sobota, 18 marca 2017

„Stojąc pod tęczą” Doroty Schrammek :) Czyli o tym, jak mocna jest przyjaźń :)











Wydawnictwo Świat Książki

Ilość stron: 200

Rok wydania: 2015

Książkę znajdziecie:



Recenzja książki „Stojąc pod tęczą” ukazała się dwa lata temu na moim jeszcze starym blogu. Chciałam Wam o niej przypomnieć, bo powieść porusza wiele ważnych tematów. Najważniejszy jednak z nich, to - przyjaźń. I to znaczenie siły przyjaźni w najgłębszym odczuciu. Tą książką rozpoczęłam swoją czytelniczą przygodę z twórczością Doroty Schrammek. Wiedziałam, że będzie to przygoda udana i nie zawiodłam się. Na prozie Doroty nie można się zawieść. 

Miała być leniwa niedziela, były dwa leniwe popołudnia. Zupełnie niewinnie i niepozornie, przy kubku pachnącej kawy wzięłam w ręce książkę o bardzo ciekawym i tajemniczym tytule „Stojąc pod tęczą”, do tego ta piękna okładka. Ach... Dlaczego niewinnie? Bo czytałam w tym czasie krwawy kryminał, który z lekka mnie przytłoczył. A że pod ręką miałam Dorotę Schrammek, otworzyłam, przeczytałam pierwsze wersy i reszty się domyślcie. Z tą książką po prostu się płynie.

Cztery historie kobiet, cztery obrazy pod kolorową tęczą, jedno miejsce, w którym się spotkały. Sekwencje podobne do tych z matek, żon i kochanek. Tak mi się skojarzyło. Każda z nich inna, matka, żona, kochanka, każda z nich to odrębna historia osadzona we współczesnym Szczecinie. 


Gdybym nie wyczytała, że jest to powieść - debiut Doroty Schrammek, to nawet bym tak nie pomyślała. Byłam wręcz przekonana, że to któraś z kolei. Miłe i pozytywne zaskoczenie. Powieść czyta się lekko, szybko, a emocje, jakie z z tych historii wypływają, wręcz czuje się na własnej skórze i nie można oderwać się od nich. Po prostu czyta się nieprzerwanie.





Cztery przyjaciółki ze szczecińskiego biura nieruchomości połączy nie tylko miejsce pracy, ale też więź, o jaką dzisiaj trudno, bo to przyjaźń najczystsza w swym wymiarze, głęboka i bardzo wyrazista. Magdalena jedyna, ukochana córeczka tatusia, której ojciec szczędził w życiu bólu, rozczarowań i wszelkich niedoskonałości, chronił jak laleczkę z porcelany, której nie można dotykać i ranić. Kobieta odkryje życie od zupełnie innej strony. 

Patrycja wychowana przez ojca ciężką ręką, nie szczędził jej dyscypliny. Zbuduje swój własny świat z psem - dogiem niemieckim w roli głównej. I tutaj powiem tylko tyle, że w pewnym momencie już byłam na nią zła, jednak dobrze mieć wokół siebie prawdziwych przyjaciół. Najbardziej mnie zaskoczyła Aneta, usłużna żona i matka, która w końcu się postawiła i pokazała, że kobiety to silna płeć. Jej męża Karola już oczyma wyobraźni prawie udusiłam za jego beznadziejność, ale w porę się opamiętał. 

Najdotkliwiej jednak życie obejdzie się z Jagodą. 





Akcja powieści dzieje się wszędzie. W szpitalu, mieszkaniach, Krzeszowie, Szczecinie, wszędzie tam, gdzie poniesie głównych bohaterów. Wielowątkowość powieści czyni ją bogatą i ciekawą. Czytelnik nie zatrzymuje się w jednym miejscu, tylko podąża za postaciami i ich rolami, jakie przynosi im życie. Autorka ma lekkie pióro, styl bardzo prosty, nieskomplikowany. Powieść czyta się bardzo szybko, jest niezwykle emocjonalna i sugestywna. Poryczałam jak bóbr.


Tak to chyba już w życiu jest, że jest ono ubarwione mnóstwem kolorów, że istnieje mnóstwo zależności, ale i niezależności. Często jest tak, że stając pod ścianą zaczynamy się zastanawiać, co zrobiliśmy, że znaleźliśmy się w tym miejscu, a nie gdzie indziej. Szczęście dla każdego człowieka ma inny wymiar, kolor, zapach, smak. Jedni wybierają świadomie samotność, inni nie wyobrażają sobie życia bez drugiej osoby obok. Podobnie jest ze zdradą drugiej połówki. Ile jesteśmy w stanie udźwignąć bólu, by wybaczyć, czy to w ogóle możliwe? 




Powieść ta, myślę, niesie też ze sobą pewne przesłanie. Czy trzeba się oglądać za siebie, trwać uparcie przy swoich jakichś wyimaginowanych postanowieniach, czy lepiej podążać za głosem swojego serca, dać porwać się chwili? Odpowiedzcie sobie na to pytanie, sięgając po przepiękną wielowątkową powieść Doroty Schrammek „Stojąc pod tęczą” i spróbujcie wtedy namalować swoją tęczę :)



Polecam!

piątek, 17 marca 2017

„Stroiciel grzebieni” Krzysztof Niedźwiedzki :) A Ty, czy umiesz nastroić swój grzebień?








Wydawnictwo rozpisani.pl

Ilość stron: 78

Rok wydania: 2017

Książkę znajdziecie:





Książka przypadła mi niezwykle do gustu. Trochę balansująca na granicy absurdu, tragikomedii, czarnego humoru. Dotykająca sfery śmierci. Innych wątków religijnych, poza jednym, nie znajdziecie, a razem z bohaterem, który umarł powrócicie na ziemię. W jakim celu?


Książka nie jest jakichś niebotycznych rozmiarów, wydana w formie opowiadania, którego następnie autor wykorzystał do stworzenia sztuki teatralnej, wystawionej w krakowskim Teatrze KTO. Premiera spektaklu odbyła się 26 lutego. Na końcu książki znajdziecie czarno – białe zdjęcia z prób. 





Bohaterem tego kilkudziesięcio stronicowego opowiadania jest Tadeusz, którego ciało po śmierci skremowano, ale na skutek feralnej pomyłki, jego prochy zamiast spocząć w rodzinnym grobowcu na Rakowicach, zostały pochowane w Murzasichle, w grobie pewnego, dobrze znanego górala. I może nie sam fakt omyłki miejsc stanowiłby tu problem. Skoro Tadeusz już nie żył, więc nie powinno mu to robić różnicy, tym bardziej, że leżąc na podhalańskim cmentarzu miał widok na Tatry. Problem zrodził się w momencie, kiedy jedna z góralskich kapel zaczyna grać codziennie nad jego grobem tak ostro i głośno, do tego fałszując na wszelkie możliwe sposoby, że nie ma rady. Nie to, żeby Tadeusz nie lubił góralskiej muzyki. Absolutnie. Nie po to umierał, by zamiast świętego spokoju doznawać teraz męk i katusz. Tadeusz wyrywa się ze śmiertelnego uścisku, wraca na ziemię i rozpoczyna swą wędrówkę. W końcu musi spocząć tam, gdzie powinien, na właściwym miejscu. Pomaga mu w tej ziemskiej pielgrzymce małżonka Magda. Interwencja rozpocznie się od zarządcy cmentarza, a zakończy zupełnie niespodziewanie. Tadeusz dowie się m.in., kim był góral, który zajął jego cmentarne miejsce.





Opowieść o problemie głównego bohatera urasta do rangi absurdu, czarnego humoru. Nie brak tu bowiem znakomitych, dowcipnych dialogów, które napędzają oś powieści, napisane zabawnie, z przymrużeniem oka. Chociaż to opowiadanie, nie odczuwa się jakiegoś specjalnego dyskomfortu. Minimalizm formy sprawia, że jesteśmy w stanie jeszcze bardziej wczuć się w sytuację głównego bohatera i zrozumieć, że wcale nie jest mu łatwo. Podziwiam jego wytrzymałość i wytrwałość, jego ciągłą chęć walki, dojścia do punktu, w którym wreszcie znalazłby jakieś rozwiązanie.


„Stroiciel grzebieni” Krzysztofa Niedźwiedzkiego to przede wszystkim forma oszczędnego tworzenia historii, które budują napięcie i pozwalają na chwilę głębszej refleksji. Napisałam, że oprócz jednego wątku religijnego, więcej ich nie znajdziecie. Jaki to wątek? Zmartwychwstania? Tak, powstania i powrotu na ziemię. Trochę dziwne, zastanawiające, niemożliwe? Owszem, ale w książkach i wyobrażeniach autora wszystko jest możliwe. 




