłaś – westchnął Igor. – Sęk w tym, że nie byłaś, a my… 
– Co my, co znowu za my? 
– My, twoje dzieci… 
– Igo… 
– No co? – uśmiechnął się chytrze. – Też przecież poniekąd jestem twoim dzieckiem, nie? Usynowiłaś mnie jakby. 
– Jakby. I czasami trochę tego żałuję, bo zaczynasz się tu szarogęsić jak… 
– Jak kto? Nieważne – machnął ręką. – W każdym razie, my… 
– Tak, kontynuuj, moje dzieci… 
– Kinga, na poważnie, martwimy się o ciebie. 
– To się nie martwcie. – Energicznie zrzuciła z siebie koc, włożyła ręce w rękawy dużego swetra i poszła do kuchni. Igor oczywiście udał się za nią. 
– No i będzie mnie męczył teraz. No – mruknęła ze złością, odsuwając chłopaka i stawiając czajnik na kuchence. 
– Proszę cię, żebyś najpierw się zważyła… 
– A już tam! I myślisz, że ci powiem ile ważę ? 
– Nie musisz, bo ja od razu i bez tej wiedzy mówię ci, żebyś przytyła. I przede wszystkim, Kinga – spoważniał – zacznij jeść. Dla siebie samej, dla dziewczyn. Zauważyłaś jak Agata na ciebie patrzy? 
– Jak? 
– Jakby się bała, że znikniesz. Zaczynasz się robić coraz mniejsza, coraz mniej miejsca potrzebujesz dla siebie, a ona tylko wygląda momentu, kiedy te bluzy nagle staną się puste. 
– Kiedy…. – Kinga odwróciła się do niego plecami. Miała ochotę zapewnić go, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, że przecież je i w ogóle. A że chudnie…? Chudnie, bo ma całą masę rzeczy do zrobienia, bo dom pochłania lwią część jej energii, bo przecież cały czas biega i nie ma na nic czasu, dopiero wieczorem… Dała sobie jednak spokój. Z dwóch powodów. 
Pierwszy to taki, że Igor po prostu zasługuje na prawdę. Drugi był bardziej skomplikowany. Po prostu wczoraj się przestraszyła. Zemdliło ją na sam zapach wędliny. Musiała wyjść z kuchni i poczekać aż wszystkie plasterki znikną z talerza, po czym wzięła głęboki oddech i z obrzydzeniem wstawiła talerz do zmywarki. 
Ano tak. Właśnie wczoraj zebrało jej się na wymioty z powodu szynki, której nie jadła, już nie pamiętała od kiedy. Uświadomiła to sobie w pracy, gdy spojrzała na nadgarstek, z którego zawzięcie zjeżdżał zegarek, zapięty niegdyś ciasno, na regulowaną bransoletę. I zadała sobie pytanie: kiedy ostatnio jadłam? Obiad? Śniadanie? Ostatni posiłek jaki pamiętała, to ogórek wyjęty z dawno zapomnianego słoika. Kiedy to było? Wczoraj? Przedwczoraj? Jakiś kęs chleba, kawałek jabłka, łyżka dżemu… 
Odwróciła się w stronę Igora: 
– Wiem Igo, wiem, rozumiem, tylko jakoś ciężko mi się przemóc. 
– To sobie przypomnij Agatę…. 
– Do cholery, niczego nie musisz mi przypominać, wiem jak unikała jedzenia, wiem co się z nią działo, wszystkie przeszłyśmy kocioł, ale już powoli z niego wychodzimy. 
– Nie chciałem ci przypominać tego, co się z nią działo, ale to, jak sobie poradziłyście wspólnie z babciami. 
– O co ci chodzi…? Przepraszam – zreflektowała się. Przejechała palcami po włosach. Tak, znalazły metodę na zanik apetytu młodszej córki. Przyjechała po prostu mama Kingi i zaczęła wymyślać cuda wianki, nie zrażała się kompletnie, jeżeli dziecko zaledwie skubnęło śniadanie czy kolację. Bo babcia Marysia, tak samo jak reszta domowników, widziała dokładnie, że te skubnięcia Agaty są coraz większe, a po jakimś czasie nie wystarczało już tylko raz skubnąć. Potrzebny był następny kęs. Potem następny. I jeszcze następny. 
I tak dzień po dniu, mozolnie udało się im wyprowadzić Agatę na prostą. 

A Kinga…? Kinga już była dorosła. Kinga musiała sama siebie wyprowadzić na prostą. Trudno. Spróbuje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz