sobota, 6 maja 2017

[Recenzja przedpremierowa. Patronat medialny. Rekomendacja okładkowa] „Instrumenty dęte i szarpane fraszkami przyodziane” Mira Białkowska i Agnieszka Kazała :)








Nie łatwo jest dzieci czymś zainteresować, a już w ogóle jeśli chodzi o dodatkowe zajęcie. Wśród krzykliwości i potoczności codzienności czytanie jest ukojeniem zmysłów. A, dodatkowo, jeśli dziecko lubi muzykę, czy jako pasję dzieli na jakimkolwiek instrumencie, ta książeczka jest wprost idealna. Fraszki to lekkie, krótkie utwory wierszowane, składające się z dosłownie kilku wersów, ale swą wymową i głębią potrafią wydobyć wszystko co najlepsze. I wcale nie trzeba się ich bać, bo nie gryzą, nie są trudne do odczytu. Wręcz przeciwnie. 




6. Altówka
Najbliższa siostra skrzypiec,
ich wierną towarzyszką bywa.
Jej miłosna odmiana,
Violą d’amore się nazywa. 




Fraszki muzyczne Miry Białkowskiej w połączeniu z wesołymi i skocznymi ilustracjami Agnieszki Kazały, to niecodzienna i nowa propozycja dla dzieci, jako esencja mile spędzonego czasu, w którym mają one możliwość poznania w skrócie pochodzenia różnych instrumentów muzycznych oraz wykazania własnej inicjatywy, w postaci kolorowanek, które wykonają według swojej wizji i kreatywności. 


14. Czynele
Czynele to talerze. Czy o tym wiecie?
Ale tych talerzy w kuchni nie znajdziecie. 








Fraszki krótkie, lekkie, łatwo wpadające w ucho, momentami zabawne, poważne, subtelne, takie, do których można utworzyć własną linię melodyczną, bo aż chce się je wyśpiewać, czy grać. Mądre, pouczające, uwrażliwiające na szacunek wobec rzeczy martwych, bo może się wydawać, że nie mają duszy, a to jest błędne myślenie, mają – duszę zaklętą w muzyce, jaką nam wygrywają.


Polecam!





Na okładce znajdziecie też kilka słów mojej rekomendacji :)




Za możliwość patronatu oraz zapoznaniem się przedpremierowo z treścią książki, dziękuję Autorkom oraz Wydawnictwu:




piątek, 5 maja 2017

Audiobook. „Nie gaś światła” Bernard Minier. Trzyma w napięciu od początku do końca... Co byś zrobił, gdyby ktoś nagle zaczął odbierać ci twoją tożsamość? Kosmos, Rosjanie i chorobliwa zazdrość...







Długość: 19 godz. 33 min.

Czyta: Piotr Grabowski


Jestem wdzięczna autorom wszelakich serii, że tworząc kolejne części piszą tak, iż bez problemu można czytać je osobno. Nie inaczej jest w tym przypadku. Absolutny absolutyzm – tak bym określiła książkę Bernarda Miniera. Moje aktualne czytelnicze odkrycie i zachwyt nad narzędziami twórczymi, jakimi posłużył się autor, o którym nie miałam nawet bladego pojęcia. Stawiam go na równi z naszym, rodzimym Remigiuszem Mrozem oraz znakomitym Jo Nesbo. Majstersztyk emocjonalny. Minier nie szczędzi żadnego typu emocji czytelnikowi. Zatem, jeśli jesteście koneserami dobrego kryminału z aspektami psychologicznymi wplecionymi w fabułę, to pozycja idealna dla Was. Tutaj nie ma taryfy ulgowej, autor wprowadza nas w świat swoich bohaterów za pomocą sugestywnego języka powieści, wodzi za nos, stawia celowo ślepe zaułki na ścieżkach, jakimi podążamy razem z nimi, by potem z nas zakpić, skutecznie wyprowadzając nas w pole.


Bernard Minier urodził się w Béziers, a dorastał na południowym wschodzie Francji. "Nie gaś światła" to jego trzecia powieść po hitowym, także w Polsce, "Bielszym odcieniu śmierci" (Prix Polar za najlepszy kryminał roku 2011 we Francji) i wydanym w 2013 roku "Kręgu". 


Chociaż książkę odsłuchałam jako audiobooka, uważam ten rodzaj obcowania z literaturą za znakomity i bardzo wygodny. Nawet pichcąc w kuchni słucham, nie marnuję czasu między jedną czynnością a drugą. Przy tej książce nikt się nie znudzi. Za każdym razem powtarzałam jak mantrę – jeszcze chwilę, jeszcze kawałeczek odsłucham, a i tak kończyło się tak samo – słuchałam do końca każdego rozdziału, tak mnie wciągała. Muszę też przyznać, że Piotr Grabowski wykonał bardzo dobrą interpretację tekstu. Kiedyś, przy okazji jakiegoś innego audiobooka już miałam styczność z Jego głosem i interpretacją, ale tamta pozostawiała wiele do życzenia. W przypadku tej, zadanie wykonane iście rewelacyjnie. Była odpowiednia tonacja, odtwarzanie każdej roli osobno, dostosowując jego tembr, kolor, głębię odpowiednio do roli, sytuacji. Słychać w nim doświadczenie i poświęcenie. Bardzo przyjemnie i zgrabnie. A znacie mnie już na tyle by wiedzieć, że jestem na tym punkcie przewrażliwiona i przywiązuję do tego wielką uwagę. To ważne, by się nawet przy audiobooku nie męczyć, tylko słuchać z przyjemnością.


Fabuła powieści osnuta wokół sylwetki Christine Steinmayer, która w wigilijny wieczór odkrywa w swojej skrzynce list w niezaadresowanej kopercie, a autorka listu pisze o samobójstwie, jakie popełni. Od tego momentu w życiu znanej, słynnej dziennikarki radiowej, zaczynają dziać się jakieś dramatyczne, dziwne rzeczy, które w oczach jej bliskich i znajomych stawiają ją w niezręcznych sytuacjach. Prześladowcy zdolni są do wielu tragicznych rzeczy, nie pozostawiając Christine złudzeń, że szybko i łatwo się ich pozbędzie. Te zdarzenia i sytuacje doprowadzą główną bohaterkę wręcz do obłędu, załamania nerwowego, zadziałają na psychikę. Ewidentnie ktoś chce się jej pozbyć, doprowadzając do szaleństwa, obłędu. Kobieta zacznie snuć pewne podejrzenia, szczególnie w momencie, kiedy straci pracę. Czy jest na tyle silna, by podjąć walkę z silnym wrogiem? Komu zależy na tym, by wyzbyła się tożsamości, a bliscy i znajomi odwrócili się od niej na dobre?





Prywatne śledztwo zaczyna prowadzić komendant Martin Servaz, odsunięty od spraw służbowych, przebywający na chorobowym w specjalnym ośrodku dla policjantów emerytów. Servaz otrzymuje kartę magnetyczną do jednego z pokoi hotelowych. Kto i z jakiego powodu wysłał mu tę nietypową przesyłkę i dokąd zaprowadzi go trop?


Kompletnie zaskakujący wydał mi się wątek kosmiczny. Dosłownie – kosmiczny, bowiem Servaz w swoim śledztwie dojdzie do środowiska astronomicznego. I w tym momencie należą się autorowi wielkie brawa. Opisać to środowisko, wnikając nawet do podróży w kosmos, to po prostu niesamowita umiejętność. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie plastyczność języka. Minier zaskoczy jeszcze nie jeden raz.


Bernard Minier zaskakuje świeżością, pomysłowością intrygi, skutecznie manewruje między emocjami, wplatając w fabułę i idealne dialogi, które zyskują na autentyczności poprzez swoją bezpośredniość i potoczność przytaczanych słów oraz plastyczne opisy, które sprawiają, że wszystkie sytuacje i wydarzenia odczuwa się na własnej skórze. Autor zastosował tu kilkugłosowość narracyjną. Jesteśmy w świadomości bohaterów, ich myślach, czynach. Każdy z bohaterów wprowadza nas do swojego świata, pokazuje jaki był, jaki jest i szuka rozwiązań swoich problemów. Mimo, że śledztwo komendanta toczy się inną ścieżką, kiedyś zaprowadzi go ona na drogę Christine Steinmayer. Czy Servaz pospieszy kobiecie na pomoc i uwierzy w jej wersję wydarzeń?





„Nie gaś światła” Bernarda Miniera trzyma w napięciu od początku do końca. Czytelnik zbliża się do bohaterów powieści dzięki sugestywnym deskrypcjom, odpowiedniemu językowi, zataczającej koła akcji, w której autor nie szczędzi nam skutecznie wymijających tropów oraz ciekawej intrygi, która zmusza też nas poniekąd do postawienia sobie wielu pytań. Co byśmy zrobili, gdyby ktoś do nam przysłał taki list, odzierał nas codziennie z tożsamości, osaczał ze wszech stron, stawiając nas w oczach bliskich i znajomych, jako niespełna rozumu, doprowadzając tym samym do obłędu? Autor podjął też w powieści jeszcze inny ważny wątek – molestowania seksualnego. Pojawi się on kilkakrotnie w powieści, ale za każdym razem w innej wersji.


Powieść, która robi wrażenie, sugestywna, emocjonalna, stawiająca ważne pytania. Taka, po której za każdym razem będziecie mieli ciarki i ciężko będzie Wam zasnąć.



Polecam!


[Zapowiedź wydawnicza] Już wkrótce bestseller "Ostrze zdrajcy" :)







Już 24 maja dzięki wydawnictwu Insignis na księgarskie półki trafi pierwszy tom serii „Wielkie Płaszcze”. Autorem bestsellerowego cyklu jest Sebastien de Castell. Jego pierwsza debiutancka powieść - a zarazem pierwszy tom serii zatytułowany „Ostrza zdrajcy - była nominowana między innymi do Goodreads Choice Award w kategorii najlepsze fantasy.




Wielkie Płaszcze. Sędziowie, bohaterowie... zdrajcy?

Król nie żyje, Wielkie Płaszcze rozwiązano, a Falcio val Mond i jego towarzysze Kest i Brasti skończyli jako straż przyboczna szlachcica, który na domiar złego nie chce im płacić. Ale mogło być gorzej – ich chlebodawca mógłby leżeć martwy, podczas gdy oni musieliby bezradnie patrzeć, jak zabójca podrzuca fałszywe dowody wikłające ich w morderstwo. Chwileczkę… Przecież to właśnie się zdarzyło!

W najbardziej zepsutym mieście świata zawiązuje się spisek koronacyjny, a to oznacza, że wszystko, o co walczą Falcio, Kest i Brasti, może lec w gruzach. Jeśli tych trzech zechce przeciąć intrygę, ocalić niewinnych i wskrzesić Wielkie Płaszcze, będą musiały wystarczyć im rapiery w dłoniach i obszarpane skórzane odzienie. Dziś bowiem każdy arystokrata jest tyranem, każdy rycerz – bandytą, a jedyne, czemu można ufać, to ostrze zdrajcy.



„Szalony taniec walk, spisków i zaskakujących zwrotów akcji”.

Dave Duncan, bestsellerowy pisarz fantasy



„Piekielnie dobra książka”.

Conn Iggulden, autor bestsellerowej serii Imperator

czwartek, 4 maja 2017

„Paulinka w krainie Wróżdocji” Dagna Krzysteczko :)






Wydawnictwo Novae Res

Ilość stron: 68

Książkę znajdziecie:




Wróżdocja to realny świat nierealnych marzeń, a takie marzenie ma Paulinka, która marzy o tym, by mieć braciszka. Jest mała i czuje się bardzo samotna, smutna, bo nie ma się nawet z kim pobawić. Ale pewnego wieczora, kiedy dziewczynka kładła się już spać, do okna jej pokoju zapukała maleńka wróżka Spełniotka. I bynajmniej nie przybyła do Paulinki w celach dotrzymania dziewczynce towarzystwa, ale by móc spełnić jej wielkie marzenie.





We Wróżdocji zły czarodziej przetrzymuje w lochach swojego królestwa małego Arturka, brata Paulinki, który ma się dopiero narodzić, a dodatkowo rodzicom dziewczynki mąci w głowie złymi czarami, by coraz częściej i skuteczniej myśleli o wyjeździe za granicę, chociaż już teraz nie mają dla siebie za dużo czasu. Spełniotka pomaga Paulince przemienić się we wróżkę, podobną do siebie, aby dziewczynka spróbowała chociaż zrobić wszystko, by uwolnić swojego braciszka.


Ale, wyprawa do Wróżdocji okaże się nie lada wyzwaniem, nie będzie wcale tak łatwo, bo zły czarodziej ma swoich wiernych sługusów, którzy mu o wszystkim donoszą, a dodatkowo wrót jego komnaty pilnuje głodny, ziejący ogniem smok. W najbardziej rozpaczliwym momencie pojawią się u jej boku rodzice, którzy pewne sprawy przemyślą i wreszcie ockną się z czaru rzuconego przez złego czarodzieja. Jak cała eskapada się zakończy?





Bardzo spodobała mi się forma narracji w bajce. Autorka opisuje wszystko lekko, a jednocześnie w sposób pozbawiony moralizatorstwa, przyjmując ton, w którym narrator zwraca się w pewnych momentach do czytelnika bezpośrednio, zadając mu pewne pytania, objaśniając wszystko dokładnie. Jednocześnie, pod warstwą ciekawie osnutej opowieści, autorka porusza ważny temat. Warto rozmawiać z dziećmi o pewnych problemach dorosłych, nie udawać, a mówić otwarcie. Dzieci są znakomitymi słuchaczami, a jeszcze lepszymi pocieszycielami, robią to szczerze. Może nam się wydawać, że nie rozumieją, że ich to nie dotyczy. To błąd. Dzieci wiele rozumieją, oczywiście na swój sposób, ale lepiej, byśmy to my – rodzicie pokazali im, że świat składa się nie tylko z dobra, ale też zła. Oczekiwanie na dziecko, wiąże się z pewnymi problemami, warto, by dzieci wiedziały o tym.


Książka uwrażliwia również na aspekt rozmowy z dzieckiem, jak ona jest ważna. Jak ważne są te bezcenne chwile spędzone z dzieckiem, razem. Rodzice Paulinki byli zajęci własnymi sprawami, nie mieli na nic czasu, a już na pewno nie na spędzanie czasu razem ze swoim dzieckiem. Tymczasem, to ulotne chwile, które miną bezpowrotnie.


Na uwagę zasługują również ilustracje zawarte w książce, autorstwa Grzegorza Dziurdzia.


Książkę polecam!


Za egzemplarz dziękuję:




wtorek, 2 maja 2017

„Czerwona zaraza. Jak naprawdę wyglądało wyzwolenie Polski?” Dariusz Kaliński. Gdy nadeszła czerwona szarańcza...






Wydawnictwo Znak oraz Seria wydawnicza Ciekawostki Historyczne.pl

Ilość stron: 304, oprawa twarda

Nowość wydawnicza dostępna na:





Chociaż książka przypomina zbiór rozpaczliwych reportaży, to tak naprawdę diarystyczny zapis chronologicznego wejścia na okupowane przez Niemców tereny, Armii sowieckiej, która była witana przez ocalałych początkowo w euforii, ze łzami w oczach, kwiatami, jak wybawców, którzy zwrócili im wolność. Szybko jednak okaże się to obraz złudny. Jak to naprawdę wyglądało? Przyznam szczerze, że czytając tę książkę włos jeżył mi się na głowie. Robi wrażenie, pozostawia pewien niesmak, ale przede wszystkim szok, po którym ciężko się otrząsnąć.


Nadając tytuł książce „Czerwona zaraza”, autor nawiązał ściśle do treści wiersza Józefa Szczepańskiego z roku 1944, który to wyraża gniew i bunt spowodowany bezczynnością Armii Czerwonej, która z boku przyglądała się krwawej walce powstania warszawskiego. Wszystkie opisane zaś po kolei rozdziały utwierdzają w słuszności wyboru tytułu i jeszcze głębszej jego wymowie. 