Przyznam, że zaskoczona jestem poruszaną w książce tematyką, ale oczywiście pozytywnie. Zastosowane przez autora literackie triki czynią z powieści, pozycję wyjątkową i niesztampową, refleksyjną. Taką, obok której nie przejdzie się obojętnie, po którą warto sięgnąć. Na uwagę zasługują też satyryczne rysunki Krzysztofa Krawca. 




Za egzemplarz dziękuję:





[Zapowiedź wydawnicza] Patrycja Gryciuk powraca z nową książką :)











Premiera: 11.04.2017




Pisałam do niego listy. Dużo listów. Na początku mi odpisywał, potem coraz rzadziej. Aż do momentu, kiedy przesłał mi czystą białą kartkę ze swoim imieniem w prawym dolnym rogu. Pustka na tym papierze przerażała swoją bladością. Do dzisiaj widok białej kartki wywołuje we mnie strach i nie chodzi o brak pomysłu na nowe książki….

(fragment powieści)



Przez trzy godziny ciszy można wyjaśnić sobie tyle, co przez tygodnie rozmów, a wysyłając pusty list, wyrazić więcej niż za pomocą tysięcy słów.

Kiedy Patrycja dowiaduje się, że jest śmiertelnie chora, postanawia rzucić wszystko i wrócić do Gourdon – małej miejscowości na południu Francji, gdzie w dzieciństwie jeździła na wakacje. Jednocześnie próbuje sprowadzić tam Marnixa, miłość jej życia, z którym nie miała kontaktu od dziewięciu lat. Jednak czy powrót do przeszłości, w przeddzień żegnania się ze światem, to aby na pewno dobry pomysł?

Hipnotyzująca opowieść, w której tajemnice z młodości nie pozwalają o sobie zapomnieć. Bolesne wspomnienia mieszają się z teraźniejszością, a sny wydają się prawdziwsze od rzeczywistości. Patrycja Gryciuk zabierając nas na malownicze Lazurowe Wybrzeże, w pięknym stylu snuje opowieść pełną namiętności, mroku i szaleństwa.




[Nowości wydawnicze] Marcowe nowości wydawnicze Edipresse Książki :)














"Bez cukru #kasiuniagotuje", Katarzyna Burzyńska-Sychowicz - entuzjastka zdrowego stylu życia, dziennikarka i prezenterka popularnych programów telewizyjnych, na co dzień realizuje swoją kulinarną pasję gotując dla całej rodziny. W swojej książce proponuje 67 przepisów na wypieki bez mąki oraz słodycze bez cukru i wyrzutów sumienia. 

Czy można rozpieszczać domowników słodkimi i dietetycznymi deserami? Czy to, co naturalne, zdrowe i pożywne może być równocześnie smaczne? Katarzyna Burzyńska-Sychowicz przekonuje, że tak! W tym celu w książce „Bez cukru #kasiuniagotuje” prezentuje aż 67 przepisów na słodkie ale też lekkie i zdrowe smakołyki, takie jak czekoladowa owsianka ze smażonym bananem, naleśniki z batata z czekoladowym wnętrzem czy wegańskie ciasto czekoladowe ze słonym karmelem. 

Pierwszy rozdział książki zatytułowany „O rety, omlety!” dedykowany jest temu prostemu daniu, które może być spożywane zarówno na ciepło, jak i na zimno. Część „Piękne miski” poświęcona jest śniadaniom, wyjaśniając m.in., jak szybko i wygodnie je przygotować, by dostarczyć sobie dawki energii na cały dzień. W rozdziale „Na okrągło” autorka proponuje oryginalne przepisy na naleśniki, a w „Przekąskach” czytelnik znajdzie 15 propozycji na małe i szybkie desery. Ostatnia część „Ciasta i basta” z pewnością przypadnie do gustu osobom, które gotowe są podjadać ten słodki smakołyk choćby prosto z blachy do pieczenia.

Na czytelników czeka także dodatkowy rozdział „Szczypta informacji”, w którym znajdują się wyjaśnienia związane m.in. proporcjami składników czy znaczeniem poszczególnych ikon występujących w książce. Przykładowa roślina w kole oznacza, że danie jest wegańskie a jej składniki są w 100% pochodzenia roślinnego. Każdy z przepisów uzupełniony został o fotografię potrawy, sposób jej przygotowania, informację o składnikach oraz dodatkowy komentarz.


„Bez cukru #kasiuniagotuje” to propozycja przygotowana z myślą o tych, którzy chcą gotować prosto, smacznie i zdrowo, a przy tym na słodko. Na tych, którzy sięgną po książkę Katarzyny Burzyńskiej-Sychowicz czeka wiele szybkich w przygotowaniu, pysznych i zdrowych słodkości dla całej rodziny. 







"Detoks dla opornych", Agnieszka Mielczarek - zastrzyk energii, pełna blasku skóra, smukła sylwetka, lepsze funkcjonowanie narządów wewnętrznych… To tylko kilka z wielu korzyści stosowania detoksu. Coach zdrowia i żywienia, a prywatnie żona Pascala Brodnickiego, prezentuje przepisy oczyszczające, wskazówki i zadania, które pomogą uzyskać wymarzony efekt. 


„Zasługujesz na wszystko” – przekonuje Agnieszka Mielczarek na pierwszej stronie swojej najnowszej książki. Coach zdrowia i żywienia, a prywatnie żona Pascala Brodnickiego, wyjaśnia, że w ciele otoczonym opieką rozwija się spokój, piękno, miłość do siebie i całego świata. W odpowiednim zadbaniu o ciało pomoże detoks, który stanowi źródło mocy, ma zbawienny wpływ na zdrowie i stan skóry. Detoks ułatwia organizmowi oczyszczanie się ze szkodliwych substancji znajdujących się w przetworzonym jedzeniu czy zanieczyszczonym powietrzu. Uruchamia także procesy wspomagające mechanizmy obronne, które chronią przed chorobami i nowotworami oraz spowalniają procesy starzenia. W książce „Detoks dla opornych” Agnieszka Mielczarek uspokaja, że nie chodzi o głodowanie i wyrzeczenia. Wręcz przeciwnie – detoks ma na celu dostarczyć organizmowi komplet enzymów, witamin, błonnika i minerałów, których brakuje w codziennej diecie, a które pozwalają organizmowi świetnie funkcjonować, nabrać sił do działania i poprawić nastrój. Okazuje się bowiem, że dzięki diecie, ruchowi oraz zwiększonej dawce relaksu umysł zaczyna funkcjonować na wyższych obrotach, przez co wzrasta kreatywność i jasność myślenia. 



Na początek Agnieszka Mielczarek wyjaśnia, co zatruwa nasz organizm. Wylicza m.in. używki, farmaceutyki, smog i nadmiar węglowodanów. Pomaga czytelnikom rozpoznać, czy oni także potrzebują detoksu. Wśród alarmujących objawów wymienia ciągły brak energii, wahania wagi, nietolerancje pokarmowe, częste infekcje czy roztargnienie. Radzi, jak krok po kroku przygotować się do oczyszczania, ile ono powinno potrwać, jak powinien wyglądać harmonogram detoksu, co zrobić, by przebiegł on jak najlepiej oraz dlaczego nie należy się karać, jeśli coś pójdzie niezgodnie z planem. 


Najważniejszym elementem detoksu jest odpowiednie odżywianie. Aby utrzymać odpowiednie tempo metabolizmu, należy jeść regularnie pięć małych posiłków dziennie, z czego dwa mogą stanowić koktajle lub soki świeżo wyciśnięte z warzyw i owoców. Należy za to zrezygnować z mięsa, ryb, mleka i produktów mlecznych, jajek i produktów mącznych zawierających gluten. Agnieszka Mielczarek proponuje harmonogram detoksu oraz dzieli się także przepisami na zdrowe, sycące i detoksykujące dania w sam raz na śniadanie, obiad, kolację, deser czy przekąskę. Warto spróbować sorbetu z banana, kawioru z alg, pasty z ciecierzycy i szczawiu, zupy krem z czosnku, pieczonych warzyw z sosem tahini, jarmużu z pomidorami czy musu z suszonych moreli. Nie zabrakło receptur na wody smakowe, które pomogą utrzymać odpowiednie nawodnienie organizmu. Na czytelników czekają również przepisy wprowadzające jajka, nabiał, ryby, pieczywo, gluten i mięso, np. tabule z kaszą kuskus i świeżymi ziołami czy sałatka z soczewicą i serem kozim. Wszystkie dania można włożyć do pudełka i zabrać ze sobą np. do pracy. 


