„Dom w Ulsan. Czyli nasze rozlewisko” Małgorzata Kalicińska, Vlad Miller. Korea Południowa oczami ekspata





Wydawnictwo National Geographic

Ilość stron: 448


Szczerze trzeba przyznać, że gdyby tych dwoje się nie poznało i nie pokochało, tej książki zapewne by nie było. Tak. To co prawda miłość trochę późna, ale... No właśnie, czy miłość liczy lata? Nie. To książka napisana szczerze i od serca, z dwóch perspektyw: kobiecej i męskiej. Nie jest przewodnikiem, a takie cenię najbardziej, bo wiele jest klimatycznych i nieodkrytych przez przewodniki turystyczne szlaków i miejsc, które mogą najpełniej oddać serce jego mieszkańców. Bardzo mi się podoba ten dwugłos narracyjny, można się przekonać, na jakie elementy zwracają mężczyźni, a na jakie kobiety. A ja delektowałam się nią kawałek po kawałeczku i to była bardzo ciepła, sympatyczna podróż do kraju, z mieszkańcami którego, jak się okazuje, wiele nas łączy. 


Rozdziały książki podzielone są na te, które pisała Pani Małgorzata i na te, które pisał Jej mąż. Jak nietrudno się domyśleć, męski punkt widzenia różni się sposobem dedukcji, opisu, czy nawet uwagą na szczegóły, jakie kobiecie nie przyszłyby do głowy. I chociaż Pan Vlad (dla małżonki Siwy) opisuje sprawy typowo męskie, robi to w sposób znośny, bez owijania w bawełnę. I nie są to rozdziały wcale takie krótkie. Jeśli chodzi o sposób i tryb pracy Pana Vlada, można wiele ciekawostek się dowiedzieć i byłoby o czym nawet podyskutować. Mnie podobnie, jak Autora zastanawia, jak to jest możliwe, że przemysł stoczniowy w Korei Południowej działa tak prężnie i na taką skalę, a u nas opustoszałe budynki i maszynownie tylko niszczeją, ludzie zmuszeni są do szukania pracy za granicą. Zanim też u boku Pana Vlada pojawiła się Pani Małgosia, mężczyźnie ciężko na obczyźnie, wiadomo. Samotność doskwiera szczególnie wieczorami, a i pogadać nie ma z kim. 

Architektura koreańska robi wrażenie





Pani Małgosia, jak to kobieta. Wiele Ją ciekawiło w obcym kraju. I bardzo Jej dziękuję za te wszystkie rozdziały o smakach i zapachach Korei. Wydawać by się mogło, że kraj tak odległy geograficznie, ale ludzie nauczeni są tu większej estymy, kultury i szacunku do siebie nawzajem. Uwielbiam, jeśli ktoś opisuje społeczeństwo z własnego punktu spojrzenia. Suche informacje z przewodników, czy internetu, to nigdy nie to samo, co widziane na własne oczy obyczaje, zwyczaje, podejście do innych. Z największym zainteresowaniem delektowałam się zapiskami o smakach i zapachach, o roli kobiety w Korei, zwyczajowości mieszkańców, obrzędach, ich stosunku do obcokrajowców. To niesamowite, ale też pozwalające powoli, kroczek po kroczku, element po elemencie poznawać ten bardzo towarzyski kraj.



Osobliwy strój kąpielowy i oblężone plaże koreańskie



Tak, Koreańczycy są uśmiechnięci, mają bardzo pozytywne podejście do obcokrajowców, są otwarci na tematy przez nas uważane za tabu, nie obnażają się publicznie, nawet na plażę chodzą w t-shirtach i spodenkach i w tym stroju zażywają kąpieli, są powściągliwi w publicznym okazywaniu uczuć, nie peszy i nie wywołuje zbulwersowania temat seksu. Kobiety dbają bardzo o urodę, by długo wyglądać młodo, króluje tu kult młodości i ciągłego jej ulepszania, stąd na każdym niemal kroku gabinety odnowy estetycznej. Rodzice dbają o edukację swoich dzieci, by niczego im nie brakowało. Noszą się bardzo drogo. Przywiązują dużą uwagę do rzeczy, wysokiej jakości gadżetów, jakie kupują, do sportu jaki uprawiają, do pracy, jaką wykonują. Jeśli cokolwiek robią, robią to na sto procent, dają z siebie po prostu wszystko. I tego zaangażowania powinniśmy się od nich uczyć. Trochę inaczej sprawy się mają w rodzinie. Ale, warto sięgnąć po książkę i odkryć je samemu. 







Co do kuchni koreańskiej, tutaj nie ma co polemizować. Są i insekty suszone, czy wędzone (to mi najbardziej utkwiło w pamięci), ale wiele nas też łączy. Koreańczycy dużo kiszą. To ich sposób na przedłużenie ważności żywności. Są propagatorami zdrowego i lekkiego jedzenia. A ich kuchnia jest wyrazista, pikantna, pachnąca dodatkami. Nawet mają swój nowatorski sposób wyrabiania koreańskiej pizzy. Tego rozdziału lepiej nie czytać na głodniaka, chyba, że lubicie, jak Wam burczy w brzuchu.






„Dom w Ulsan” to piękne, barwne opowieści, niewymuszone, pisane lekko, z zaangażowaniem, bez ubarwień. To opowieści szczere, bardzo skrupulatnie oddające klimat i aurę kraju, tak różnorodnego, intensywnego, co budzącego zachwyt i szacunek do ludzi, którzy swoim pogodnym usposobieniem potrafią zarazić nawet najtwardszego ponuraka. Fascynuje, urzeka, momentami zaskakuje, ale i zadziwia. Książka, po którą warto sięgnąć. Jej wartość merytoryczną podnosi przebogata szata edytorska oraz wysoka jakość papieru. Tabuny zdjęć przewijające się przy okazji każdego omawianego tematu. Ja jestem oczarowana. Niesamowicie pozytywną energią, jaka płynie z treści, od Autorów książki i ludzi, którzy zostali na tych stronach uwiecznieni.


Z wielką przyjemnością polecam Wam jako alternatywę na deszczowe, wakacyjne dni. Może zainspiruje Was do wakacji właśnie w Korei?



Za książkę, z wyjątkową dedykacją dziękuję Pani Małgorzacie i Jej mężowi Vladowi :)







Komentarze

Popularne posty