To pewne i zrozumiałe, że kiedy sowieci skutecznie cofali wojska niemieckie, ludność udręczona wojną, prześladowaniami, wszechobecnym złem, niewiadomą bytu witała swoich wybawców z radością i łzami w oczach. Początkowo, pierwsze oddziały sowieckie przyniosły ze sobą nadzieję na lepszą przyszłość i długo oczekiwaną, sponiewieraną swobodę. Jednak niedługo po tym, nadeszły oddziały, których zadaniem było rabowanie i iście agresywny bandytyzm, rozprzestrzeniający się jak najgorsze robactwo.


W książce nie brak dokumentarnych opisów naocznych świadków tamtych czasów. Zaczęło się od zuchwałych rabunków drogocennych przedmiotów, po bandytyzm, uliczne napady na ludzi, u których zauważono zegarek, biżuterię. Potem przyszła kolej na przemoc seksualną. Wieloletnia służba wojskowa żołnierzy, tłumienie w sobie potrzeb natury intymnej, hektolitrami wypijany alkohol, libacje, wywołała falę napaści na kobiety. Dla mnie to rozdział najbardziej szokujący, bulwersujący. Nie szczędzono nikogo. Od małoletnich dziewczynek, po kobiety w ciąży, mężatki, wdowy, panny, starsze kobiety, babcie. Tych, którzy stawali w ich w obronie z miejsca zabijano. Niepojęte dla mnie były możliwości mężczyzn o nieokiełznanej huci, gdzie gwałcono kobiety często na śmierć, bez jakiegokolwiek skrępowania, publicznie, po kilkudziesięciu naraz. Nie do opisania, wzburzone emocje wywoła we mnie scena, w której wysoki rangą oficer sowiecki zgwałcił trzyletnie dziecko. Tego rozdziału nie da się skomentować, on wywołuje w czytelniku wstrząs i konsternację, z której ciężko się otrząsnąć. Również wtedy, gdy czyta się o wracających do „wolnego” kraju uwolnionych z nazistowskich obozów więźniów, a szczególnie kobiet, których również nie ominięto. A kiedy czerwonoarmiści weszli na tereny niemieckie, nawet Niemki padły ofiarą licznych gwałtów. 






Cóż, każda wojna ma ciemne strony, ciemne karty. Nie tylko zresztą okres wojenny, książka ta traktuje okres krótko powojenny. To zapis przeżyć, autentycznych faktów, które są takimi wycinkami wplecionymi w fakty historyczne zawarte w treści. Dodatkowo z książki dowiecie się, jak wyglądały grabieże majątków, cennych i wartościowych przedmiotów, jak i za co dokonywano przez Sowietów deportacji, w jaki sposób sowieckie służby bezpieczeństwa przygotowywały grunt pod objęcie władzy w Polsce.


Nieobliczalni „wybawiciele” narodu polskiego, pokazali swoje prawdziwe oblicze. Grabieżcy, gwałciciele, buntownicy, mordercy. Sowiecka partyzantka siała cierpienie, nienawiść, śmierć, spustoszenie.

„Zapłonęły polskie dwory i placówki przemysłowe. Mordowano całe rodziny.[...] To, co zobaczyliśmy, gdy odeszli partyzanci, przechodziło ludzkie pojęcie. Wypalone budynki. Stosy trupów. Głównie rany postrzałowe, porozbijane głowy, wytrzeszczone w przerażeniu, martwe oczy.”



Obrazy zapisane w książce są tymi, o których powinien przeczytać każdy. Prawda, jaką w niej zawarto często wywołuje sprzeczne emocje w czytelniku, który z wściekłości i wewnętrznego buntu musi książkę dawkować kilka razy. Odkładałam ją kilka razy i po jakimś czasie do niej wracałam. To wydarzenia, które minęły, ale nigdzie nie jest napisane, że historia może się nie powtórzyć. Czy z tych zapisów umiemy wyciągnąć wnioski? 