Na końcu książki „Detoks dla opornych” Agnieszka Mielczarek umieściła zeszyt ćwiczeń motywacyjnych, który posłuży do nauki poznawania siebie, swoich wewnętrznych mechanizmów, wartości i sposobu funkcjonowania. Zadania, wizualizacje, tematy i pytania do przemyślenia pomogą nie tylko przejść przez detoks, ale też osiągnąć inne cele, zadbać o harmonię myśli i działań, poczuć się bezpiecznie i szczęśliwie. 






"Pyszna książka kulinarna", Beata Pawlikowska - to zbiór autorskich pomysłów podróżniczki na zdrowe i szybkie dania, znane z serii książeczek "Szczęśliwe garnki" i zbiorczego wydania "Szczęśliwe garnki EXTRA" w nowym wydaniu. Autorka po raz kolejny dzieli się wybranymi, ulubionymi przepisami w sam raz na cztery pory roku, Boże Narodzenie, Wielkanoc, chleb i ciastka.

Tytuł ukazał się 15 marca nakładem Edipresse Książki. 



Beata Pawlikowska znana jest nie tylko ze swoich podróży dookoła świata, ale także z zamiłowania do zdrowego odżywiania. Gotuje tylko z naturalnych, nieprzetworzonych produktów, takich jak świeże warzywa, kasze, zioła, owoce i przyprawy. Z jej prostych i szybkich przepisów powstaje jedzenie, które karmi nie tylko ciało, ale i duszę. Autorka inspirację czerpie ze starożytnej chińskiej filozofii pięciu przemian. 


W „Pysznej książce kulinarnej” Beata Pawlikowska umieściła ponad 90 ulubionych przepisów. Dzięki temu wydaniu, miłośnicy zdrowego odżywiania będą mieli kolejną okazję spróbować specjałów znanej podróżniczki. Beata Pawlikowska udowadnia, że dania na Boże Narodzenie i Wielkanoc wcale nie muszą być tłuste i ciężkostrawne. Na wigilijnym stole warto postawić zupę z zielonego groszku z kaszą i cukinią czy kapustę z czerwoną fasolą i orzechami, natomiast wielkanocne śniadanie to okazja do spróbowania soczewicy z brukselką i groszkiem czy jaglanki z marchewką i daktylami. Nie zabrakło także przepisów na ciastka, które można przygotować bez cukru, białej mąki i innych przetworzonych produktów. Algonkińskie ciastka z orzechami pecan, malinowe ciastka Apaczów czy poziomkowe ciastka jaskiniowców z pewnością świetnie sprawdzą się jako zdrowy deser. Beata Pawlikowska udowadnia też, że samodzielne upieczenie prawdziwego chleba jest wbrew pozorom proste. Dzieli się przepisami na naturalny zakwas oraz na różnorodne chleby: jęczmienny z cebulą i ziołami czy jaglano-migdałowy. 

Autorka „Pysznej książki kulinarnej” podkreśla, że warto gotować w zgodzie ze zmieniającymi się porami roku i korzystać z sezonowych, lokalnych składników. Wiosną pojawia się zielony groszek, który można przyrządzić z ziemniakami i orzechami pecan czy z młodymi ziemniakami i koperkiem. Latem warto korzystać z fasolki szparagowej, z której powstanie pyszna zupa jarzynową z kaszą. Jesienią można rozgrzewać się fasolą z kminkiem i brokułami, zupą paprykową z soczewicą czy dynią z pomarańczami i dzikim ryżem. Natomiast na zimę, kiedy trawienie przebiega wolniej i cały organizm odpoczywa, Beata Pawlikowska proponuje gulasz z warzyw z fasolą i ciecierzycą oraz brukselkę z ziemniakami i cząbrem. 

Wszystkie przepisy opatrzone są listą niezbędnych składników oraz opisem przygotowania krok po kroku. Dzięki temu z przygotowaniem potraw poradzą sobie wprawieni miłośnicy gotowania, jak i początkujący adepci sztuki kulinarnej. Całość zilustrowana jest autorskimi, barwnymi zdjęciami Beaty Pawlikowskiej z propozycją podania potrawy. 








"Dobre uczennice zostają topmodelkami", Małgorzata Leitner - co zrobić, by zostać modelką znaną na całym świecie? Jak skutecznie połączyć naturalne piękno i talent z trudnym rzemiosłem? Małgorzata Leitner, znająca świat mody od podszewki i na co dzień reprezentująca topowe modelki, dzieli się swoim doświadczeniem. 


Małgorzata Leitner jest znaną i cenioną w świecie modelingu właścicielką agencji Avant Models. Na co dzień reprezentuje interesy znanych topmodelek m.in. Joanny Krupy, Zuzanny Bijoch, Magdy Mielcarz i Anny Jagodzińskiej, natomiast jej agencja jest oficjalnym partnerem słynnego programu Top Model, odsłaniającego kulisy zawodu. Prowadzi szkołę modelek oraz doradza, jak osiągnąć sukces zarówno w okresie szczytu kariery zawodowej, jak i później. 

Książka „Dobre uczennice zostają topmodelkami” została podzielona na 10 rozdziałów: 


„Przygotowanie do bycia modelką”,

„Pierwsze kroki w drodze na szczyt”,

„Umowa pomiędzy modelką i agencją”,


„Przykazania profesjonalnej modelki”,

„Sztuka pozowania”,

„Jak przygotować się do castingu”,

„Słowniczek pojęć używanych w modelingu”,

„ Trener gwiazd poleca”,

„Social media i wizerunek – ich waga w Twojej karierze”,

„ Podsumowanie”. 

W każdym z nich Małgorzata Leitner przekazuje czytelnikom tajniki zawodu, które poznawała przez lata pracy w branży, a przy tym udostępnia szereg praktycznych porad. 

„Dobre uczennice zostają topmodelkami” to praktyczny przewodnik po świecie modelingu dla dziewczyn i… ich mam. Dokąd się zgłosić, kiedy, co robić, kiedy dostaje się propozycję współpracy? Gdzie szukać swojej szansy? Jak dostrzec sygnał ostrzegawczy?
- Małgorzata Leitner

Książka stanowi cenny zestaw wiedzy, szczególnie ważną, jeśli marzy się o karierze w zawodzie modelki. Okazuje się, że do osiągnięcia sukcesu nie wystarczy bowiem jedynie uroda – nawet ta niekonwencjonalna ceniona przez niektórych projektantów. By sprawdzić się w świecie modelingu, trzeba posiadać wiele wypracowanych umiejętności. Małgorzata Leitner przytacza m.in. pozowanie, znajomość branżowego żargonu czy języka angielskiego. Dbanie o dobry sen, umiejętne budowanie relacji i stała gotowość do wysiłku – zarówno psychicznego, jak i fizycznego – to tylko niektóre z wymaganych kwalifikacji. W pracy na planie zdjęciowym, wybiegu czy castingu doceniana jest także umiejętność pracy w zespole czy stała gotowość do rozwoju. Zawód modelki tylko z pozoru wydaje się łatwy i przyjemny. W rzeczywistości jest to ciężka praca od świtu do nocy, połączona z częstymi podróżami, wymagająca dużej samodzielności i dyscypliny oraz całkowicie pochłaniająca czas.

Małgorzata Leitner mówi wprost: nie uroda, nie wzrost, nie figura, a charakter decyduje, że spośród miliona anonimowych dziewcząt wybija się ta jedna – i zostaje TOPMODELKĄ.
























czwartek, 16 marca 2017

„Piszą mnie wiersze” Danuta Pasieka :)





Wydawnictwo Psychoskok
Ilość stron: 94
Rok wydania: 2016
Tomik znajdziecie:


Wiersze tworzy się w przypływie emocji, w ferworze nastojów, bo właśnie wtedy najlepiej oddaje się ich barwę a nawet linię melodyczną. Nie od dzisiaj wszak wiadomo, że poezja ma swój kolor, kształt, zapach, dźwięk. Jest tym, co nam w sercu i na duszy poecie w danym momencie gra. Ale, poezja to gatunek niszowy, po który rzadko sięgają młodzi, a starsi jeśli już, to z tęsknoty za tym wszak, co kiedyś było. Recept na wiersze dobre nie ma. Nie ma też zasad co do ich tworzenia. Poezja jest po prostu wyrazem naszej wrażliwości.

Tomik „Piszą mnie wiersze” Danuty Pasieki jest bardzo osobisty w swej wymowie. Poetka śmiało określa w nim swoje życiowe poglądy, spostrzeżenia, wyrażenia. Wspaniale odwzorowuje otaczającą ją rzeczywistość, ale konfrontując ją ze swoimi znaczeniami: „piszą mnie wiersze// może niedoskonale/ ale nie są przecież szymborskie/ ani lipskie// jak mnie widzą tak piszą.”

