sobota, 15 lipca 2017

[Konkurs patronacki] Dokończ zdanie i wygraj "To był maj" Anny Konstanty :)



Kochani!

W związku z moim patronatem nad książką "To był maj" Anny Konstanty, mam przyjemność ogłosić konkurs, w którym będziecie mieli okazję wygrać dwa egzemplarze powieści.




Zasady konkursu:

W konkursie udział może wziąć każdy.


W komentarzu pod postem odpowiadacie na pytanie konkursowe. Dokończcie zdanie zaczynając od: "Mój niezapomniany maj..." i opiszcie jakąś wyjątkową przygodę, która miała miejsce w maju. Nie musi być długa. Po prostu - Wasza :)


Konkurs rozpoczyna się dzisiaj, czyli 15.07  i trwa do 06.08 do godz. 23:59 :)

Nagrodami w konkursie są dwa egzemplarze powieści "To był maj" Anny Konstanty.

Podpiszcie się jakoś, by nie było krępującej sytuacji przy wyłanianiu zwycięzców. Nie musicie ujawniać swojego adresu e-mail.

Po terminie wygaśnięcia konkursu, w ciągu trzech dni postaram się wyłonić zwycięzców. Mam nadzieję, że pomoże mi w tym również Autorka.

Udostępnijcie post konkursowy, polubcie profile: Wydawnictwa Novae Res na facebooku i mój, zachęćcie do wspólnej zabawy znajomych :)

Ważne!

Będę powtarzać do upadłego. Jeśli bierzecie udział w konkursie, pamiętajcie by sprawdzać wyniki konkursu. Po ogłoszeniu wyników bowiem, czekam trzy dni na adresy do wysyłki nagród.






[Audiobook] „Szepty dzieciństwa” Anna Sakowicz. Emocjonalna opowieść o prawdziwym życiu...








Wydawca: StoryBox

Czas trwania: 11 godz. 17 min.

Czyta: Joanna Domańska




Znakomita interpretacja tekstu stawia lektorkę na wysokim szczeblu mojej drabinki tej nietypowej listy. Jak dla mnie ważnej i każdy, kto śledzi mojego bloga wie, że przykładam do tej kwestii niesamowicie dużą uwagę. Nie ma nic przyjemniejszego w słuchaniu audiobooków, jak idealnie zinterpretowany tekst danej książki, bo wtedy ma się poczucie, że osoba, która go odczytuje ma nie tylko szacunek dla swojej pracy, ale też szacunek dla autora danego dzieła. Joanna Domańska potwierdza tylko moją wcześniejszą tezę, że ci aktorzy – gwiazdy z pierwszych stron gazet może i są dobrymi aktorami na ekranie, ale interpretację lektorską nie zawsze wykonują poprawnie. Świetna, przyjemna i w pełni profesjonalna praca z tekstem w wykonaniu Joanny Domańskiej jest tym, czego życzyłabym sobie zawsze. Odpowiednia intonacja, podział na role, dialogi, opisy i przede wszystkim zaangażowanie w tekst, które cechuje podejście do tego z pasją.


Sama powieść Anny Sakowicz to nic innego jak realistycznie, autentycznie oddana rzeczywistość jednej z głównych bohaterek, w której wiele kobiet znajdzie swoją bratnią duszę, cząstkę samej siebie. Może trochę zbyt naiwna była ta Basia, ale myślę, że ta drażniąca momentami lekkomyślność dodawała jej tylko animuszu i potwierdza tylko dogłębność stwierdzenia, że taka na pozór prosta opowieść jest jakby wycinkiem z naszego życia, albo kogoś, kogo nie znamy, ale mijamy go codziennie w oknie lub na chodniku.




Basia zdobyła moją sympatię swoją szczerością. Matka dwójki dzieci, żona durnego Mietka, jak wciąż powtarza oraz córka ojca alkoholika. Niezatarte ślady z przeszłości, mnóstwo kłębiących się emocji, tłumionych uczuć. Basia jest przeciętną kobietą, której w domu nigdy się nie przelewało. Sama ciężko pracuje jako kasjerka w jednym z okolicznych marketów. Wrażenie robią opisy jej pracy, zupełnie nie mijające się z prawdą. Przez jakiś czas pracowałam w jednym z takich marketów, także wiem, jak to jest w praktyce. Mietek z kolei pracuje na budowie, a tam, jak wiadomo, raz praca jest, raz nie ma i często uzależniona jest od warunków pogodowych. Okazja dorobku przychodzi do Basi z „Prawiebanku”. Kobieta podejmuje wyzwanie. Szansa na poprawę statusu życiowego stanie się okazją do podjęcia pewnych decyzji i zmian. Przede wszystkim wysyła ojca do ośrodka dla AA. Od tego momentu akcja zaczyna przybierać na sile i zaskakuje niemal na każdym kroju. Bohaterka momentami zadziwia samą siebie, a co dopiero czytelnika. Jedno jest pewne, w życiu Basi wiele się wydarzy, zaś znalezione u ojca w szafie pamiętniki zmarłej matki potwierdzą tylko jej przypuszczenia, że apodyktyczna matka nie zostawiła po sobie żadnego dobrego wspomnienia. Z urywków tych opowieści dowiemy się, że Basia miała brata. Trochę mi tego wątku zabrakło. Myślę nawet, że autorka pozostawiała sobie pewne furtki otwarte. Wiem, bo pytałam, że kontynuacja nie jest brana pod uwagę, ale może z czasem zmieni zdanie? Liczę tak naprawdę na to.







„Szepty dzieciństwa” Anny Sakowicz to osobliwie opowiedziana historia z życia pewnej kobiety. Wiele w niej suspensu, chwil na refleksję, autentyczności, animuszu. Wiele w niej spontaniczności, empatii i zaskakujących zwrotów akcji. Zaskakuje, intryguje. Książka, która odkrywa dawne tajemnice, zadry w sercu. Nieubarwiona, ale jakby wyrwana z naszej rzeczywistości. O trudnych tematach, naiwności losu.

W wersji audio jest jak najbardziej do przyjęcia. Świetna, na wysokim poziomie interpretacja książki to jest to, czego oczekiwałam i szczerze Wam polecam!


Audiobook jest wygraną w konkursie :)



   

        zBLOGowani.pl
   


[KONKURS PATRONACKI] Napisz i wygraj tomik wierszy "Wydeptane" Piotra Sitnika :)



Kochani!

Jako jeden z patronów medialnych tomiku wierszy "Wydeptane" Piotra Sitnika mam przyjemność ogłosić konkurs, w którym zadanie wcale nie jest trudne. Jak wiecie, znając również moje działania blogowe, u mnie konkursy kreatywne są po coś. Dzisiaj, zapraszam Was do wspólnej zabawy, byście mogli raczyć się wspaniałą poezją.








Zasady konkursu:

W konkursie udział może wziąć każdy.


W komentarzu pod postem odpowiadacie na pytanie konkursowe. Dzisiaj Waszym zadaniem jest napisanie, jakie Wy zostawicie po sobie ślady, jakie wydeptacie i zostawicie? To oczywiście pytanie z użytą celowo metaforą. Każdy bowiem ma jakieś wyobrażenie na ten temat. Czekam na Wasze odpowiedzi.


Nagrodą w konkursie, którą w całości sponsoruje Wydawnictwo Literackie Białe Pióro są: jeden egzemplarz papierowy tomiku "Wydeptane" Piotra Sitnika oraz dwa e-booki w formie pliku pdf.


Konkurs rozpoczyna się dzisiaj, czyli 15 lipca i kończy 31 lipca b.r. o godz. 23:59


Podpiszcie się jakoś, by nie było krępującej sytuacji przy wyłanianiu zwycięzców. Nie musicie ujawniać swojego adresu e-mail.


Po terminie wygaśnięcia konkursu, w ciągu trzech dni postaram się wyłonić zwycięzców.


Udostępnijcie post konkursowy, polubcie profile: Wydawnictwa Literackiego Białe Pióro na facebooku i mój, zachęćcie do wspólnej zabawy znajomych :)

Ważne!
Będę powtarzać do upadłego. Jeśli bierzecie udział w konkursie, pamiętajcie by sprawdzać wyniki konkursu. Po ogłoszeniu wyników bowiem, czekam trzy dni na adresy do wysyłki nagród.



piątek, 14 lipca 2017

[Recenzja patronacka. Rekomendacja. Wstęp] „Słowa to za dużo” Hanna Krugiełka. O poezji skrojonej na miarę niczym kobieca sukienka :)








Wydawnictwo e-bookowo

ilość stron: 55




„W upalny lipcem dzień
usiądę na krawędzi nieba.
Barwną, pachnącą łąką
ozdobię ulubioną sukienkę.
W złocone słońcem włosy
wplotę kolorowego motyla.
Łzami szczęścia podleję maki,
a chabry splotę w wianek.