To bezwzględni oprawcy uwolnili nasz kraj spod pręgierza wojny, która siała zło, śmierć niewinnych ludzi. A kiedy nastąpiło stopniowe oswobadzanie, wydarzenia ponownie się powtórzyły. Jakim trzeba być chorym człowiekiem, ile trzeba mieć w sobie zwierzęcego instynktu, by dopuścić się takich rzeczy? Wiele emocji przelało się we mnie przy lekturze tej książki, nawarstwiła masa pytań, wątpliwości. Brutalna prawda, którą powinien poznać każdy. 



Polecam!



Za egzemplarz książki dziękuję:






poniedziałek, 1 maja 2017

„Cierpienie zamknięte w paczce papierosów” Monika Marciniak. Gdy cierpi dusza, cierpi też ciało...






Wydawnictwo Novae Res

Ilość stron: 169

Rok wydania: 2016

Książkę znajdziecie:





Książka trochę tajemnicza, zagadkowa, z mnóstwem porównań, metafor, będąca jakby wyrywkiem z pamiętnika przepełnionego goryczą, bólem, udręką, buntem, odrzuceniem. Książka, która potrafi wywołać mnóstwo, często skrajnych emocji, ale też sprawić, że czytelnik zacznie zadawać sobie liczne pytania. To zapis, taki trochę w wielkim skrócie pewnych wycinków z życia. Zadziwiające jest, ile jej autorka musiała w żuciu przejść i na to wygląda, że dalej przechodzi, bowiem zakończenie książki nie jest wcale takie jednoznaczne i kategoryczne, ono jakby trwa cały czas.


Czytając monolog autorki zastanawiałam się, jak to możliwe, że w wieku dziesięciu raptem lat, będąc dzieckiem można zachorować na głęboką depresję. Okazuje się, że to całkiem możliwe. Monika nie miała lekko od dziecka. Najpierw patrzyła na chorobę ojca, który zmagał się ze schizofrenią, potem popadł w alkoholizm, następnie starała się zrozumieć matkę, która po samobójstwie ojca starała się wynagrodzić wszystkie lata cierpienia ich całej rodziny, oddając się całkowicie pracy, by dzieciom zapewnić dalej godziwe warunki bytowe. Monika miała jeszcze dwójkę braci. Kiedy w wieku wczesnoszkolnym zaczęło się z dziewczyną dziać coś kompletnie dziwnego i niezrozumiałego, matka starała się szukać wszędzie gdzie tylko możliwe pomocy. To normalne, że matka rozpaczliwie chce pomóc dziecku, jednak nie zawsze ta pomoc jest właściwie zdiagnozowana. Pomoc może przyjść niekiedy nawet za późno.

„Byłam pogrążona w totalnym smutku. Chodziłam jak bezdomne dziecko – bez uśmiechu na twarzy i bez celu. Matka często pytała mnie, co jest powodem mojego przygnębienia i płaczu, który codziennie roznosił się jak echo po małym pokoju, w którym mieszkałam razem z braćmi. Nie potrafiłam odpowiedzieć zatroskanej matce. Mówiłam, że nie mam tak naprawdę powodów i sama nie wiem, dlaczego to się ze mną dzieje, a działo się stale, co nie dawało domownikom chwili wytchnienia. Męczyli się ze mną, nie mogąc znaleźć rozwiązania i nie znając lekarstw na moje udręki. Będąc świadoma kłopotu, który sprawiałam bliskim, popadałam w coraz bardziej nieznośny stan. Musiałam to jednak jakoś przetrwać. Mimo wielu słabości, które sprawiały, że mówiłam o śmierci, chciałam jeszcze żyć.”