Wiersze te potrafią zauroczyć czytelnika swoją prostotą i ascetyczną wymową, nie tylko w formach lapidarnych dogłębnie poruszających strunami serca, ale nade wszystko mądrością zapisanych słów. 






Autorka bardzo plastycznie pisze o życiu. Każdy wiersz opisuje inną historię ascetycznie, z odpowiednim doborem słów, ale niezmiernie sugestywnie. Nie wstydzi się pisać o starości: „coraz odważniej sięgam/ po to co moje// należne przywileje starości// dziecinnieję powoli/ i coraz więcej mi wolno/ bredzę bezkarnie/ strącam z piedestałów/ rozbawiając wszystkich do łez// głupoty nie ukrywam/ bo mądrze mi radzi// hasam z nią/ jak w dzieciństwie/ znów jesteśmy blisko...”

Żaden z tych wierszy nie ma tytułu, jakby był częścią jednej całości, jakby układały się historie, w których poetka często wraca wspomnieniami do minionych lat, do emocji z przeszłości. Jakby te wspomnienia były wycięte z pamiętników, tylko każdy wyciągnięty innej dacie. Poetka nie ma oporów, by mówić wyraźnie o swoich przeżyciach, trudnych doświadczeniach: „z trudem/ odzyskałam święty spokój/ ale jest jakiś inny// zdecydowanie mniej święty...” 





Mam też nieodparte wrażenie, jakby poetka zamykała swoje doznania w szkatułkach oznaczonych każda inną nazwą: o Bogu, pasji życia, o rodzinie, o inteligencji, dylematach starszej pani. Wyławia się z nich obraz bezcennej dojrzałości, takiej, w której czas już na pewne podsumowania, ale też drugą młodość, na pielęgnację tego, co zostało, bo w życiu nigdy nie jest za późno na nic: „nie pozwól się omotać/ mętnym metaforom// mówię jasno/ pora walczyć o życie// odmówić współpracy/ żadnej diety/ kraść chwile/ skorumpować oczy i uszy// rozsądnie przy szóstym/ ostrożnie z dziewiątym/ gdyby jednak/ to niczego nie żałować// nie zachwycać się zachodem/ uparcie czekać na wschód// budzik stawiać na talerzu/ obudzi nawet umarłego.”

Z tej poezji wydobywa się obraz życia chwilą, brania z niego garściami, dostrzeganie w chwilach codzienności niezwykłości życia, odchodząc od utartych stereotypów, jakoby tylko młodzi mieli przyzwolenie na doznawanie tego daru w sposób najbardziej racjonalny. Nic bardziej mylnego. 





Swoją poezją pełną mądrości, erudycji autorka zmusza nas do głębszych refleksji nad przemijalnością, znaczeniem słów takich jak los, budowanie własnej tożsamości, odszukanie swojej ścieżki, której okazuje się szukaliśmy w złym miejscu: „spojrzałam na los/ kiedy już chciałam krzyczeć/ dlaczego taki pusty/ zauważyłam/ że oglądam go/ do góry nogami// teraz jest znacznie lepiej.” Bo czasami warto nabrać do pewnych spraw dystansu, nie poddawać się ograniczeniom, złudzeniom podsuwanym pod nos, komunikacjom o odmiennym kierunku. Czasami warto zajrzeć w głąb siebie, posłuchać tego, co mają nam do powiedzenia nasze uczucia, a że czasami niezgodne z naszymi poglądami? Cóż z tego: „nie dziw się/ jeśli nie zrozumiałeś moich słów// dla mnie też są jedynie/ odległym echem tego/ co czuję.”






„Piszą mnie wiersze” Danuty Pasieki to poezja pełna tęsknoty za czymś co już minęło, ale nie użalania się nad sobą. Poetka daje nam w swoich wierszach wiele ze swojego indywidualizmu, swoich życiowych mądrości, dojrzałości, przemian. To poezja, która zmusza do głębokich refleksji, a nawet przewartościowania swoich priorytetów. Buduje więź z czytelnikiem poprzez swoją prostotę, ale niezwykłą erudycję, liryzm, nutę nostalgii. Odpowiedni dla każdego czytelnika dorosłego. Czy warto gonić swoje życie? Zapewniam, że warto częściej odpoczywać, by potem nie żałować.



Polecam!




Za tomik dziękuję Wydawnictwu:



środa, 15 marca 2017

Audiobook :) „Wszyscy znamy Dawida” Marta Tomaszewska. Kiedy w życie zaczyna wdzierać się magia i tajemnica nic nie jest takie samo :)





Wydawca: Storybox
Rok wydania: 2009
Czas trwania: 10H 34M



”Życie większości ludzi jest grzechem przeciw życiu. Upartym, głupim, samowolnym parciem pod prąd – zamiast pozwolić się nieść, zamiast zaufać życiu i jego logice. Po prostu zaufać życiu.”




Nigdy nie podejrzewałbym się o to, że sięgnę po taką książkę. Nawet trudno jednoznacznie określić jej kategorię, bo jest w niej dużo aspektów psychologicznych, specyficznej magii – fantastyki, a mimo to, dzięki głównym bohaterkom, czuje się pewną więź z całością, jaką serwuje nam autorka. Moje pierwsze spotkanie z panią Elżbietą Kijowską jako lektorką. Dotychczas miałam okazję poznać ją tylko na szklanym ekranie, w różnych rolach aktorskich. Nie żałuję, bo była to uczta dla mej czytelniczej duszy. Rzadko aktorzy umieją odnaleźć się w roli lektora. Niektórym wychodzi to lepiej, innym gorzej. Wiem co mówię, bo mam za sobą kilka nieudanych odczytów książek, przez aktorów dobrze znanych. Myślę, że ten fenomen zależy w dużej kwestii od szkoły teatralnej, jaką się kończyło, od chęci, no i myślę od podejścia czytającego. W tym konkretnym przypadku, zwyciężyła stara szkoła. Znakomita, mistrzowska interpretacja! Akcenty w odpowiednich miejscach, wspaniała dykcja, tembr głosu dostosowujący się do bohaterów i sytuacji oraz zręczne oddzielanie opisów od dialogów. Na mojej liście lektorów, panią Elżbietę lokuję na równi z Maestro Gosztyłą.


Co do samej powieści. Jest bardzo specyficzna. Autorka nie szczędzi nam emocji, wzbudza ciekawość, ale i stosownie plącze fabułę, byśmy za szybko nie rozwikłali zagadek i tajemnic, jakie przyszykowała. Razem ze wspomnieniami bohaterów cofamy się do dziwnej, zróżnicowanej społecznie przeszłości, gdzie małe dziewczynki wychowujące się razem, nie darzyły się specjalnie sympatią. Helena Taube, córka hrabianki traktowała swą koleżankę Blankę w sposób bardzo wyniosły i wrogi. Zadra, jaką Blance zadała Helena, kryła się głęboko w sercu, by po latach, już jako dorosłe kobiety, móc się otworzyć i zrobić coś, czego tamta miała nigdy się nie dowiedzieć.




Natalia Bilska mieszka we Francji. Cała podróż Natalii do Paryża wiąże się z ucieczką dziewczyny od chorej, sparaliżowanej matki, która ukryła przed córką prawdę z przeszłości. Pewnego dnia, w jednej z paryskich kawiarni przysiada się do starszej pani w czerwonym kapeluszu z rafii. Przestraszona dziewczyna twierdzi, że chyba ją ktoś śledzi. Tą kobietą jest wspomniana Helena Sheldon, żona bogatego i wpływowego Lorda, z którym pojawiła się w Paryżu w związku ze śmiercią jego ciotki Lawinii. Kiedy Helena spojrzy na dziewczynę, odżyją w niej wszystkie dawne uczucia i emocje oraz tragiczna przeszłość, o której wolałaby zapomnieć. 




Natalia gwałtownie poderwie się do ucieczki z kawiarni, a Helena za wszelką cenę zapragnie odnaleźć tę wystraszoną dziewczynę. Dlaczego?

Poszukiwania zawiodą Helenę i jej męża do kambodżańskiej dżungli. Obok bohaterów pierwszoplanowych pojawi się tajemnicza postać Dawida, Australijczyka, który będzie towarzyszył i pojawiał się niemal wszędzie, przy okazji dziwnych, zagmatwanych sytuacji, w jakich postawiła autorka swoich bohaterów. Specyficzny wygląd, nienaganne maniery i umiejętność słuchania innych, to zdecydowanie cechy wyróżniające go z tła. Natalia zostanie wykorzystana przez przemytników do poszukiwań skarbu ukrytego gdzieś w skałach. Co wyniknie z jej podróży? Czy wróci do domu, do Polski?





„Wszyscy znamy Dawida” Marty Tomaszewskiej to powieść zupełnie nie wpisująca się w standardy jakichkolwiek kategorii. To powieść, w której autorka dozuje czytelnikom emocje, wzbudzając ciekawość stopniowym odkrywaniem kart i rozwiązań. Trochę dziwna, poplątana, jakby pogubiona w wątkach, ale jest coś co do niej przyciąga. Wszelkie opisy skupiające się na detalach uważam za niepotrzebne. Autorka odważnie używa słów potocznych, jej bohaterowie mówią co myślą, nie boją się konsekwencji. Dialogi są znakomite, żywe, akcja kręci się, ale też i spowalnia przez te właśnie przystanki w postaci szczegółów, na jakich skupia się uwagę, co znacznie odwraca naszą uwagę od istoty fabuły. A interpretacja Elżbiety Kijowskiej, uważam za znakomitą, wręcz mistrzowską!




Polecam odsłuchać i delektować się tymi chwilami! :)















KONKURS PATRONACKI! Odpowiedz na pytanie konkursowe i wygraj "Zaufaj mi, Karolino" Aliny Białowąs :)




Kochani!



Wczoraj pojawiła się u mnie na blogu recenzja premierowa najnowszej książki Aliny Białowąs "Zaufaj mi, Karolino", której to patronuję medialnie. Z tej też okazji dzisiaj, wychodzę do Was z konkursem, w którym macie okazję wygrać dwa egzemplarze tejże powieści.



Pytanie konkursowe jest ściśle związane z bohaterką książki. Karolina ma specyficzny wygląd. Rude włosy, piegi, z tego też powodu ma kompleksy. A Wy co sądzicie o kompleksach?












Wiadomo, każdy jakieś kompleksy ma i z tego powodu, na swój sposób cierpi. Co myślicie o tym, czy powinno się o nich mówić otwarcie, czy lepiej tłumić je w sobie? To trudny, drażliwy temat, ale opinie mogą być różne i różne punkty widzenia, czy odniesień.



Interpretacja tematu dowolna :)


Konkurs rozpoczyna się dzisiaj, a kończy 05 kwietnia b.r. o godz. 23:59


Odpowiedzi zostawiacie w komentarzu pod postem :)


Prośba! Jeśli bierzecie udział w jakimkolwiek konkursie, pamiętajcie o tym, by potem sprawdzać wyniki!


Zatem, powodzenia! :)


Aga

Zaproszenie na spotkanie "Nowa Historia Meksyku" :)




Ambasada Meksyku w Polsce, Instytut Studiów Iberyjskich i Iberoamerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego, Wydawnictwo Naukowe PWN oraz El Colegio de México zapraszają na prezentację pierwszego polskiego wydania książki „NOWA HISTORIA MEKSYKU”.







Spotkanie odbędzie się 28 marca 2017 roku o godzinie 16.00. Podczas prezentacji obecny będzie DR. JAVIER GARCIADIEGO DANTÁN
Wybitny meksykański profesor i historyk oraz jeden z autorów książki.

Książkę prezentują:

dr Urszula Ługowska
specjalistka w dziedzinie współczesnej historii Ameryki Łacińskiej i Meksyku

i dr hab. Katarzyna Mikulska
specjalistka w przedhiszpańskiej i wczesnokolonialnej historii i kulturze Meksyku.

wtorek, 14 marca 2017

[Recenzja premierowa. Patronat medialny] „Zaufaj mi, Karolino” Alina Białowąs :) Czy da się zapomnieć?










Wydawnictwo Replika



Ilość stron: 288


Premiera

Książkę znajdziecie:



„Każdy z nas ma swoją wyżłobinkę. I nawet gdyby chciał z tej wyżłobinki uciec, dostanie kopniaka od przeznaczenia i musi do niej wrócić”

Niezwykle wzruszającą i porywającą opowieść przygotowała dla swoich czytelników Alina Białowąs, którą na moim blogu mieliście okazję poznać przy okazji Jej debiutanckiej powieści „Galeria uczuć” oraz pierwszej części sagi „Obudź się, Karolino”. Jedno jest pewne, w tę historię zaczytacie się od pierwszego wersu. Sugestywne i plastyczne opisy, pozwalają na odczuwanie stanów ducha i serca głównej bohaterki na własnej skórze. A los potraktował ją wyjątkowo okrutnie.

W tej części jesteśmy świadkami odbudowywania wewnętrznego spokoju Karoliny, która tuż po rozwodzie z Filipem, długo nie może zapomnieć o tym, co ją spotkało i tak dotkliwie poplątało jej życie. Schronienie znajduje u rodziców, a duchowym oparciem staje się przyjaciółka Miśka. Kłopoty i trauma długo nie dają o sobie zapomnieć. Smutek wywołuje rozchwianie emocjonalne i powroty do obrazów z przeszłości. Czy Karolinie uda się ustabilizować wewnętrzną sinusoidę? Czy uda jej się odbudować stracone zaufanie, odrzucić lęk i zaufać na nowo? Szczególnie wtedy, gdy na horyzoncie pojawi się dawna, skrywana miłość?

Świetnie skonstruowane dialogi, autentyczni bohaterowie i problemy, pozwalają czytelnikowi wniknąć w ich świat, by stać się mimowolnie świadkiem ich wyborów, świadomych decyzji, leków i całej palety emocjonalnych barw. Intrygująca fabuła i plastyczny język powieści nadają jej lekkości, będąc znakomitą lekturą na odpoczynek od codzienności.

„Zaufaj mi, Karolino” Aliny Białowąs to historia prawdziwie osobliwa. O poszukiwaniach straconego czasu, próbie otworzenia się na to, co daje życie i los. To opowieść o ścieraniu się przeszłości z teraźniejszością, o nadziei, że odszuka się szczęście, wystarczy tylko dobrze się rozejrzeć. To powieść o strachu przed nowym, o chęci zapomnienia, oddzielenia tego co było grubą kreską. O samotności i lęku, ale też o sile prawdziwej przyjaźni, która jest motorem do dalszego działania i prucia na przód.

Autorka utkała piękną, wzruszającą, liryczną opowieść, która swoją niezwykłą emocjonalnością rodzi w czytelniku wiele refleksji. Ciekawa fabuła, prawdziwie brzmiące dialogi, poruszające opisy zyskują na jeszcze większym znaczeniu przez mądrości życiowe przytoczonych cytatów, niesztampowych, wyrazistych bohaterów. Wreszcie to powieść, której z przyjemnością patronuję medialnie i polecam wszystkim, którzy szukają wspaniale wysnutej opowieści o życiu i jego różnych odcieniach!


Polecam! 









Za możliwość patronatu i egzemplarz dziękuję Autorce i Wydawnictwu:




poniedziałek, 13 marca 2017

Wywiad z Dorotą Kościukiewicz - Markowską i Mają Markowską :)





Wbrew pozorom napisanie bajki nie jest wcale tak prostą sprawą. Potrzeba do tego zręcznego manewrowania między metaforami, jej bohaterami, a przesłaniem i morałem, jaki ze sobą niesie. Trzeba ją przemyśleć, by od początku do końca była dla jej odbiorców czytelna i zrozumiała. A inspiracją może być dosłownie wszystko i każdy.






Dzisiaj, chciałabym, abyście przeczytali o kulisach ich powstawania i nie tylko. 

Bajki Doroty powstawały w tzw. międzyczasie, misternie, a ilustracje do nich stworzyła Jej sześcioletnia córka, Maja. Piękne, kolorowe, barwne rysunki podwyższają jej walory estetyczne i dodają niesztampowości. Ale, oprócz samego procesu tworzenia książki, zadałam autorkom też inne pytania. 

Dorota Kościukiewicz - Markowska, debiut ma już za sobą. Mało osób też wie, że Jej pierwsza powieść sięga tematów bardzo dla niej osobistych, przeżyć, doświadczeń, wzlotów i upadków kobiety, która zapragnęła wybrać się na drugi koniec świata, do Meksyku, kraju tak odmiennego kulturowo i mentalnie. Jak ta przygoda ukształtowała ją na potem? Czy miała jakiś wpływ na Jej dalsze życie?


Dorota Kościukiewicz - Markowska
Fot. nadesłana z prywatnego albumu autorki.


Dwie wspaniałe autorki - mała i duża, zgodziły się na to, by udzielić mi odpowiedzi na te kilka pytań, ale odpowiedzi zaskoczą niejednego czytelnika. Dlaczego? Dowiedzcie się sami :)


Zapraszam :) 


Doroto. Jak to się stało, że „Bajeczki... nie tylko dla Majeczki” zostały wydane? Co zainspirowało Cię do tego, by napisać właśnie takie historie, które są bajkami?

Och, życie mnie zainspirowało. Maja, moja już prawie siedmioletnia córeczka mnie zainspirowała :) Świat dorosłych i dzieci potrafi być tak różny, tak inny… Nawet dziś, kiedy jestem „dorosła” i po „dorosłemu” chcę coś wyjaśnić i wytłumaczyć, to nie ma to praktycznie żadnego przełożenia. Muszę się wysilić, nie tylko ubrać coś w metaforę ale i wejść całą sobą w świat dziecka. Wtedy dziecko rozumie, reaguje, odpowiada. Ale nie jest to łatwe dla dorosłego, bo nie jest on tak bardzo w teraźniejszości, dziecko za to jest tylko w tu i teraz. Nie umie być gdzieś indziej.

My, dorośli gdzieś ciągle biegniemy, nawet jeśli nie fizycznie, to umysłem. Ten szalony umysł mknie niesiony bez żadnych ograniczeń, pędzi w przestrzeń, ciężko mu się zatrzymać. Zawsze jest coś do zrobienia. Dziecko nie czuje potrzeby bycia gdzie indziej niż jest w tej chwili, z tym, co jest. Od nas uczy się nawyków. Zarówno dobrych jak i złych
Ja chciałam napisać książkę, która będzie swego rodzaju drogowskazem dla rosnącej i dojrzewającej, potem już dorosłej Mai i nie tylko dla niej. Takim drugim, głębszym spojrzeniem w sytuacjach, które często wydają się być bez wyjścia. Szeroką perspektywą zdarzeń, sytuacji. Inną, może nawet nietypową niż ta dotychczasowa.

Chciałam żeby bajki były taką swoistą skarbnicą mądrości. Spisaną przeze mnie – czyli mamę, przede wszystkim dla niej – dla mojej córeczki.
A czym jest dla mnie mądrość? Doświadczeniem i widzeniem sytuacji z różnych perspektyw, nie osądzaniem, zrozumieniem. W każdej bajce przewija się jakiś wątek, który zawiera w sobie ziarno mądrości.

Zależy mi na tym, żeby inspirować młode społeczeństwo i oczywiście Maję do bycia mądrym, do pokazania dobrych wartości, do zainspirowania do bycia dobrym, życzliwym człowiekiem. 

Ja umiem pisać, więc zrobiłam tylko to, co umiem :) Po prostu. Nie, żebym była jak bohaterowie moich opowieści. Sama popełniam mnóstwo błędów, i niestety lub stety widzę je jak na dłoni, nie mogę od nich odwrócić głowy. Sama czasem inspiruję się swoimi tekstami :) Tak, jakby pisała to jakaś inna część mnie – mądrzejsza, bardziej świadoma, niż ta „ja” codzienna, bardzo zwyczajna.


Nie jest to Twój debiut. Pierwszą książką była powieść „Bez wysiłku” skierowana do czytelnika dorosłego. Z perspektywy tych dwóch książek, którą pisało Ci się lepiej, która zabrała więcej Twojej uwagi?

Bajki. Zdecydowanie. One po prostu można powiedzieć, że najpierw mnie uwiodły, a potem urodziły się samoistnie. Ja byłam na nie chyba bardzo gotowa. Nosiłam je w środku od dłuższego czasu. Wszystkie bajki powstały rok temu w kwietniu w ciągu trzech tygodni. One wirowały wewnątrz mnie, nabierały życia. Ja niejako tylko przelewałam na papier, to, co było już niejako stworzone. Gotowe. To trudno wyjaśnić. To jest chyba ta wena twórcza, to głębokie połączenie z czymś wyższym, niż my sami. Wtedy niejako samo się robi.

„Bez wysiłku” była zupełnie inna. To książka osobista. Spisałam w niej swoje zabarwione literacko historie. Wzloty i upadki. Podróż na koniec świata – do Meksyku. Początek był niezwykle trudny - byłam bez pieniędzy i języka, a powrót do Polski po siedmiu latach spędzonych w ciepełku nie tylko klimatycznym ale też i ludzkim wydawał się jeszcze trudniejszy. Chociaż „Bez wysiłku” opowiada historie z końca świata, to nie jest książka o podróży, chyba, że o podróży wewnętrznej, o transformacji, o dojrzewaniu do bycia w rzeczywistości bez żadnych okularów. Zarówno bez czarnych, jak i różowych.





„Bez wysiłku” nie zabrała tyle mojej uwagi, co pisanie bajek ale pisałam ją z przerwami półtora roku. Ale musiałam ją napisać, jako swego rodzaju podziękowanie dla wszechświata za cudowne doświadczenia jakich byłam uczestnikiem. Chciałam poprzez książkę pokazać czytelnikowi, że różne „cuda” zdarzają się. Jak udało się przeżyć na krańcu świata zwykłej dziewczynie ze Szczecina, to może to udać się każdemu. Trzeba tylko podjąć decyzję i postawić pierwszy krok. Zagłębić się w nieznane. Drugi krok przychodzi niemal samoistnie. I w ten sposób żyjąc - żyje się właśnie bez wysiłku, takie jest przesłanie książki. 

Muszę tylko ostrzec – szczególnie Panie, bo książka jest niemal niebezpieczna. Kilka moich znajomych dalszych i bliższych wywróciło swoje życie do góry nogami po jej przeczytaniu :) Inspiruje więc do niemałych zmian.


„Bajeczki...” są zbiorem wielu sugestywnych i mądrych opowieści. Jak wyglądała Wasza wspólna praca? Czy czytałaś na bieżąco córce bajka po bajce, a ona na bieżąco tworzyła ilustracje?

Decyzję o napisaniu książki podjęłyśmy razem z Mają. Ja Mai, odkąd zaczynała mówić, opowiadałam różne wymyślone historie. Często właśnie takie, które pozwalały jej zobaczyć dany problem z perspektywy zwierzaków czyli przenośni – wtedy ona zupełnie inaczej rozumiała lub nawet ośmielę się stwierdzić, że dopiero wtedy rozumiała, o co mi chodzi :) Tak więc te moje historie towarzyszyły nam kilka dobrych lat. Aż zachciało mi się Coś stworzyć, coś co będzie bardziej stałe, nie tak efimeryczne, jak opowiadane historie, które rozpływały się co wieczór jak mgła. Zaproponowałam Mai – nie miała wtedy nawet jeszcze sześciu lat napisanie wspólnej książki i ona z radością dziecka się na to zgodziła. Nie wiedziałyśmy jeszcze obie, na co się porywamy :)

Pierwsze były bajki. Zanurzyłam się w nie kompletnie, odkładając dosłownie wszystko. Bo gdy po kilku miesiącach od podjęcia decyzji zdałam sobie raptem sprawę, że nic w tym kierunku nie zrobiłam – rzuciłam właśnie wszystko, tak jakby napisanie tych bajek było sprawą życia i śmierci.

Tak chyba ma każdy twórca. Jak jego dzieło jest gotowe wewnątrz, to musi je wydać na świat. Tak właśnie było z bajkami. Czytałam Mai każdego wieczoru kolejną bajkę. I każdego dnia tworzyłam kolejną. Tak, że jak je czytałam Mai, to były one już gotowe, kompletne. Ja muszę tworzyć w ciszy. Zresztą okazało się, że Maja ma podobnie :)

Po napisaniu wszystkich bajek przyszedł czas na ilustracje. I o ile samo pisanie było extra szybkie, bo trwało tak jak wspominałam tylko 3 tygodnie, praca nad ilustracjami zajęła pół roku.


Fot. nadesłana z prywatnego albumu autorki.

Przed rysowaniem ilustracji często czytałam Mai po raz kolejny bajkę albo przypominałam co w bajce się działo, sugerowałam co byłoby dobrze, żeby na danej ilustracji się znalazło – w tym kontekście pomagałam. Całą pracę twórczą robiła Maja. Sama. I na koniec byłam naprawdę dumna, że podołała tej pracy. Bo to dla sześciolatki była ogromna praca. Prawie 90 rysunków! 

Widać też, jak zmieniały się rysunki. Od takich jeszcze bardzo dziecinnych, do dużo bardziej dojrzałych, przemyślanych, bardzo dokładnych. W międzyczasie Maja skończyła przedszkole i poszła do szkoły, to pewnie też miało wpływ na jej ostatnie ilustracje.


A czy czytając te historie Mai, zdarzyło Ci się konsultować je z córką? Może zdarzyło się tak, że Maja zasugerowała, by coś zmienić w jakiejś bajce? Jeśli tak, to w jakiej i co?