Z lazurowej torby wyjmę
dwie filiżanki i poczekam…”


Tym otwierającym tomik wierszem, Autorka rozpoczyna swój czas oczekiwania na kogoś, kto ma szansę jeszcze stać się Jej bliski, kto skradnie Jej serce i poczuje, tak jak Ona, napięcie między dwiema gwiazdami. Ale jest to też oczekiwanie na Was – czytelników, z którymi zacznie się emocjonalny dyskurs.


Czy nachodzi Was czasami wrażenie, że cokolwiek byście nie powiedzieli, bądź napisali, jakby odbijało się echem od ścian niezrozumienia? No właśnie. Dlatego niekiedy nie potrzeba naprawdę słów – wykrzyczanych, wymówionych, wyszeptanych, by wydobyć konsensus życia. Poezja jest idiosynkrazją serca, odkrywa meandry zawiłych dróg w sposób subtelny, wyrafinowany. Taka jest właśnie najnowsza poezja Hanny Krugiełki zamknięta w metaforyczny, aczkolwiek wymowny tytuł „Słowa to za dużo”, spięta bardzo kobiecą okładką z użyciem pasteli, jak z najpiękniejszych obrazów mistrzów minionych epok. Dzięki swej delikatności i eteryczności, dostajemy do rąk coś bardzo osobistego, coś od serca, gdzie emocje i pragnienia często mieszają się z powściągliwością. 


Liryka Hanny Krugiełki w najnowszym tomiku poezji, to pewien rodzaj wynurzenia, bardzo intymnego - rodzaj niepokoju, lęku o siebie, swoje uczucia, impresje. To bardzo osobliwa konwersacja z czytelnikiem, któremu podmiot liryczny szepcze na ucho zwierzenia utkane z pragnień, marzeń i wspomnień.




Nowe wiersze poetki przynoszą całą gamę barw, niesamowicie głębokich emocji oraz refleksji. Przede wszystkim to jednak refleksje kobiety, która coś i kogoś w swym życiu straciła i wyraźnie nie może się z tym pogodzić „Chociaż minęło tyle lat/ wciąż nastawiam każdy czajnik/ na dwie filiżanki herbaty,/ przygotowuję dwie porcje obiadu/ śpię na jednej połowie kanapy.” To ból po stracie, a śmierć wcale nie jest dla niej taka oczywista. Ta osoba wiele znaczyła i cały czas znaczy: „Nie martw się Miły,/ już niedługo jesień.[...] Nasz pies wreszcie/ przestanie smutnym/ wzrokiem patrzeć/ w nie istniejący punkt/ za wejściowymi/ drzwiami mieszkania.”

Jawi mi się podmiot liryczny, jako obraz bardzo samotnej kobiety, pragnącej czułości, miłości, zwykłego dotyku, czy chociażby normalnej, codziennej rozmowy.

Wiersz o tym samym tytule jest niczym fotografia wspomnień, uświadomieniem sobie, że to co było już nigdy nie wróci, a słowa stanowią za duży ciężar, by unieść intensywność tych powrotów, a jednocześnie nie zadeptać tego, co wryło się w pamięć i utrwaliło się w albumie: „Pustka dzwoni ciężko i złowrogo, budząc/ to co umarło pod stosem wspomnień./ Słowa to za dużo.”




Poetka nie szczędzi nam liryki pełnej codzienności przyglądaniu się jej z każdej strony. Od chociażby podglądania przyrody po senne refleksje nad sensem istnienia. W swoich wierszach personifikuje rośliny, przedmioty martwe. Zwraca naszą uwagę na biegnący czas, na zmieniające się za oknem kadry pór roku, na życie często przeciekające nam przez palce. Nie mędrkuje, ale uświadamia. Do szczęścia nie potrzeba wiele, ale na pewnych jego etapach jesteśmy zmuszeni niektóre z jego elementów przewartościować.

Poetka umiejętnie pisze o miłości, nie mówiąc o niej wprost, tylko ukrywając w znaczeniach. To dla niej uczucie trwałe, niezaprzeczalne i jedyne w swoim rodzaju. Wolne i bezgraniczne. A przecież uczucia towarzyszą nam od chwili narodzin, zarówno lęk, cierpienie, ból, jak i radość czy euforia. Kreśli przed nami rzeczywistość wręcz namacalną, palpacyjną. Wiersze są i dłuższe formą, i krótsze. Są takie, w których nie potrzeba wielu słów, by zgrabnie ująć nastrój, sytuację i tym samym wciągnąć czytelnika w intymność swojej poezji. Zadaje konkretne pytania, ale też udziela rzeczowych odpowiedzi.


„Słowa to za dużo” Hanny Krugiełki, to wiersze niezwykle sugestywne, emocjonalne, melancholijne, refleksyjne. Przyciągają, intrygują, ale i zaskakują, jak chociażby ten zamykający tomik. Kolejne piękne strofy zaklęte w mądrości. Bo z poezją i poetami – twórcami wersów tak już jest. Poezji nigdy nie tworzy się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Potrzeba wielkiej niezależności, różnorodności i chwili, by powstały wersy, które staną się lekarstwem na ból duszy i by każdy czytelnik odnalazł w nich cząstkę siebie.

* * *
Wiersze nie rodzą się w
płomiennym blasku świec i
przy trzepocie zbłąkanej ćmy.
Nie potrzebują srebra księżyca,
ani śpiewu zbłąkanego świerszcza.

Wiersze powstają niezależnie i
same wybierają moment narodzin.
Są kolejnym cichym krokiem myśli,
zwięzłym zaplątaniem słów.
Samoistnie spadają z ołówka.


Tomik niezwykle ciekawy i bardzo kobiecy. Odnajduję w nim ciszę, tęsknotę i pokorę do życia. A, co odnajdziecie w nim Wy? Dla mnie to poezja skrojona na miarę, niczym sukienka okładkowej pani. Pełna bezpretensjonalności, pogodzenia się z życiem. Poezja, która ponad wszystko ma swoją określoną miarę, bo chociaż słowa to faktycznie niekiedy za dużo, ta cisza i przestrzeń między wierszami pozwala nam na nasz czytelniczy oddech i refleksyjność, a Autorkę cenię za wyrafinowanie i wyczucie.

Polecam całym sercem!


Za zaufanie, możliwość patronatu, słowo wstępne i rekomendację okładkową, dziękuję Autorce :)


   
        zBLOGowani.pl
   

czwartek, 13 lipca 2017

„Tam, gdzie kończy się świat. Opowieści z Papui-Nowej Gwinei” Paweł Zgrzebnicki :)






Wydawnictwo Muza

Ilość stron: 352

Nowość wydawnicza


Interesując opowieść napisana w formie reportażu, a odnosi się wrażenie, jakby czytało się nie reportaż a powieść opartą na faktach. Jak dla mnie, świetna, ciekawa, intrygująca, odkrywająca przed czytelnikiem wiele tajemnic z kraju, który żyje swoim rytmem, rządzi się swoimi prawami, gdzie nieskażona człowiekiem przyroda kryje niespożytą energię, niesklasyfikowane gatunki flory i fauny. To świat, do którego nie wszyscy mogą się wybrać. Trzeba być odpornym na panujące tam warunki atmosferyczne, kulturowe i społeczne. Trzeba być odważnym i mieć ściśle określony plan, chociaż nawet będąc już na miejscu, jak się okazuje, trudno jest znaleźć przewodnika, który pokazałby nam to, co chcemy.


Autor jest przede wszystkim podróżnikiem i fotografem. Trochę mnie to zdziwiło, bo w tej książce nie znajdziecie ani jednego zdjęcia. Zdecydowanie mi tego brakowało, chociaż być może było to zaplanowane. Być może czytelnik ma użyć własnej wyobraźni, a nie podpierać się gotowymi zdjęciami. Zamiast jednak zdjęć, w kilkunastu miejscach znajdziecie odręczne rysunki autorstwa Aleksandry Dróżdż. 


Papua – Nowa Gwinea to kraj zdecydowanie odmienny od europejskich obrazków, mentalności, czy pojęć. Obejmuje miejsca, gdzie zamieszkują ludy plemienne – te rdzenne, pierwotne. Do kilku z nich trafił Paweł Zgrzebnicki. Intrygują, ale też budzą pewien rodzaj niepokoju i buntu. Opisywane przez autora plemienia mają różne tradycje. Jedną z nich jest stereotypowa w naszym mniemaniu rola kobiety, która nierzadko mieszka w osobnym pomieszczeniu, czy nawet zbudowanym na ten cel szałasu, z całym przybytkiem gospodarczym (np. świńmi) i dziećmi. Mężczyzna ma prawo mieć kilka żon. To ona zajmuje się przybytkiem, domem, dziećmi, a nawet pracą w polu, która tam jest czymś zupełnie normalnym, a nawet elementarnym. Kontrowersje nas – ludzi cywilizacji, budzi traktowanie kobiet. Sprowadzanie ich do roli nałożnicy, często gwałcąc, bijąc, molestując nastoletnie dziewczynki, wręcz maltretując, bo mężczyzna ma prawo do wyładowania emocjonalnego. W innym plemieniu, kobiety również mieszkają osobno, bo czas kiedy ma menstruację jest czasem skażonym. Kobieta nie ma prawa kilka dni po, patrzeć na mężczyznę, rozmawiać z nim. To również miejsce, w którym dochodzi do dziwnych wojen między społecznościami, plemionami i często udział w nich biorą kobiety z dziećmi. Strach i niepokój zawsze towarzyszą tym, którzy mają styczność z gangami rosłych mężczyzn, uzbrojonych w maczety i broń maszynową.





Ale, autora interesowały również szlaki nieskażone cywilizacją człowieka, tereny trudno dostępne, w które rzadko zapuszczają się pobliscy mieszkańcy, porośnięte dzikimi lasami i góry. Swoje relacje z tych wypraw, autor przeplata zawsze historią danego miejsca. Zagłębia się w mentalność ich mieszkańców, przekazywanymi z pokolenia na pokolenie wierzeniami i zabobonami, związanymi nawet z przypadkami kanibalizmu. Opisuje również mieszkańców Malezji – ich historię, zwyczaje, problemy oraz wszelkie próby związane ze stworzeniem państwa dalekiego od korporacyjnych zasad opartych na bezwzględności i wpływom polityki Chin, gdzie nie brakuje przemocy i korupcji przede wszystkim.






Bardzo ciekawym miejscem, do którego trafił autor było przypadkowe spotkanie polskiego księdza na misji. Ów ksiądz służy tam już trzydzieści pięć lat i jak się okazuje są momenty, w których traci wiarę.


„Tam, gdzie kończy się świat. Opowieści z Papui-Nowej Gwinei” Pawła Zgrzebnickiego to intrygująca, ciekawa i niecodzienna opowieść o kraju, do którego wybiera się niewielu śmiałków. Autor, jak przystało na reportaż prowadzi narrację niepozbawioną wewnętrznych monologów, skrzętnie, drobiazgowo odwzorowując wszystko, co spotyka na swojej drodze. I czytając w ogóle nie ma się wrażenia, że to ten rodzaj relacji. Z dbałością o niuanse, okraszając je historycznymi wątkami, zagłębiając się w każdy rodzaj swojej wyprawy. Ciekawe miejsca, dziwni, odmienni ludzie, mentalność, kultura, ale przede wszystkim osobliwie, skrzętnie opowiedziane historie mieszkańców tego różnorodnego pod względem flory i fauny świecie. Brak fotografii mają zastąpić rysunki, ale klimat książki utrzymany jest dzięki plastycznym, sugestywnym opisom, które pozwalają czytelnikowi na przeniesienie się w te miejsca. Intrygująca, momentami porywająca.


Polecam!


Za książkę dziękuję:






   

        zBLOGowani.pl
   


środa, 12 lipca 2017

"Schodami w górę, schodami w dół" Michała Choromańskiego, zaproszenie na promocję książki :)




Serdecznie zapraszamy Szanownych Czytelników do Parku Królikarnia na spotkanie z książką „Schodami w górę schodami w dół” Michała Choromańskiego.





W prowadzonym przez red. Dorotę Gacek (Dwójka-Program 2 Polskiego Radia) spotkaniu udział wezmą: Marek Sołtysik (autor posłowia) oraz Jan Gondowicz (krytyk literacki).

Nasi goście przyjrzą się wydanej po raz pierwszy po przeszło trzydziestu latach powieści, z jednej strony w zgrabnych przebraniach ukazującej artystyczne życie przedwojennego Zakopanego, z drugiej – będącej ponadczasową, na wskroś owoczesną prozą psychologiczną. Jaki jest sekret tej książki, co sprawia, że do dziś okazuje się frapującą lekturą?

Już 22 lipca zapraszamy na próbę rozgryzienia tej tajemnicy.

Michał Choromański (1904–1972) – prozaik, dramatopisarz, poeta i tłumacz. Urodzony na Ukrainie w Jelizawietgradzie. Był krewnym Jarosława Iwaszkiewicza i Karola Szymanowskiego.
Autor m.in. „Zazdrości i medycyny” (1933), „Szpitala Czerwonego Krzyża” (1937), „Prolegomeny do wszelkich nauk hermetycznych” (1958), „Słowackiego wysp tropikalnych” (1969).
Żywiołem Choromańskiego jako pisarza była groteska i żywioł parodystyczny. Pisała Hanna Kirchner: „Struktura świata jest bowiem dla Choromańskiego totalnie groteskowa — jak dla Witkacego i Gombrowicza. Jeśli jest to Gogol Polski międzywojennej, to taki, który przeszedł wtajemniczenie w Kafkę i Dostojewskiego.” („Diabli wiedzą co, czyli Choromański”, 1973).

22 lipca (sobota), godz. 16.00, Park Królikarnia (przy wejściu do Muzeum Rzeźby im. Xawerego Dunikowskiego), ul. Puławska 113a w Warszawie.

Wstęp wolny





O książce:

„Idąc Schodami w górę, schodami w dół, napotykamy ślady zakopiańskich przyjaciół, kompanów Chormańskiego oraz jego opiekunów w chorobie: Kazimierza Wierzyńskiego,
Karola Szymanowskiego, Stanisława Ignacego Witkiewicza, Juliusza Zborowskiego, znakomitych ftyzjatrów: doktora Olgierda Sokołowskiego, doktora majora Teodora Białynickiego -Biruli oraz oczywiście Marii Kasprowiczowej, która w opublikowanych Dziennikach wyznała, że Choromański (krypto Jerzy) był naj większą miłością jej życia”. 
Z Posłowia Marka Sołtysika


„Dziewczynka-Stonka i krwawe gody” Marta Borkowska. Zaginięcie, śledztwo i plany na przyszłość z rosyjską mafią w tle :)






Wydawnictwo Ekwita

Ilość stron: 128

Nowość wydawnicza


Marta Borkowska to autorka, która potrafi zaspokoić nawet najbardziej wymagającego czytelnika literatury fantastycznej. W Jej książkach znajdziecie nie tylko dziwnych bohaterów, charakteryzujących się dużą charyzmą i odwagą oraz ciekawe wątki, w jakie ich wmieszała. Autorkę mieliście okazję poznać już u mnie na blogu, przy okazji pierwszej części „Dziewczynki-Stonki i inwazji martwiaków”, która stanowiła pewien rodzaj preludium do tego, co dzieje się w drugiej części.


I tutaj nie zabraknie wielu intrygujących sytuacji. Detektyw Skuteczny postanowi się ożenić z Panną Zajad, ale ktoś skutecznie będzie dążyć do tego, by im w tym przeszkodzić. Śledztwo, jakie rozpocznie Skuteczny będzie dosyć tajemnicze, zawiłe, pojawią się w nim liczne wątki poboczne, a dodatkowo Dziewczynka – Stonka rozpocznie drugie śledztwo na własną rękę. Nie będzie jednak dane jej doprowadzić go do końca, bo komuś zależy na tym, by prawda nie ujrzała światła dziennego. Znajdziecie tutaj spektakularnie i misternie utkaną intrygę, zazdrosnego kochanka, Rudą piękność oraz równie niesamowitego doktorka.


Wszystkich zaskoczy zachowanie i odwaga Stonki. Nikt się bowiem nie spodziewa, że Dziewczynka również wykaże się pomysłowością. Będzie niczym kameleon przywdziewać maski kamuflażu, by tylko dojść do jakiegoś przełomowego punktu swojego prywatnego śledztwa. Komu zależy, by Panna Zajad nie wyszła za Skutecznego? Co ma z tym wspólnego rosyjski gangster i doktorek? A może Ruda Piękność?



„Dziewczynka-Stonka i krwawe gody” Marty Borkowskiej wciąga od pierwszych wersów. To opowieść tak surrealistyczna i baśniowa, że jako całość tworzy, podobnie jak w pierwszej części, typowy dla tamtych bohaterów i zdarzeń klimat. Bardzo charakterystyczni bohaterowie odznaczający się siłą, temperamentem, odwagą i indywidualnością. Wartka akcja, świetne, dynamiczne opisy i przeplecione wątki niczym z najlepszego kryminału. Jest napięcie, są emocje i intryga, która wzbudza czytelniczą ciekawość. Kto kocha fantastykę, będzie uraczony tą niecodzienną pozycją.


Dla przypomnienia - okładka pierwszej części
oraz opis Dziewczynki-Stonki :)


Polecam!


Bardzo ważna informacja!

Z każdego sprzedanego egzemplarza papierowego, Wydawnictwo przekazuje złotówkę na schroniska dla zwierząt.




Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu:












wtorek, 11 lipca 2017

[Zapowiedź ambasadorska] "W sieci uczuć" Anety Krasińskiej już niebawem pod patronatem ambasadorskim Recenzji Agi :)






Kochani!

Miło mi poinformować, iż mój blog objął oficjalnym patronatem ambasadorskim najnowszą powieść Anety Krasińskiej "W sieci uczuć", która niebawem pojawi się na rynku wydawniczym pod skrzydłami Wydawnictwa Videograf :)



Ilość stron: 240

Kamila stara się być pilną studentką, idealną córką i doskonałą pracownicą, jednak umiejętne pogodzenie tych wszystkich obowiązków wymaga ogromu poświęcenia i w efekcie graniczy z cudem. Gdy do tego dochodzi jeszcze niespełniona, a może nieuświadomiona miłość z czasów studenckich, dziewczyna zaczyna się gubić w sieci własnych uczuć. Przypadek sprawia, że na jej drodze staje kolejny mężczyzna, ale ten związek szybko okazuje się toksyczny. Wbrew naciskom matki Kamila odważnie stawia swoje życie na głowie i pakuje walizki, chcąc poszukać swojego szczęścia zagranicą. W Berlinie musi się zmierzyć nie tylko z nowymi obowiązkami w pracy, wielokulturowym społeczeństwem, ale również odnaleźć się w obcym kraju, gdzie tak trudno trafić na kogoś życzliwego. Kiedy wreszcie wydaje się, że pokonała już wszystkie schody w drodze na szczyt, zjawia się Tomasz i uświadamia jej, jak bardzo jej dotychczasowe życie było puste...




„TEK. Nowoczesny jaskiniowiec” Patrick McDonnell :)






Wydawnictwo Kinderkulka

Ilość stron: 32, oprawa twarda

Nowość wydawnicza


Z niezwykle ciekawą i mądrą pozycją dla dzieci wyszło Wydawnictwo Kinderkulka. Stylizowana na tablet książeczka ma pomóc im zrozumieć pewne sytuacje w życiu, których zupełnie nieświadomie stają się uczestnikami. Jak wytłumaczyć dziecku, że za długo i za często sięga po gadżety elektroniczne? Żyjemy w czasach, kiedy bycie interaktywnym staje się czymś oczywistym. Jeśli problem dotyczy dorosłych, to patrzymy na niego inaczej. Kiedy mowa już o dzieciach, sprawa staje się poważna, bo dzieci ze swoją szczerością i otwartością ulegają pewnym wpływom, których w sieci i gadżetach elektronicznych pełno. Dzieci nie są świadome, że ten świat wirtualny różni się od otaczającej ich rzeczywistości.



Tak właśnie zachowywał się TEK. Mały jaskiniowiec, który korzystał z wszelkich możliwości elektroniki - od telefonu, po tablet i konsolę do gier. Nie miał czasu dla przyjaciół, którzy kilkakrotnie przychodzili pod jego jaskinię z propozycją zabawy, ale TEK nawet nie wiedział, że oni na niego czekają i proszą, by wyszedł się z nimi pobawić. Tymczasem problem mieli również jego rodzice. Nie wiedzieli, jak pomóc swojemu dziecku. TEK zatopiony w innej rzeczywistości nie dostrzegał nawet, że świat, ten na zewnątrz zmienia się, ewoluuje. Wszyscy załamywali ręce, ale pomógł miejscowy wulkan – Wielki Wybuchacz. Dla Teka oznaczać to będzie powrót do nowego świata, realnego, tego z piękną przyrodą, wspaniałymi przyjaciółmi, którzy nie odwrócili się od niego. Cierpliwie i wiernie na niego czekali. Opowieść ta kończy się niezwykle sentymentalnie, z pięknym i mądrym morałem. Ja się wzruszyłam.


Żeby "otworzyć" książeczkę, trzeba podać kod ;)


Warto podetknąć dziecku do czytania tę niecodzienną i bardzo pomysłową książkę. Moich synów zaintrygowała właśnie poprzez oprawę. I wierzcie mi, nie tylko te młodsze po nią sięgną, mimo iż książeczka dostosowana jest do ich potrzeb i użytku, bo posiada twarde, stabilne oprawy, ale i starsze, jak mój starszy syn, który przeczytał szybko i powiedział, że bardzo mu się podobała, chociaż myślał, że to raczej tylko dla małych dzieci. Widać więc, że pozory też często mylą. Młodszy zaś, chętnie by się z Tekiem zaprzyjaźnił i pokazał, że fajnie jest mieć z kim grać w piłkę nożną. 





Jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości, zapewniam, że warto. Warto wpajać dzieciom, że w życiu jest inaczej niż w elektronicznych gadżetach, że nasz realny świat ma wiele cenniejszych i piękniejszych rzeczy do zaoferowania. Jeśli Wasze dzieci mają problem z tym, by wyrwać się wirtualnej rzeczywistości, ta pozycja będzie dla nich idealna. Tek jest przecież mały, ale nie zdaje sobie sprawy, że już ma problem i że tak naprawdę sam sobie nie poradzi, musi mu ktoś pomóc, uświadomić. A to już należy do nas – dorosłych, rodziców. 




Proste i sugestywne ilustracje, jakby wzorowane na komiksowe świetnie oddają mądrą treść książki. Polecamy i to bardzo!


Za książkę dziękuję Wydawnictwu:






poniedziałek, 10 lipca 2017

„Bóg liczy łzy kobiet” Małgorzata Okrafka – Nędza. Trudne wybory, ciężar ich decyzji oraz życie w ciągłym niezrozumieniu...




Wydawnictwo FRONDA

Ilość stron: 180



„Historia, którą chcę opowiedzieć, jest historią straconych szans i marzeń.”


Po lekturze książki „Czerwona zaraza. Jak naprawdę wyglądało wyzwolenie Polski” Dariusza Kalińskiego miałam świadomość, że obecna pozycja nie będzie należała do równie przyjemnych. Co wrażliwszy czytelnik pewnie odłoży ją na kilka razy. Bez wątpienia bowiem to książka, którą potraktować można jako pewien rodzaj dokumentu. Zwierzenia tuż przed śmiercią babci, to jakby rodzaj moralnej spowiedzi i zeznań o prawdziwości zachowań tych, którzy określali się mianem – wyzwolicieli.

Dla mnie, to historia pięknej, młodej kobiety, która kochała ponad życie, miała marzenia, plany, cele jakieś w życiu, a wojna zagarnęła to wszystko do jednego worka, przerzucając traumatycznymi późniejszymi wydarzeniami. Opowieść Pelagii – najprawdziwsza w swej wymowie, szkaluje w okres tuż powojenny, kiedy tereny okupowane przez Niemców, obejmują wyzwoliciele – Sowieci. To nie był łatwy czas dla nikogo. Ukochany Pelagii – Jan Groszek, z którym planowała wspólną przyszłość zostaje przez Sowietów zatrzymany i słuch po nim ginie. Nie wiadomo, co się tak naprawdę stało. Pelagia przeżywa koszmar. Zgwałcona przez ruskiego żołnierza, zachodzi w ciążę. Kiedy rodzina orientuje się, co się święci, młodą Pelę wyręcza się z decyzji. Ma usunąć sowieckiego bachora. Jednak decyzja, jaką podejmuje dziewczyna, skazuje ją na wykluczenie społeczne i jest tego świadoma. Co tak naprawdę przesądzi o takiej, a nie innej decyzji Pelagii?





Dla mnie ta książka pełna jest emocji. W rozmowie, jaką autorka prowadziła ze swoją babcią wyczuwa się współczucie, empatię, rozgoryczenie, a wspomnienia Pelagii pełne sentymentu i bólu, jakiego potem doznała od Stacha, który obiecał się zająć nią i Jej córeczką. W rzeczywistości, bił ją i poniżał. W owym czasie, Pela zdecydowała się pójść za nim – dystyngowany milicjant, robił wrażenie swoją aparycją, empatią, erudycją, takim otwartym podejściem do życia. Pela wreszcie oderwała się od wydarzeń z przeszłości. Kiedy jednak razem zamieszkali, wielokrotnie pokazywał, gdzie jest miejsce kobiety, bił ją i poniżał na oczach małej Alicji. Gehenna ta trwała ładnych kilkanaście lat. Przerwał ją splot przypadkowego spotkania. 




Książka ta jest nie tylko doskonałym dowodem zbrodni, jakich dokonywali sowieccy oprawcy, ale przede wszystkim, patrząc na nią z perspektywy kobiecej, dowodem nieustającej walki. Walki, jaką bezbronna kobieta musiała stoczyć najpierw ze sobą i z bliskimi, by decyzja, którą podjęła, brzemienna w skutkach na jej całe dalsze życie nie była zadrą w oczach obcych. Walki o to, by prawda nie wyszła na jaw. Walki z przemocą. To dowodzi tylko Jej wielkiej sile. Matka walczyła o córkę, o godne i normalne życie. 


„Bóg liczy łzy kobiet” Małgorzaty Okrafki – Nędzy to niezwykle emocjonalna książka, która za sprawą sugestywnych opowieści głównej bohaterki wprawi niejednego czytelnika w konsternację i wiele mieszanych uczuć. Ta niezbyt obszerna pozycja wywoła chwilę na głębszą refleksję, zada wiele pytań. To historia kobiety, która przez całe życie walczyła o siebie i swoją córkę, zmagała się z bólem, odrzuceniem, samotnością, dając jednocześnie świadectwo temu, że matka, kobieta jest w stanie znieść naprawdę wiele, żeby tylko uratować siebie i ukochane wokół niej osoby, bliskich. Kobiety, która cierpiała. Najpierw ze stratą ukochanego, potem piętnem panienki z dzieckiem, co w owych czasach było źle postrzegane, a potem fizycznie i psychicznie z poniżeniem i przemocą od człowieka, któremu zaufała bezgranicznie.

To książka, którą czyta się szybko, widać lekkie pióro autorki oraz ciężar wyznań Jej rozmówczyni, który przytłacza czytelnika brutalnością, brakiem czułości, powściągliwości w haniebnych czynach mężczyzn, jakich Pela znalazła na swojej drodze.

Ta książka zostanie z Wami na bardzo długo, bo wydźwięk treści poraża szczerością i przeżyciami bohaterki, której ciężko nie polubić. Przy tym całym tragizmie, jaki ją spotkał, wykazywała się niezwykłą pogodą ducha i pozytywnym nastawieniem do świata i ludzi. Nie można jej osądzać, ale myślę, że wiele kobiet doszuka się pierwiastka zrozumienia w jej decyzjach i wyborach.


Trudna, bolesna, prawdziwa, szczera. Polecam!



Za książkę dziękuję Wydawnictwu:











Najbliższe premiery Wydawnictwa Replika :)





Już 11 lipca nakładem Wydawnictwa Replika ukażą się:





Liczba stron: 312

Koń, którego chciała uratować Susan Richards, nie dawał się zapędzić do przyczepy. Za to Lay Me Down, była klacz wyścigowa, razem ze swoim źrebięciem wmaszerowała po rampie wprost w życie Susan. Łagodne zwierzę - osłabione z powodu niedożywienia, zapalenia płuc i infekcji oka - przeszło trudną drogę, lecz w przedziwny sposób jego serce pozostało szczodre i otwarte. Najwyraźniej Lay Me Down było pisane trafić na pastwisko Susan i nauczyć ją, jak w pełni cieszyć się życiem pomimo jego niebezpieczeństw. 

Przepiękna, rozdzierająca serce opowieść. Zwierzęcy bohaterowie są równie złożeni i barwni jak ich ludzkie odpowiedniki, a cała historia inspiruje do przemyśleń na temat odwagi, nadziei i sposobu, w jaki każda miłość - nawet miłość zwierzęcia - może pokazać swą uzdrawiającą moc. 

Susan Richards myślała, że ratuje zagłodzonego, zmaltretowanego i porzuconego konia… Okazało się, że to Lay Me Down uratowała Susan Richards. Niewiarygodnie poruszająca opowieść, wnikliwa i pięknie napisana.
„The Roanoke Times”

FRAGMENT POWIEŚCI:
Było to pewnego zimnego dnia marca, kiedy błoto wypełniło wybieg dla koni należący do SPCA . Stałam przy ogrodzeniu, drżąc w mżawce, a mój oddech unosił się szarą mgłą nad górną belką. W pośpiechu wybiegłam z domu bez czapki i rękawiczek, w drodze do garażu chwyciłam jedynie wiatrówkę, która wisiała na haczyku przy schodach do piwnicy. 

Gdybym się wtedy zatrzymała i pomyślała, zareagowałabym tak, jak zazwyczaj reagowałam na prośbę o pomoc dla zwierząt chorych lub cierpiących przez człowieka – nie zrobiłabym nic albo wysłałabym czek. Tym razem jednak, gdy Judy, moja znajoma, zadzwoniła z wiadomością, że SPCA zarekwirowało właśnie czterdzieści zmaltretowanych koni z hodowli standardbredów i szuka dla nich schronienia, porwałam kurtkę i wskoczyłam do samochodu.Nie wiedziałam, dlaczego akurat teraz postąpiłam inaczej, dlaczego w jednej chwili zdecydowałam, że zrobię to, czego dotąd unikałam. Nie nawykłam do spieszenia na ratunek. To nie moją uśmiechniętą twarz widywali nad sobą przyjaciele, gdy budzili się po operacji w szpitalnym łóżku. Nie do mnie dzwonili, gdy trzeba było zawieźć ich na zdjęcie szwów, odebrać wyniki z laboratorium czy zdjęcia rentgenowskie lub też w jakiejkolwiek innej sprawie związanej z medycyną. Panicznie bałam się chorób – własnych i cudzych. 

Skoro wszelkie dolegliwości wzbudzały we mnie taki lęk, dlaczego teraz stałam przy ogrodzeniu i patrzyłam, jak dwadzieścia wychudłych klaczy zarodowych wraz ze źrebakami brnie z trudem przez błoto? Dlaczego odebrałam ten telefon? Możliwe, że była to reakcja odruchowa spowodowana głęboką i nieprzemijającą miłością do koni, uczuciem zaszczepionym mi przez babkę – kobietę budzącą postrach, niekiedy nawet okrutną – która została moją opiekunką prawną, gdy miałam pięć lat. Wzdrygnęłam się, jak zawsze kiedy wspominałam babkę, a jednocześnie zazdrościłam jej nieistniejącego już świata pełnego liniowców oceanicznych, wagonów pulmanowskich i tego, co było w nim najlepsze – koni. Dorastając, widziałam powozy i resztki uprzęży wciąż zalegające w stajni przy domu babki w Karolinie Południowej. Patrzyłam na nie i czułam się oszukana: mnie nie było dane żyć w czasach, w których konie stanowiły jedyny środek transportu. 

Na strychu u babki znajdował się kufer wypełniony ubraniami do jazdy należącymi do niej i do jej matki. Były tam sznurowane na przodzie wysokie do kolan buty z brązowej skóry, angielska ręczna robota, były tweedowe kurtki z skórzanymi guzikami, dopasowane w talii, były i lniane spodnie jeździeckie z łatami ze skóry na nogawkach oraz staromodne bryczesy – szerokie w biodrach, a obcisłe w łydkach. 

Znajdowała się tam również ciężka wełniana liberia stangreta ze srebrnymi guzikami, na których wygrawerowano inicjał H – od Hartshorne, panieńskiego nazwiska babki, które jednocześnie było moim drugim imieniem. Kiedy miałam sześć czy siedem lat, często przeglądałam zawartość kufra.Ostrożnie podnosiłam zetlałe kawałki tkanin o wystrzępionych brzegach i rozchodzących się pod dotykiem palców podszewkach, aż pewnego razu jeden z guzików liberii został mi w ręce. Odwróciłam go i przeczytałam na nim: superior quality. 

Włożyłam guzik do kieszeni. Teraz, trzydzieści pięć lat później, wisi na tablicy korkowej nad biurkiem w moim domu. Jest mały i okrągły, a przywołuje więcej obrazów niż pełnometrażowy film. Wystarczy go dotknąć, bym została wciągnięta w świat pełen koni i powozów około 1900 roku: ulice zakorkowane przez konie, konie kulawe, konie zaparkowane przy krawężniku, konie jedzące lunch, konie o sierści tak błyszczącej jak wywoskowane posadzki Knickerbocker Club przy Piątej Alei i konie kudłate niczym sznaucery. Nieustanna końska parada: każdego dnia, w każdym możliwym miejscu i o każdej porze. 

To właśnie od babki otrzymałam pierwszego konia, gdy miałam pięć lat. 

– Ma na imię Bunty – oświadczyła, wręczając mi uwiąz, po czym odmaszerowała z pastwiska, by zostawić mnie sam na sam z moim nowym kucykiem. 

Stojąc na drugim końcu linki, spojrzałam spod przymkniętych powiek na tłuste białe cielsko zawieszone na dwóch kompletach kosmatych nóg – z ogonem zamiatającym ziemię po jednej stronie i ciemnymi, zwężonymi oczami o gęstych rzęsach po drugiej. Równie dobrze babka mogła zostawić mnie samą z piłą łańcuchową. Wiedziałam, że jestem w śmiertelnym niebezpieczeństwie, ale trzymałam konia. Własnego konia. Nic lepszego nigdy mi się nie przydarzyło. Niestety nie mogę powiedzieć, że od początku byłam urodzonym koniarzem. Że wspięłam się na grzbiet swojej klaczki i z witką wierzbową w roli szpicruty ruszyłam dzikim galopem wokół pastwiska. Prawda jednak była taka, że nie miałam pojęcia, co robić. Stałam, dygocąc, ubrana w różową sukienkę na ramiączkach i gapiłam się na ślicznego kucyka tak długo, aż zwierzę skoczyło raptownie naprzód i usunęło mi część niemowlęcego tłuszczyku upakowanego na ramieniu poniżej barku. 

Z biegiem czasu sytuacja niespecjalnie uległa poprawie, nie w przypadku Bunty. Ale i tak ją kochałam: ślepo i zawzięcie, choć całymi latami gryzła, kopała i przynosiła mi wstyd na wystawach koni, gdy siadała i odmawiała wejścia na arenę lub przeciwnie – nie chciała jej opuścić. Czasami paskudny nastrój znikał, a wtedy jazda na niej była czystą przyjemnością, przeważnie jednak doprowadzała mnie do łez. W wieku dziesięciu lat dostałam wałacha rasy morgan o imieniu Alert i przeżyłam szok, odkrywszy, że koń może być łagodny i wierny. Nie zdawałam sobie dotąd sprawy, że byłam zakładniczką swojego kucyka. Od Alerta zaczęła się moja miłość do morganów, która trwa po dziś dzień. 

Obecnie wchodząc do własnej stajni, wkraczałam w ponadczasowość: guzik stangreta przywołujący odległą przeszłość, moje dzieciństwo, teraźniejszość – wszystko to zlewało się w jedną końską panoramę. Byłam już właścicielką trzech koni, a czas im poświęcany obejmował moje dni jak nawiasy: miały taki sam początek i koniec, niezależnie od tego, co znajdowało się w środku. Po skończeniu czterdziestki zaczęłam się martwić, ponieważ zaczęłam cierpieć na bóle kręgosłupa. Co będzie, gdy stanę się zbyt słaba, żeby zajmować się swoją trójką – dwoma wałachami i klaczą? Co, jeśli zanadto zesztywnieją mi stawy? Co, jeśli będę już za stara? Henry, mój najbliższy sąsiad, miał dwadzieścia pięć mlecznych krów. Każdą z nich kochał jak córkę. Tuż pod osiemdziesiątkę nagle się zestarzał. Artretyzm wykręcił mu palce, a rozedma płuc skradła oddech. Przez rok pełzał na czworakach od krowy do krowy, aby je wydoić. Ukrył twarz w opuchniętych dłoniach i łkał w dniu, w którym wielka przyczepa do transportu bydła przyjechała po jego stado. Od czasu do czasu miałam obawy, że i mnie może się przydarzyć coś podobnego. Mimo tego stałam teraz i czekałam na kolejnego konia, którym miałam się zaopiekować – konia, który na gwałt potrzebował domu. 

Obok mnie przy ogrodzeniu stał Ted, wolontariusz SPCA, biorący udział w przejęciu tych zwierząt. Gdy podpisałam niezbędne papiery, wyrażając zgodę na zabranie do siebie jednej klaczy, wyszedł ze mną pomóc mi ją odszukać i wprowadzić do przyczepy samochodu, który miał nas zawieźć na moją farmę. Ted nie miał ani czapki, ani płaszcza, ubrany był tylko w niebieskie dżinsy i flanelową koszulę w szkocką kratę i cały był zbryzgany błotem – od skórzanych traperów po nieogolony podbródek. Kitka brązowych włosów, ciemna od wody, zwieszała mu się na plecy i zwijała między łopatkami. Starł krople deszczu zebrane przy drucianej oprawie okularów, zostawiając mokre smugi na grubych, dwuogniskowych szkłach. W jednym uchu miał niewielki złoty kolczyk typu sztyft, a kiedy podeszłam bliżej, by spojrzeć na listę, którą wyjął z tylnej kieszeni, poczułam zapach nikotyny. Grubym palcem wskazującym o ogryzionym paznokciu przejechał po komputerowym wydruku, aż zatrzymał się przy dziesiątce. 

– Oto i ona. – Stuknął w papier. – Current Squeeze . 

Dziwny był to sposób nabywania konia – jak kota w worku – poprzez wskazanie interesującego imienia na liście zajętych towarów wydanej przez Szeryfa Hrabstwa Ulster. Cała ta sytuacja była dziwna. Nie wiedziałam nic na temat standardbredów, poza tym, że to konie o długiej kłodzie, trenowane do wyścigów w zaprzęgu, zwane niekiedy kłusakami, ponieważ ścigają się kłusem. Nie miałam pojęcia, na co zwracać uwagę, poza dobrym zdrowiem ogólnym i miłym usposobieniem, które w tym przypadku nie miały zastosowania. Moje kontakty z przedstawicielami tej rasy sprowadzały się do przypadkowego i przelotnego widoku gniadego łba, wyglądającego przez okno przyczepy, która mknęła na tor wyścigowy drogą szybkiego ruchu, a na dachu miała umocowaną jedną z tych zgrabnych dwukółek, zwaną sulkami. 

A zatem nie mając nic poza spisem imion przed oczami, wybrałam takie, które uznałam za najzabawniejsze, kiedy przyjdzie mi je wołać przez całe pastwisko. Zaczęłam nawet ćwiczyć to wołanie w myślach: „Current Squeeze! Curry! Squeezy!”. Imiona są ważne dla koniarzy. Trudno wymyślić coś odpowiedniego. Choć miałam konie niemal od urodzenia, tylko raz było mi dane nadać jednemu z nich imię. Zdarzyło się to piętnaście lat temu, w trakcie rozwodu, gdy nasi prawnicy spierali się o to, kto zatrzyma konie. Mieliśmy ich wówczas kilka, łącznie z moją morganką, Georgią. Po roku utarczek przyznano ją mnie, a ja ze zdumieniem odkryłam, że jest źrebna, na skutek nieplanowanej wizyty ogiera tej samej rasy, który mieszkał w pobliżu. Były mąż nigdy by mi nie oddał Georgii, gdyby wiedział, że dostaję dwa konie w cenie jednego. Kiedy więc kilka tygodni po przeprowadzce Georgii do mojej nowej stajni, przyszła na świat mała klaczka, nazwałam ją Sweet Revenge . Została u mnie do czasu, gdy można ją było przyuczyć do siodła i trenować, a gdy miała cztery lata, oddałam ją córce znajomej, nastolatce, która zainteresowała się jeździectwem na tyle poważnie, by zasłużyć na własnego konia. 

Georgia wciąż była ze mną i tej wiosny miała skończyć osiemnaście lat. Od czasu rozwodu nabyłam też Hotshota i Tempa, dwa wałachy rasy Quarter Horse, oba aktualnie pod trzydziestkę. Cała trójka tworzyła moją końską rodzinkę, idealną zarówno pod względem liczebności, jak i temperamentu. Konie wypracowały sobie, lata temu, hierarchię w grupie i każdy z nich znał swoje miejsce. Sierść z rzadka latała, krew lała się jeszcze rzadziej i prawdopodobnie w ogóle nie miałyby powodu do potyczek, gdyby nie Georgia, która od czasu do czasu napastowała Hotshota, ponieważ była klaczą, a klacze właśnie tak postępują. Hotshot pozwalał jej na to, bo był do niej bardzo przywiązany. 

Nigdy nie myślałam o czwartym koniu. Nie chciałam czwartego konia. Miałam czterdzieści trzy lata, mieszkałam sama, cierpiałam na dyskopatię, co od dwóch lat uniemożliwiało mi jazdę szybszą niż stępa, i przez pięć dni w tygodniu pracowałam w opiece społecznej. A jednak oto stałam tutaj i rozmyślałam o interesujących końskich imionach z policyjnej listy. 

Zmrużywszy oczy, wpatrzyliśmy się z Tedem w chaos na wybiegu, na którym dwadzieścia wielkich gniadych klaczy, drżąc, skupiło się na całym obwodzie ogrodzenia ze źrebakami wtulonymi w ich boki. Próbowaliśmy namierzyć mosiężną przywieszkę z numerem dziesiątym, doczepioną do karabińczyka przy jednym ze sfatygowanych kantarów. Klacze potykały się w głębokim błocie, stojąc niepewnie na spuchniętych w stawach kończynach, osłabione przez niedożywienie i nieleczone urazy z wyścigów. Wiele z nich miało otwarte, sączące się rany na nogach i bokach. Wszystkie kaszlały i oddychały świszcząco za sprawą chorób układu oddechowego, a z oczu i nosów ciekła im zielona flegma. 

Niezależnie od niedoli, z której zostały uratowane, tkwiły w kolejnej – tu, na tym zatłoczonym wybiegu pełnym gnoju, w którym nie dało się odróżnić nawozu od błota. Ludzie dobrej woli z SPCA byli poruszeni. Nie było gdzie ulokować chorych zwierząt, by uchronić je przed zimnem i deszczem. Maleńka stajnia przy padoku mieściła tylko cztery boksy, te zaś były już zajęte przez konie, które odebrano właścicielom przed skonfiskowaniem najnowszej czterdziestki. SPCA od początku nie zamierzało zatrzymać tych koni, więc poprzez apele odczytywane od rana w radiu i telewizji szukało dla nich wszystkich domów zastępczych, gdzie umieszczone jeszcze dziś zwierzęta mogłyby dotrwać do dnia, w którym sąd zdecyduje o ich dalszym losie. Zdawało się, że przy odrobinie szczęścia żaden koń nie spędzi nawet jednej nocy na tym przepełnionym wybiegu. 

Odczytanie numeru z którejkolwiek przywieszki okazało się niemożliwe. Stado przepychało się i zbijało w zwartą grupę po drugiej stronie padoku, jak najdalej od tej dwójki ludzi stojących przy ogrodzeniu. Poczułam nową falę gniewu wobec takiego dziwacznego zachowania, czy też wobec tego, co je spowodowało. Konie traktowane po ludzku nie uciekają przed człowiekiem. Nigdy przedtem nie widziałam, żeby udomowione konie reagowały w ten sposób na ludzi, a tutaj miałam całą czterdziestkę skuloną ze strachu przy przeciwległym płocie, jakbyśmy byli tu po to, żeby je zastrzelić. 

Zjawiły się kolejne wolontariuszki SPCA – dwie kobiety nadeszły, aby pomóc nam odnaleźć Current Squeeze i wprowadzić ją wraz ze źrebakiem do przyczepy, która stała tyłem przy otwartej bramie padoku. Ted przeszedł przez ogrodzenie i dołączył do kobiet, które brodząc w błocie po kostki, wymachiwały ramionami w nadziei, że uda im się rozpędzić konie na tyle, by można było przejść między nimi i znaleźć numer dziesiąty. Stado wydawało się związane, gdy krążyło w panice, zakreślając ciasne koło. W popłochu część koni padła na kolana, ponieważ nie mogła podnieść kopyt, uwięzionych przez błoto, które ściągało je w dół. Kilka klaczy jęczało, próbując wstać, lecz zaraz znów upadły pod naporem otaczającego je rozszalałego stada. Piskliwe rżenie źrebiąt oddzielonych na moment od matek wzmagało grozę sytuacji na wybiegu. Nie zniosłabym tego widoku ani chwili dłużej. 

– Darujmy sobie Current Squeeze – krzyknęłam. – Wezmę którąkolwiek. 

Parę minut później jeden z gniadych szkieletów wchodził niezdarnie po rampie przyczepy, a w ślad za matką kroczył umazany błotem źrebak. Ted również wdrapał się do środka, zabezpieczył konie grubym, pokrytym gumą łańcuchem, a następnie podniósł i zatrzasnął klapę. Kolejny raz wyjął z tylnej kieszeni listę z imionami, zniknął na minutę na przodzie przyczepy, a gdy znów się pojawił, wskoczył na błotnik i krzyknął do mnie przez pastwisko: 

– Lay Me Down! – Zamachał kartką. – Nazywa się Lay Me Down! 

Jeśli imię było jedynym kryterium wyboru konia, trafiła mi się przegrana. Lay Me Down? To wcale nie imię, tylko fragment modlitwy recytowanej przez dzieci przed pójściem spać . W innym kontekście, na przykład wykrzykiwane na pastwisku, mogło brzmieć nieco sprośnie. „Lay Me Down! Lay Me!” Co by sobie pomyśleli sąsiedzi? Nazwanie klaczy w ten sposób było niemal gorsze niż głodzenie jej. Nie dało się nawet utworzyć z tego pieszczotliwego przezwiska. Za późno. Lay Me Down stała w przyczepie i nie było już czasu, żeby robić aferę z powodu jakiegoś tam imienia. 

Parking zaczął się wypełniać przyczepami, w miarę jak kolejni ludzie zajeżdżali po odbiór koni. SPCA miało ręce pełne roboty przy zawiadywaniu tym optymistycznym, a jednocześnie rozdzierającym serce odzewem na swój apel o pomoc. Musiałam natychmiast ruszać, by zrobić miejsce kolejnej osobie, która miała ładować następnego konia. Liczył się czas. Wszystkie zwierzęta były poważnie chore i wymagały natychmiastowej konsultacji lekarskiej, do zapewnienia której zobligowany był każdy, kto chciał przygarnąć konia. Tego obawiałam się najbardziej. Odezwała się moja fobia medyczna. Od oźrebienia się Georgii i przewidzianych na ten czas czysto rutynowych wizyt u zdrowego konia wzywałam weterynarza raz do roku na szczepienia. 

– Jesteśmy gotowe do odjazdu! – krzyknęła do mnie Laura, szczupła blondynka koło trzydziestki, sadowiąc się w szoferce wozu, który miał ciągnąć przyczepę z Lay Me Down. Po wysłuchaniu apelu w telewizji zaoferowała swój pojazd. Poznałyśmy się zaledwie przed chwilą, gdy podpisywałam dokumenty w budynku SPCA. Wyjaśniła, że sama nie może wziąć konia, bo ma już za dużo własnych. 

Poszłam do swojego auta, choć wcale nie paliłam się do opuszczania tego miejsca, w którym mogłam polegać na kompetencjach innych i liczyć na ich wsparcie w przejmowaniu samodzielnej opieki nad dwójką chorych koni. Co mi strzeliło do głowy, żeby brać dwoje zwierząt, które być może będę musiała pochować na tyłach farmy przed upływem tygodnia? 

Podjechałam do bramy wjazdowej i zaczekałam, aż zielona furgonetka Laury pokaże mi się w lusterku wstecznym. Droga do domu miała mi zająć pół godziny, może czterdzieści pięć minut, gdybym musiała zwolnić ze względu na przyczepę. Od razu po przyjeździe zamierzałam zadzwonić do swojej przyjaciółki Allie. Jeśli ktokolwiek mógł pomóc mi utrzymać klacz i jej źrebię przy życiu, tym kimś była właśnie ona. 












Liczba stron: 352

Rozwódka wcale nie musi być kobietą smutną i przegraną! 

Życie może rozsypać się w mgnieniu oka. Jednego dnia jesteś szczęśliwą mężatką i urządzasz nowy dom, a następnego do twoich drzwi puka obca kobieta i oznajmia, że ukochany mąż od dawna cię zdradza. To właśnie przytrafiło się Alicji. Wyprowadza się, składa pozew o rozwód i zaczyna nowe życie w kawalerce, której użycza jej przyjaciółka. Na przekór wszystkim postanawia udowodnić, że rozwódka nie musi być wcale stracona dla świata. Może być wesoła i cieszyć się nowym życiem! To nowe życie najlepiej rozpocząć z rozmachem i przytupem. A jak konkretnie? Alicja już wie i postanawia pomóc innym kobietom, które spotkało to, co ją, i pokazać im, że życiem można się cieszyć nawet po rozwodzie. A może przede wszystkim po rozwodzie? 
Będzie wesoło i będzie się działo! 

Iwona Czarkowska z mistrzowską precyzją i przymrużeniem oka ukazała trudny temat rozwodów i rozpoczynania życia od nowa. Ta książka to gwarancja poprawy nastroju u każdego ponuraka! 
Wioleta Sadowska, subiektywnieoksiazkach.pl


FRAGMENT POWIEŚCI:
ROZDZIAŁ I 
POCZĄTEK KOŃCA, KTÓRY TAK NAPRAWDĘ BYŁ KOŃCEM POCZĄTKU I ŚRODKIEM NIE WIADOMO JESZCZE CZEGO 

Lało jak z cebra. Wycieraczki starego żółtego volkswagena garbusa z wysiłkiem usuwały krople z szy¬by. Alicja, zależnie od humoru, nazywała swój pojazd Czarownicą lub Ścierką. Czarownicą, bo kupiła go od gościa, który – jak wynikało z dowodu osobistego – urodził się we wsi Łysa Góra. A Ścierką ze względu na kolor, który przypominał spraną żółtą ścierę do podło-gi, choć według poprzedniego właściciela miał przy¬wodzić na myśl „piasek pustyni”. Tego dnia pojazd był zdecydowania Ścierką. 
– Za każdym razem, gdy padało, Paweł powta¬rzał, że trzeba kupić nowe wycieraczki. No, ale ni¬gdy nie miał na to czasu. I teraz już go raczej nie znajdzie – mruknęła pod nosem i podjechała pod bramę domu. 
Wysiadła i wygrzebała z kieszeni klucze do bramy. Wzdrygnęła się, bo powiał wiatr i krople deszczu z po¬bliskiego dębu spadły jej wprost za kołnierz kurtki. Pod tym dębem kochali się z Pawłem, gdy pierwszy raz tutaj przyjechali. To było rok temu. Też wiosną, ale nie lało bez przerwy jak w tym roku. Długo szukali wtedy działki pod dom i w końcu znaleźli właśnie tu¬taj, w Malinówce, kilka kilometrów od ich rodzinnego Zabrzeźna. 

– Kiedyś pokażę to miejsce naszemu synowi i po¬wiem mu, że został poczęty pod tym drzewem – roze¬śmiał się Paweł, gdy leżeli na trawie. 
– Jakiemu synowi? – Alicja spojrzała na niego ze zdziwieniem. 
– Temu, którego właśnie zrobiliśmy. – Paweł poła¬skotał ją w brzuch. 
– A jeśli będzie dziewczynka? – zapytała. 
– Masz rację. Najlepiej, żeby były bliźniaki, chło¬piec i dziewczyna. Trzeba to szybko poprawić i dorobić dziewczynkę – powiedział Paweł i przyciągnął ją do siebie. 

Ale nie było ani syna, ani córki. 
– I już nie będzie. Co jest? Zacięło się dziadostwo? – warknęła, dłubiąc kluczem w zamku bramy. – Zaraz się tu rozpuszczę. 
Po kilku minutach złamała sobie paznokieć, więc zaprzestała bezsensownej walki i nacisnęła guzik do¬mofonu. Miała wrażenie, że deszcz wlewa jej się za kołnierz i spływa po plecach, przez majtki, do butów. Na piętrze domu lekko odchyliła się roleta, a chwilę później rozległ się pisk i furtka się otworzyła. Alicja weszła na ganek i poklepała leżące tam psy. Dobrze, że wymusiła na architekcie, żeby zaprojektował zadasze¬nie, chociaż strasznie marudził. Hula i Hop od począt¬ku uwielbiały tu leżeć. 

– Tego się już absolutnie nie robi – przekonywał ją właściciel Biura Projektów „Tani Dom” (Alicja póź¬niej doszła do wniosku, że był to zły omen i trzeba było faceta przegnać na cztery wiatry). – Teraz stawia się w architekturze na otwarte płaszczyzny. Takie ganeczki to już przeszłość. 
– Ale ja chcę taki mieć – upierała się. – Nigdy nie mogę znaleźć kluczy w torebce. Jak będę szukać, to nie chcę, żeby lało mi się za kołnierz. 

– Sorry, ale zmieniłem zamki – powiedział Paweł, otwierając drzwi. – Klucze nam zginęły. Sama rozu¬miesz… 
– Tak, rozumiem – odpowiedziała z przekąsem. – Tania znowu zgubiła klucze. 
Przypomniała sobie dzień, gdy usłyszała o Tani po raz pierwszy. Paweł wrócił wściekły do domu. Miesz¬kali wtedy w wynajętej kawalerce, bo dom dopiero się budował. 

Wszedł i trzasnął drzwiami aż zadudniło. Po chwi¬li rozległo się wściekłe walenie w kaloryfer. Czasa¬mi Alicja miała wrażenie, że mieszkająca piętro niżej pani Nowaczyk siedzi pod tym kaloryferem z jakąś żelazną sztabą i tylko czatuje, żeby załomotać w że¬berka. 
Wyjrzała z kuchni, gdzie od godziny zaklinała ciasto drożdżowe, żeby choć trochę urosło, bo inaczej nigdy nie będzie piękną babką, ale paskudnym płaskim za¬kalcem, i za karę nie dostanie lukrowej polewy. 
– Co się stało? – zapytała. – Wyglądasz, jakby cię wściekły giez ukąsił. 
– Gorzej! W zeszłym tygodniu dali nam do działu jakąś idiotkę – warknął mąż i pocałował ją w policzek. – Będzie ciasto drożdżowe? 
– Jeszcze nie wiem, bo nie chce wyrosnąć – odpo¬wiedziała Alicja. – Może będzie drożdżowy zakalec. 
– Lubię zakalce – mlasnął Paweł. 
– Nie mlaszcz, bo ciasto może mi od tego opaść. Nigdy nie wiem, od czego ono opada. Albo może mlaszcz, jak lubisz zakalce. Sama nie wiem. No i co ta idiotka? – zapytała, przykrywając miskę ściereczką. 
– Idiotka miała wysłać kilka dokumentów faksem. Jakieś zamówienie na bilety, faktury, zestawienie dla księgowości centrali – wyjaśnił mąż. 
– I co? – roześmiała się. – Idiotka nie umie obsłu¬giwać faksu? 
– Umie, umie! Choć dzisiaj akurat byłoby lepiej, gdyby nie umiała. Wychodziła z tymi dokumentami na korytarz, bo tam stoi faks, i w drzwiach zderzyła się z Krzyśkiem. 
Alicja zwizualizowała sobie idiotkę, która z wielkim plikiem dokumentów otwiera drzwi. Dla celów robo¬czych uczyniła ją niską kobietą lat około czterdzieści pięć. Po namyśle dodała jej myszowate, lekko prze-tkane siwizną włosy i okulary w niemodnych drucia¬nych oprawkach. Tak wystylizowana idiotka zderza się z Krzyśkiem. Jak wygląda Krzysiek, to akurat świet¬nie wiedziała, bo był przyjacielem Pawła jeszcze ze studiów. Dwa metry wzrostu, waga półciężka. Mogła sobie wyobrazić, jakie były skutki zderzenia myszy z górą. Dokumenty pewnie fruwały pod sufit. 
– No, ale chyba pozbierała te papiery i wysłała? To o co chodzi i dlaczego jesteś taki wściekły? – zapytała męża i zerknęła pod ściereczkę. Czy dobrze widzi, że pojawiły się jakieś obiecujące pęcherzyki? 
– Bo ona te kartki miała poprzekładane takimi świstkami, na których Elka zanotowała jej numery fak¬sów. Pozbierała wszystko z podłogi i wysłała jak leci. Zamówienie na bilety do hurtowni kabli, fakturę do za¬płacenie za tonery do kantyny, rachunek za naprawę serwera do biura podróży. Wszystko pomieszała. Przez godzinę Elka odbierała telefony z pytaniami, czyśmy powariowali. 
– A jak ta idiotka ma na imię? – roześmiała się Ali¬cja i znowu zajrzała pod ściereczkę. Ciasto zaczynało rosnąć! 
– Tatiana ma na imię. – Paweł wzruszył ramionami. – Ta idiotka. 
– Tatiana? Ciekawe imię – mruknęła żona. – Jak to się zdrabnia? Tania? 
– Ona bardzo nie lubi, jak ktoś tak do niej mówi. Prosiła, żeby mówić Tina. A tania to raczej nie jest. Odkąd przyszła, musieliśmy już dwa razy zamek w drzwiach magazynku wymieniać, bo co tam po coś pójdzie, to klucze gdzieś zapodzieje. Zepsuła też dru¬karkę i ekspres do kawy. 

– Przecież wiesz, że ona nie lubi zdrobnienia Tania. A w ogóle to nie rozumiem, dlaczego jesteś do niej taka uprzedzona. – Paweł wzruszył ramionami. 
– Nie rozumiesz? – Spojrzała na niego i pokiwała głową. – To akurat dziwne. Zresztą, nie zaczynajmy kolejnej idiotycznej dyskusji. Przyjechałam po swo¬je rzeczy. Tak jak się umawialiśmy wczoraj przez telefon. 
Na górze trzasnęły drzwi sypialni. Alicja przypo¬mniała sobie, jak testowali tam z Pawłem nowy mate¬rac. Okazał się kiepski, bo po jednej nocy poszły sprꬿyny i trzeba było reklamować. Sprzedawca patrzył na nich z zainteresowaniem i komentował, że on też ma taki materac i coś takiego mu się nie zdarzyło. I jakiś żal przy tym było słychać w jego głosie. 
– Mogę się spakować? – zapytała. 
– Już cię spakowałem – odpowiedział Paweł. – Tu jest wszystko. 
Otworzył drzwi do schowka pod schodami. Ktoś (on czy Tania?) wcisnął tutaj kilka wielkich niebie¬skich worów na śmieci. A wcześniej upchnął w nich jej rzeczy. 
– Przepraszam, ale zrobiłem to sam, bo zaraz musi¬my jechać z Tiną do lekarza – wyjaśnił Paweł. – Mam nadzieję, że rozumiesz. 
Tak, doskonale rozumiała. Rozmaici „życzliwi” na wyścigi informowali ją ze współczuciem, że kochanka jej męża jest w ciąży. Niektóre z „przyjaciółek” na¬wet nie próbowały ukryć, że nie jest im wcale przykro z tego powodu. Inne nieudolnie udawały, że jej współ¬czują. Tak naprawdę nie mogła się zdecydować, która z opcji bardziej ją mierziła. I wszyscy byli tak bardzo rozczarowani, gdy mówiła, że o Tani i Pawle wie już od dawna.