Po diagnozie, Monika trafia do szpitala, w którym to dowiaduje się o kolejnej swojej chorobie, która podstępnie, pod płaszczykiem depresji zaczęła się rozwijać i kiełkować. Schizofrenia. Dziedziczna, nabyta? Nikt tak do końca nie wie, jak to jest z chorobami psychotycznymi, dotykającymi nasz mózg, który tworzy w swojej rzeczywistości obrazy czasami przyprawiającymi o gęsią skórkę. Wspomnienia, jakie opisuje autorka są tak sugestywne, że wręcz przytłaczające, a nawet momentami zakrawające o totalny absurd, takie, które odczuwa się czytając. Miałam wrażenie, że jestem w epicentrum jakichś kompletnie niedorzecznych wydarzeń. Jestem jednak w stanie w nie uwierzyć, bo chory mózg potrafi działać na zupełnie innych emocjach.




Jako nastolatka po raz pierwszy zaczęła popalać papierosy. To one napędzały ją do działania i chęci zatapiania się w nikotynie, która stała się wręcz nałogiem. Jedni ubóstwiają narkotyki, drudzy alkohol, a jeszcze inni papierosy. Tak było w przypadku Moniki. Najbardziej wstrząsające dla mnie były sceny zbierania petów z chodników, ulic, byle tylko móc jeszcze je w jakiś sposób wypalić, dopalić, zatopić się w ich dymie, jak najgorszy menel, człowiek wyzuty z godności. To przykre i wręcz bulwersujące, jak to, kiedy będąc w ciąży nie zrezygnowała z palenia.

Dalej, to zapiski z życia kobiety, która pod wpływem ciąży zmieniła nastawienie do świata, ale nie do palenia. I przez moment wydawało się, że już będzie dobrze. Monika wpada ze skrajności w skrajność. Dopada ją depresja poporodowa. Kolejne ciężkie tygodnie, dni wypełnione bólem i niezrozumieniem, ale wciąż w towarzystwie papierosowego dymu.

„Dla mnie tytoń nie był jedynie uzależnieniem. To nie tylko nikotyna, którą wdychałam na co dzień do swoich płuc, lecz cały rytuał odprawiany każdego dnia. Czciłam tę chwilę jak bóstwo, które zaszczyciło mnie swym widokiem, i celebrowałam jak ceremonię; przepychem swych przyjemności każdego dnia wielokrotnie rozpieszczała mnie, mój umysł i zmysły.”

Nie jest przyjemne chorować, czuć się obco we własnym ciele, które ewidentnie nie współgra z duszą. Wcale się nie dziwię, że Monika czuła się nierozumiana, odrzuca przez znajomych, uciekała od nich. Ciężko zidentyfikować się samemu ze sobą, co dopiero ze światem i rzeczywistością, którą nie można wpasować do siebie, własnych potrzeb, pragnień. Jak zbędny element w układance. 


Jednych będzie ta książka szokować, innych zadziwiać, wprawiać w konsternację, a jeszcze inni po prostu potraktują ją jak przerysowaną opowieść, kaprys autorki. Moim skromnym zdaniem, książkę tę powinien przeczytać każdy, kto ma na to ochotę i czują potrzebę zatopienia się w świat niezrozumiany, nieokreślony do końca, zaskakujący momentami. Niech to będzie taka lekcja pokory. Ciężko zidentyfikować się zdrowemu człowiekowi ze światem tego, który choruje na tę dosyć nietypową chorobę, która stawia przed nami więcej pytań, niż udziela odpowiedzi. 


„Cierpienie zamknięte w paczce papierosów” Moniki Marciniak to przede wszystkim monolog autorki, która próbuje odnaleźć sama siebie, zrozumieć to, co Jej się przytrafiło. To książka tak przewrotna, wysnuta z wyobraźni autorki, co prawdziwa do bólu samotności i odbijania się od własnych marzeń. Książka, która jeszcze nie ma zakończenia, ona jest wciąż otwarta i pisze się sama. 


Polecam!


Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu:




niedziela, 30 kwietnia 2017

[Recenzja patronacka] „Szuja” Krzysztof Tyszkiewicz. A Ty, jakimi otaczasz się przyjaciółmi?







Wydawnictwo Literackie Białe Pióro

Ilość stron: 118

Książkę znajdziecie:



Książka na jeden raz, przyjemnie spędzoną chwilę, przy której można się i pośmiać, i zabawić w detektywa, ale... Autor postarał się o drugą warstwę swojej opowieści. Kreśląc sylwetki swoich bohaterów, pod płaszczykiem przyjaźni, zmusza czytelnika do refleksji na temat przyjaźni i przyjaciół, jakimi się otaczamy. Czy ci, którzy się tym mianem określają, rzeczywiście nimi są. 