Nie konsultowałam :) Wiedziałam jasno i klarownie co chcę przekazać. Te bajki są bardzo dojrzałe jak dla dzieci. Mają też określoną strukturę, czasem nagłe zwroty akcji. Ja je tworzyłam tak, jak wspominałam - w samotności. W ciszy. Inaczej nie potrafię. Muszę się wyłączyć. Odłączyć. Tylko wtedy COŚ przeze mnie przepływa. Ja staję się w takim przypadku tylko odbiornikiem. Słowa płyną same. 

Gdy Maja w kwietniu ubiegłego roku wracała z przedszkola, kolejna bajka była już skończona, gotowa do przeczytania dla najbardziej bliskiego mi słuchacza – dla niej :) 


Czy odbyłaś już jakieś spotkanie autorskie z bajkami, z dziećmi? Chciałam zapytać o ich reakcje. Jak dzieci reagowały na historie z książki? Może któreś bajki wywoływały żywe dyskusje?

Dzieci są cudowne. Szczere. Autentyczne. Często na spotkaniach z dziećmi czytałam bajki. One reagują w sposób tak naturalny… Zadają pytania. Bardzo się z tego powodu cieszę, bo to znaczy, że bajki skłaniają do przemyśleń młodego czytelnika. Największe jednak wrażenie robi sytuacja, gdy „na żywo” wymyślam historie. Zaczynam od czegoś w ich przestrzeni i pokazuję jak siłą wyobraźni możemy wyjść poza pokój i stworzyć spontanicznie niezwykłą historię. Tak zawsze robiłam z historiami na dobranoc dla Mai. Ona dawała temat a ja go kontynuowałam, ona coś dopowiadała, ja szłam w tę stronę. Historie zawsze były żywe. I dzieci uwielbiają żywe historie :)

Na nasze bajki dzieci reagują świetnie. Pierwsze, to jest zaskoczenie, że ich rówieśniczka, lub nawet młodsza od nich dziewczynka stworzyła tyle rysunków. Pojawia się niedowierzanie i zaskoczenie. Potem gdy wsłuchają się w tekst okazuje się, że lubią też bajki. Dzieci są w naturalny sposób mądre i lubią, gdy traktuje się je w ten sam sposób. Z szacunkiem, życzliwością i mądrością. One wyczują najdrobniejszy fałsz, dlatego, aby pisać dla dzieci trzeba być niezwykle autentycznym. Trzeba odsłonić się kompletnie. Ściągnąć wszelkie maski i etykiety. W tym wypadku przychodzi mi na myśl mój maleńki piesek – biały maltańczyk, który wykłada się totalnie, rozciąga na pleckach, jakby mówił, „oto ja” – masz mnie całego :)

Fot. nadesłana z prywatnego albumu autorki.


Ja oddałam siebie całą w tych bajkach, dlatego chyba tak bardzo się dzieciom podobają. Zresztą podobają się one nie tylko dzieciom :)


Czy są w Twoich planach jakieś kolejne książki, które się piszą, może są w zamyśle?

Tak, nie mogłoby chyba być inaczej. Właśnie kończę pracę nad drugim wydaniem albumu „Pałac kolorów”. W sumie są w nich prawie same piękne zdjęcia robione przez wspaniałych artystów fotografików, duet Remika Kozdrę i Kasię Baczulis. Ja zajmowałam się makijażem, dyrekcją artystyczną i pisałam teksty. Tekstów na całą książkę jest tylko 19. I to w dodatku są króciuteńkie. Często jednozdaniowe, ewentualnie dwuzdaniowe. Przez ten minimalizm w ilości, słowa nabierają mocy. Trzy wyrazy dobrze dobrane na całej, pustej rozkładówce mają olbrzymią siłę przekazu. I dokładnie o to mi chodzi. Uwieść obrazem i na deser, znienacka dodać mocny tekst :)

Jestem też w trakcie kończenia kolejnej powieści. O miłości, fizyce kwantowej i zmierzaniu się z lękami, stresem, ogromnymi zmianami. O upływie czasu i o decyzjach. O świadomości. Mam nadzieję, że w tym roku też ujrzy ona światło dzienne. Sporo już osób czeka na tę powieść i mobilizuje mnie do jej skończenia. Nie przyszedł jednak na nią jeszcze czas… Przerwałam jej pisanie na rok ( w międzyczasie na jej miejsce wpadły znienacka bajki). Na kończenie tej powieści nie byłam widać gotowa. Bohater powieści znalazł się w trudnej sytuacji, i to ja muszę dojrzeć, aby pociągnąć kolejny wątek. Jak będę czuła się na tyle dojrzała, by go pociągnąć, jak dorosnę do stanu, który będzie miał mój bohater – skończę książkę. Jak zwykle – u mnie to musi przyjść „bez wysiłku”. Jak zakończenie będzie wewnątrz mnie gotowe, po prostu – urodzi się. Najważniejsze, że musi być autentyczne. Bez ściemy. Ja piszę o tym, czego sama doświadczam, co brzmi wewnątrz mnie, co jest przeżyte i skonsumowane. Ujmuję to tylko w historię, bajkę lub powieść.

Bohater dotarł do pewnego etapu, w którym nastąpiło zawieszenie. Zdaję sobie sprawę, że to jest moje zawieszenie, ale czuję już podskórnie, że książka wewnątrz dojrzewa :)


Jesteś kobietą niezwykle aktywną. Działasz na wielu płaszczyznach zawodowych i nie tylko. Co jest Twoją największą pasją i co sprawia Ci największą radość?

Absolutnie zgłębianie siebie. Można powiedzieć, że moją pasją jestem ja sama :) Wiem, brzmi to niezwykle egoistycznie i pewnie takie jest, ale zaglądanie do swojego własnego umysłu, odkrywanie tam różnych wcześniej nie znanych mi dróg -jest dla mnie niezwykłą przygodą. Podróżuję w głąb i odkrywam takie rzeczy… Nie, że same kwiatki, słoneczka i światło. Nie… Chociaż oczywiście też. Często znajduje się tam rzeczy wyparte, niechciane, brzydkie. To czego się wstydzimy nawet przed samym sobą. Staję obnażona przed samą sobą. Naga.

To daje mi medytacja uważności, którą praktykuję już od 15 lat. Od kilku lat sama jej nauczam. Cały czas jeżdżę też do mojego nauczyciela – Alana Wallace’a i dalej zgłębiam temat.

Co mi daje uważność? Bycie obecną. To tak, jak w podstawówce, gdy wyczytywali moje nazwisko i krzyczałam – „obecna”, tak teraz w życiu, w środku siebie samej czuję, że właśnie jestem obecna. Jestem. Żyję. I z tej perspektywy wszystko zaczyna wyglądać inaczej. Niby nic się nie zmienia, a jednak zmienia się cała perspektywa postrzegania rzeczywistości, a z tą nową perspektywą zmienia się cały otaczający świat. Bo zaczynasz patrzeć na niego zupełnie innymi oczami.

Fascynuje mnie także psychologia pozytywna, jej nauki i medytacje łączę właśnie podczas szkoleń w mojej Szkole Szczęścia w Szczecinie, czy w magazynie Szczęście podaj dalej.

Poza tym jestem bardzo prostą osobą. Radość - to wiedzą wszystkie najbliższe mi osoby, sprawiają mi kwiaty. Uwielbiam je! Dom bez ludzi, zwierząt i kwiatów jest dla mnie pusty. Olbrzymią radość sprawia mi to, że mój dom jest otwarty. Moi przyjaciele wiedzą, że zawsze mogą do mnie wpaść i często będzie na nich czekać talerz ciepłej zupy lub dobra herbata. Lubię ludzi, lubię słuchać ich historii, lubię kiedy wpadają do mnie prawie bez zapowiedzi. 



Fot. nadesłana z prywatnego albumu autorki.




Co jest jeszcze moją pasją?

Hmmm… życie jest też moją pasją. Każda chwila. Czy robię jogę, czy idę na spacer, czy pracuję, czy myję naczynia. Wszystko może być pasją :) Czuję, że żyję.

Olbrzymią radość sprawiają mi moi najbliżsi - kocham mojego cudownego męża, Majeczkę, moich rodziców, siostrę i moje cudne zwierzaki, kota Funia i psa – Toffie.


Fot. nadesłana z prywatnego albumu autorki.


Lubię też czasem pogotować, posprzątać. Lubię zwykłe, normalne czynności. Z czasem z jakiejś kiedyś „niezwykłej” staję się coraz bardziej zwyczajna i bardzo dobrze mi z tym :)


Chciałam zapytać jeszcze o reakcje Twoich bliskich i znajomych. Jak zareagowali na sukces, jako autorki? Kto Cię najbardziej wspiera?

Bez dwóch zdań mój mąż. To mój chodzący po ziemi anioł. Ale on wspiera mnie w każdej aktywności, czy bym pisała, czy nie :) Kocha mnie chyba naprawdę bezwarunkowo. Jak zareagowała rodzina? Oni chyba się przyzwyczaili do moich szalonych pomysłów. Nie wzrusza ich za bardzo nowa książka. Oczywiście rodzice są dumni, ale nie są zaskoczeni. To kontynuacja mojego poniekąd od studiów trochę innego postępowania. Zawsze byłam buntownikiem. Szłam w swoją stronę. Robiłam tylko to, co lubiłam. I nadal to robię. Oni wiedzą, że jak coś muszę zrobić, to muszę. Już nawet nie negują jak wymyślę coś nowego – oni wiedzą, że jak coś powstanie w moim umyśle to jest równoznaczne z realizacją. Ja żyję. Nie jestem martwa. Dlatego zawsze wyrażam siebie w sposób swobodny. Tak, jak czuje moja dusza. Nie jestem zamkniętym w klatę ptakiem. Nie muszę też walczyć z żadną klatką. Sekret leży w tym, żeby zobaczyć, że klatki nigdy nie było – to czyste złudzenie. Ludzki pretekst przed tym, by nie być tym, kim się chce być. Ja jestem tym, czym chcę być. Jest więc czas na pisanie – to jestem pisarką. Jest czas na gotowanie – to kucharką, jest czas na rozmowy – to przyjaciółką. Jestem zmienna i daję sobie przyzwolenie na bycie taką, nie zamykam się w żadnej roli, w żadnej etykiecie. 

Jakie są reakcje znajomych na mnie, na moje „sukcesy”? Celowo daję w cudzysłowie wyraz sukces, bo czymże jest ten „sukces”? Tym, że wydałam książkę? To żaden sukces, życie według wewnętrznej spójności – to jest sukces. Idę na razie drogą w tym kierunku, nie wiem czy kiedykolwiek dojdę do jej końca, ale może właśnie nie chodzi o koniec, tylko o samo podróżowanie?...

Wracając do znajomych – są powiedziałabym trzy rodzaje osób. 

Jedni fascynują się mną i poniekąd chcieliby ściągnąć ze mnie skórę i być tacy, jak ja. Te osoby nie rozumieją jednak, że mogą być tylko tacy, jak oni sami. Ja wyrażam siebie. Oni też mogą wyrażać siebie, ale nie przez kopiowanie kogokolwiek. Mnie daje szczęście np. kot i pies. Tobie wcale nie musi dawać. Szukaj w sobie, nie w kimś innym To, że jestem jaka jestem jest wynikiem wielu czynników. Jeśli z bliska popatrzymy na czyjeś życie, zobaczymy, że to, co o nim myślimy, to tylko wierzchołek góry lodowej. Reszta – większa jej część, jest zanurzona, schowana, niedostępna. To, że jestem, jaka jestem jest też m. in. spowodowane mocnymi problemami ze zdrowiem, z sercem, z nagłymi zwrotami akcji w moim życiu. Dlatego nie tracę czasu. Jak powiedziałam, cieszę się, że żyję, i… żyję.

Druga grupa znajomych ma jakąś skrywaną bardziej lub mniej złość, zazdrość. Moja konsekwencja w realizacji planów i idei denerwuje ich, przeszkadza – pokazuje im, że się da, odsłania przed nimi ich własną niekonsekwencję. I w ich oczach idę cały czas do przodu. Niby nie spadam, choć pewnie bardzo chcieliby bym w końcu spadła. A ja po prostu płynę z życiem. Jak jesteś w nurcie nie możesz spaść. Unosi cię prąd i tyle. Jestem w prądzie. Raz w cichym, spokojnym strumyku, raz w wartkim, górskim potoku, raz w wodospadzie…

Jest też i trzecia grupa, która traktuje mnie normalnie. Nie stawia na piedestale, ani mnie z niego nie zrzuca. Nie idealizuje. Te osoby cieszą się moimi sukcesami i wspierają w chwilach słabości. Tak, jak ja ich. To są moi prawdziwi przyjaciele. Ogromnie cieszę się, że są.


Coś od siebie dla czytelników: 

„Wszystko się może zdarzyć, gdy w głowie pełno marzeń”.

Nie dajcie się złapać w pułapkę, że jesteście „tylko” ludźmi. Jesteście aż LUDŹMI, i jako człowiek, macie możliwość podjęcia decyzji - zawsze świeżej, zawsze nowej. Macie możliwość tworzenia się od środka. To jest siła naszej wspólnej świadomości. Odkrycie jej w sobie daje niezwykłą moc do zauważenia w zwykłych rzeczach, rzeczy niezwykłych. Bo ja powiedział Einstein – można patrzeć na życie jakby nic nie było cudem, albo jakby cudem było wszystko.

Tego Wam życzę, aby Wasze życie było takie, żeby cudem dla Was było wszystko. Pierwszy promień słońca o poranku, zapach świeżej kawy, ciepły uśmiech przechodnia po drugiej stronie ulicy… 

I przede wszystkim aby dostrzec w życiu miłość, najcenniejszy dar, aby ją odczuwać i dawać, a nie czekać jak nędznik na to, że ktoś nam jakiś ochłap do naszej biednej miseczki wrzuci. Chyba chodzi o to, by wyjść w końcu z roli ofiary, bez popadania w skrajną rolę wybawcy czy oprawcy.

Jeśli chcemy być szczęśliwi, musimy zmienić punkt postrzegania. To wszystko.

Co do bajek? - trzeba je po prostu przeczytać… :)


Pytania do Mai :)



Maja Markowska
Fot. nadesłana z prywatnego albumu autorki.


Maju, masz kilka lat, a już jesteś współautorką książki. Jak się czujesz w tak poważnej roli?

Ogólnie to normalnie :) Trochę się wstydzę na wywiadach i prezentacjach ale jestem też dumna, że zrobiłyśmy z mamą wspólną książkę.


Kiedy tworzyłaś rysunki do bajek, które sprawiały Ci problem, a które jednak wielką radość?

Problem sprawiały mi ilustracje do bajki pt. „O żyrafie, która wierzyła, że jest żółwiem” - jak rysowałam słonia, to mi nie wychodził i trochę się złościłam. Zaczynałam wciąż od nowa, aż się udało. Ciężko też było z ilustracjami do „O osiołku, który siedział w domku” – to były ostatnie ilustracje narysowane przeze mnie do książki i byłam już bardzo zmęczona. Ale z drzewa z tej bajki jestem bardzo zadowolona, bardzo się starałam żeby wyszło ładnie. Każdy listek rysowałam osobno różnymi odcieniami zieleni i podoba mi się jak na koniec wyszło :)

Wielką radość sprawiało mi rysowanie ilustracji do bajki o słowiku, który przestał śpiewać. Lubię rysować ptaki, rysowanie tych ilustracji było dla mnie bardzo przyjemne. Lubiłam też rysować kozy do bajki pt. „Gdyby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała”, oraz elfa z bajki o świętej krowie. 


Fot. nadesłana z prywatnego albumu autorki.


Czy jest jakaś bajka, którą najbardziej lubisz, która wywarła na Tobie największe wrażenie?

Bajka o kózce. Podobała mi się ta zakazana kraina i dziadek kózki, który mówił mądre rzeczy.

Podobała mi się też bajka o wilczku, jak mama go znalazła i znów mogli być razem. 

Lubię też bajkę o Dużej, która nie potrafiła kochać. 


Fot. nadesłana z prywatnego albumu autorki.




Na pewno masz jakieś zainteresowania. Co lubisz robisz w wolnym czasie?

W wolnym czasie lubię rysować i wycinać, szkicować. Lubię też oglądać filmy i teledyski dla dzieci, czy bawić się z moim pieskiem. Lubię też bawić się w gry planszowe z moimi rodzicami. 


Fot. nadesłana z prywatnego albumu autorki.






Jak zachęciłabyś inne dzieci, takie, które nie lubią czytać, by sięgały częściej po książki?

Żeby poprosiły swoją mamę, żeby im poczytała. Kolorowa książka dla dzieci jest bardzo dobra dla mózgu, bo dzieci rozwijają się czytając i oglądając książkę. Książka też jest fajna na wspólne spędzenie czasu z rodzicami. 

Co chciałabyś powiedzieć innym dzieciom:

Dzieci, ja sama zilustrowałam taką dużą, kolorową książkę. A wiecie kiedy robiłam te wszystkie rysunki? Kiedy miałam sześć lat. To było moje marzenie skończyć książkę. I jak masz marzenie i coś robisz w tym kierunku, to ono w końcu się spełni :)

Fot. nadesłana z prywatnego albumu autorki.


Dziękuję sympatycznym autorkom za rozmowę :)