Na pozór niewielkich rozmiarów książka Krzysztofa Tyszkiewicza jest znakomitą opowieścią, utrzymaną w klimacie gangsterskich porachunków, z pięknymi kobietami w tle, tryskającymi młodością i wigorem mężczyznami, a także z wielką kasą, narkotykami i czarnym biznesem gdzieś z boku, drogimi ciuchami, szybkimi samochodami. Vince jest biznesmenem, który popadł w tarapaty finansowe i potrzebuje pilnie pomocy. A ta nadejdzie od dobrego przyjaciela Innocentego, gangstera. Stara maksyma brzmi, żeby lepiej nie pożyczać pieniędzy od znajomych, bo potem traci się podwójnie. Tak było w przypadku Vince’a. 




Jake z kolei jest bardzo dobrym przyjacielem Vince’a, który po traumie z przeszłości, kiedy to stracił żonę i nienarodzone jeszcze dziecko w wypadku samochodowym, wychodzi właśnie ze szpitala psychiatrycznego. Przypadek sprawia, że pewnego wieczoru udzieli pomocy Nicole, która jak się potem okaże wcale nie takim przypadkiem pojawia się u Jake’a. Jak Vince z kolei wywiąże się z pewnej obietnicy danej Innocentemu i tym samym ze spłaty długu, który sięga kilku milionów dolarów?

Autor akcję swojej powieści osadził we współczesnych realiach w Stanach Zjednoczonych. Pozwolił swoim bohaterom stać się jeszcze bardziej autentycznym przez zupełnie normalne, a często nawet spontaniczne zachowanie. Jedno jest pewne, przy tej książce nudzić się nie będziecie. Tu już mowa nie tylko o miejscach typowych, w których pojawiają się bohaterowie, ale znakomicie ułożone dialogi, odpowiednio dopasowane do każdego z nich, słownictwa typowego dla żargonu gangsterskiego, dając czytelnikowi przestrzeń na własne domysły i snucie pewnych przypuszczeń.

„Szuja” Krzysztofa Tyszkiewicza w pewnym momencie wywiedzie czytelnika w przysłowiowe pole, wracając akcją do punktu wyjścia, komplikując sytuację bohaterów jeszcze bardziej, bo przecież nic tu tak do końca nie jest typowe, czy standardowe, a nawet pewne. W pewnej też chwili sami się zagubimy nie mając pewności, czy to uknuta przez autora intryga, chwilowa złuda, fantazja, czy też właściwy trop. To niezbyt obszerna opowieść o życiu typowym i charakterystycznym dla światka gangsterskiego, o chwilach radości, ale przede wszystkim odpowiada na ważne pytania, o przyjaciół i sens przyjaźni.

To debiut autora, który za miejsce akcji wybrał zupełnie odległe od naszych rodzimych. Debiut uważam za niezwykle odważny, ale udany. Akcja dzieje się szybko, wątki następują po sobie dynamicznie. Tu nie ma przypadków, całość jest misternie nakreślona, przemyślana. Nie brak klimatu typowego dla amerykańskiego światka gangsterskiego, w którym bohaterowie lubią drogie bibeloty, szybkie samochody, piękne kobiety. Autor oddał tę część znakomicie, nie zakłamując żadnego obrazu, używa słownictwa wprost, bezpośrednio, nie żałując przy tym potoczności. 

„Szuja” Krzysztofa Tyszkiewicza to energiczna powieść gangsterska, w której nie brakuje emocji, napięcia w oczekiwaniu na kolejną scenę, wątku gorącego romansu oraz przyjaźni, która w tym przypadku, między dwoma mężczyznami jest czymś jakby niecodziennym, ale dowodzi temu, że istnieje, jest możliwa. 


Polecam!

Za możliwość patronatu i egzemplarz książki, dziękuję Wydawnictwu: