sobota, 9 grudnia 2017

Wywiad czytelników z Joanną Sykat i wyniki konkursu :)







Kochani!

Dziękuję za udział w konkursie, w którym zadawaliście pytania Joasi Sykat, i w którym mieliście okazję wygrać "Na ścieżkach złudzeń", jedną z Jej najnowszych powieści, której z przyjemnością patronuję medialnie.

Pod Waszym wywiadem znajdziecie zwycięzcę konkursu.


Basia

Czy pisząc tę książkę czuła pani już nieuchwytne pragnienie, by zacząć pisać koleje tej książki? 

Jak pisanie tej właśnie książki godziła pani z codziennością, czy takie przemyślenia wpływają na realne potem życie? 

Życzę pomyślnych dalszych sukcesów.

Kiedy już wpadam w pisanie konkretnej rzeczy po uszy, nie istnieje dla mnie żadna kolejna książka. Jestem tak wkręcona, że potrafię myśleć tylko o bohaterach i zdarzeniach powieści, którą w danym czasie piszę.
Ostatnio trudno mi godzić pisanie książek z codziennością. Mam bardzo mało czasu i w zasadzie, żeby napisać coś nowego, okradam siebie z wolnego czasu. Na co dzień pracuję jako lektor i bibliotekarz, więc naprawdę trudno wygospodarować mi czas na napisanie kolejnej sceny. Ale jakoś się udaje.
Z przemyśleniami to zazwyczaj jest tak, że one są najpierw, a potem chęć, by podzielić się nimi z czytelnikami, co też czynię w książkach. 


Emka 

"Jesteś tylko mój" to najbardziej "przewrotna" książka, jaką czytałam. Skąd wzięło się Pani upodobanie do burzenia schematów i ukazywania "drugiego dna" przedstawionych wydarzeń?
2.Sposób, w jaki przedstawia Pani relacje między kobietami sugeruje, że jednak istnieje coś takiego jak babska solidarność. Jak Pani myśli, dlaczego niektórzy w to wątpią? 

Nieodmiennie fascynuje mnie to, co każdy człowiek nosi w sercu, a czego my możemy się tylko domyślać albo, wręcz przeciwnie, „odczytujemy” te historie, patrząc przez nasz pryzmat. Wiadomo – nic bardziej mylnego. Żeby prawidłowo zinterpretować drugiego człowieka lub chociaż się postarać, trzeba znać jego historię i przeżycia. Uważam jednak, że nigdy do końca nie jest to możliwe, bo oprócz suchych faktów są i cudze emocje i przemyślenia. Jednak nieodmiennie szokuje mnie zderzenie między obrazem zewnętrznym człowieka, a tym, co w sobie nosi. Podam przykład. Często osoby szanowane, lubiane w towarzystwie, piastujące ważne stanowisko noszą w sobie potworny brud moralny. Sama non stop łapię się na tym, że oceniam drugiego człowieka przez pryzmat jego wyglądu, zachowania w towarzystwie i uważam, że jest to po prostu głupie i że na takiej ocenie można się nieźle „przejechać”.
Nie powiem, że ta solidarność istnieje do końca. Czasem tak, czasem nie. w moim gronie znajomych skoczyłybyśmy za sobą w ogień. W sensie, użalamy się wspólnie nad rozpadami związków, rozwodami, które stają się naszym udziałem. Oczywiście, winny jest facet. Przymrużam oko, ale uważam, że w takich przypadkach solidarność po prostu robi kobiecie dobrze. Jeśli jest w dołku, nie potrzebuje krytyki. Na tę konstruktywna przyjdzie czas później, po zalizaniu ran. I wtedy można życzliwie powiedzieć, poradzić, co, okiem osoby z zewnątrz, było nie tak. 


Inżynieria materiałowa 

Jakie było Pani największe marzenia z dzieciństwa, spełniło się?
Wieczór: z rodziną przy kominku, czy na imprezie u znajomych? 
Czy miałam jakieś wielkie marzenie? Nie pamiętam. Wiem, że chciałam pisać od około 10 roku życia. To się spełniło. Myślę, że marzenia to bardziej mam teraz. Wiem, czego chcę i mocno wierzę, że kiedyś to zrealizuję. Nie myślę, że nie dam rady na przykład finansowo. Ja po prostu widzę taka przyszłość i ona prędzej czy później do mnie przychodzi.
Zdecydowanie z rodziną. Czy to kominek, spacer czy wyjazd. Zawsze rodzina. Ale raz na jakiś czas, spotkanie w gronie znajomych jest ożywcze i bardzo dobrze robi na cerę. Oczy też błyszczą. 


Dominika K. 

Spacer w górach czy wylegiwanie się nad morzem? Jaką formę odpoczynku Pani preferuje? 
Czy lubi Pani tajemnice i czy udało się Pani jakąś rozwikłać? 


Kocham i góry, i morze. I to mnie denerwuje, bo co zrobić w wakacje? Dwa razy wyjechać się nie da. Ostatnio, ze względu na katary dziecka, co roku wakacje spędzam nad morzem. Kocham Bałtyk, nawet wtedy, gdy nie można się kapać, a wiatr urywa głowę. W górach nie byłam już od lat, choć są oddalone od Krakowa zaledwie o około 100 kilometrów. Myślę jednak, że w tym roku pojadę w Tatry choć na kilka dni, żeby pokazać je dziecku i potem wspólnie zdobywać szczyty. Góry kocham za ten cudny bezruch i za pokonywanie własnych słabości.


Ewelina Łukawska 

Czy siadając do pisania książki ma Pani w głowie konkretny zarys historii? A może idzie Pani na żywioł?
Gdyby miała Pani wehikuł czasu użyłaby go Pani? Bardziej interesowałaby Panią przeszłość czy może przyszłość? 


Do tej pory szłam na żywioł i byłam bardzo zaskoczona, gdy widziałam, że bohaterowie serio przejmują pałeczkę i wymuszają na mnie taki czy inny zwrot akcji albo zakończenie. Brzmi to głupawo, ale tak jest. Nie wiem, może to sugestia, może takie uplątanie w bohaterów, ale wtedy pisanie staje się trochę irracjonalne i właśnie za to je kocham. Czasem mam pierwsze zdanie, czasem ostatnie, czasem kawałek środka i na tych szczątkach buduję historię.

Przeszłość. Trochę inaczej poukładałabym swoje życie. Ale tak naprawdę wolę teraźniejszość, bo tylko na nią mam realny wpływ. Staram się żyć chwilą, być w niej od a do zet. Tylko wtedy chwile są pełne i składają się na pełne życie. Kiedy jestem zanurzona w chwilę, czuję się jednocześnie maksymalnie podłączona do życia i odłączona od jego problemów. 

Gosia 

Czy marzy Pani o zobaczeniu ekranizacji swojej powieści? A może nawet już Pani obsadziła w tych marzeniach główne role?
Skąd wzięło się u Pani pisanie? Czy marzyła Pani o tym już w dzieciństwie? 


Oj, bardzo chciałabym, żeby zekranizowane zostało Tylko przy mnie bądź. To powieść o tym, co robimy z naszym życiem. Praca, praca, praca, coraz bardziej sztuczne jedzenie, brak czasu dla siebie i rodziny. W tej książce popuściłam wodze fantazji i stworzyłam dystopiczny świat ku przestrodze współczesnego człowieka. Myślę, że ze względu na fantastyczną otoczkę, ukrytą pod kopułą olbrzymią korporację, naprawdę warto byłoby to zekranizować. A główne role? Wiktor to z pewnością Marcin Dorociński, a Marta albo Olga Bolądź, albo Magdalena Boczarska.


Kinga Grabowska 

Czy ma Pani jakieś pisarskie rytuały?
Kto jest Pani ulubionym pisarzem i dlaczego? 

Nie mam żadnych. Dosłownie łapię każdą chwilę na pisanie, czy to w domu, czy w tramwaju, czy w ogóle gdziekolwiek. Wystarczy laptop lub papier i długopis. I przede wszystkim to, żeby nikt nie przeszkadzał.:)
Nie mam ulubionego pisarza. Obecnie czytam bardzo mało i nie sposób wypowiedzieć się o tym naj naj. Uważam też, że teraz jest taki zalew rynku książką, że te wartościowsze po prostu giną w tłumie. W wolnej chwili obiecuję sobie powrót do lektur z dawnych czasów. Orzeszkowa, Gojawiczyńska czy Dąbrowska. 

justiti

Czy kiedyś napisze Pani książkę dla dzieci?

Oj, nie wiem. Już próbowałam, bo prosił o to mój syn, ale jakoś się nie udało. Nie czuję tego tematu. To, co mnie interesuje to dorosłe emocje przede wszystkim kobiet. Nie umiałabym napisać czegoś, do czego nie miałabym stuprocentowego przekonania. Kiedyś może zdecyduję się na inny gatunek niż obyczaj i inny target czytelniczy. Wszystko w rękach czasu.

Oblicza Róży

Trafiłam niedawno na taki cytat: "Nie klasyfikuj mnie, czytaj mnie. Jestem pisarzem, nie gatunkiem". Czy klasyfikowanie literatury, szufladkowanie, co się komu ma spodobać, jest według Pani krzywdzące dla pisarza? Czy Panią jakoś dotknęły takie podziały, np. usłyszała Pani od mężczyzny "no może bym przeczytał Twoją książkę, ale to babska powieść, więc nie dla mnie, nie wypada"?
Pozdrawiam :)

Oczywiście, że klasyfikowanie czy też sugerowanie czytelnikowi, co powinien czytać, a czego nie, jest krzywdzące. W imię czego ja mam naginać się do cudzego gustu? W imię czego, ja mam kogoś zmuszać do czytania czegoś,? Owszem, mogę polecić książkę, ale tylko taką, która jest dobrze napisana albo która wnosi coś pozytywnego do życia czytelnika, ale nic na zasadzie przymusu. Prywatnie mam swój ranking i to dość ostry, czego i kogo nie czytam, na kogo i na co nigdy nie stracę czasu, ale jeśli ktoś inny będzie miał taką ochotę, to dlaczego nie?


Dziewczyny!

Pięknie dziękuję za pytania :) Było mi miło w ten sposób się z Wami spotkać. Na nadchodzące święta życzę spokoju i cichej radości. Wszystkiego najlepszego!

Agnieszko, Tobie również. Dziękuję za możliwość rozmowy z Czytelnikami :)


WYNIKI KONKURSU:

Dzisiejszy konkurs wygrywa:

justiti


Serdecznie gratuluję!
Czekam na stokrotka954@wp.pl na adres do wysyłki nagrody, którą jest egzemplarz "Na ścieżkach złudzeń" :)
Adres przekażę wydawcy, który wysyła nagrodę!

piątek, 8 grudnia 2017

„Kochaj. 50 lekcji jak pokochać siebie, swoje życie i ludzi wokół” Regina Brett. Prawdziwa książka o prawdziwym życiu






Wydawnictwo Insignis

Ilość stron: 352, oprawa twarda

Nowość wydawnicza



„Każdemu zdarzają się chwile zwątpienia, kiedy woli się poddać. Jeśli nie przeżyliśmy ich w dzieciństwie, to przynosi nam je dorosłość.”


Jest coś, co do tej książki nie tylko przyciąga wizualnie. To na pewno życiowa mądrość i odwaga, by poruszać się w „świecie” tak osobistych tematów i odnajdywać się w nich znakomicie. O ile, dla wielu czytelników fenomen pisarski Reginy Brett jest niczym światełko w tunelu, o tyle ja do nich podchodzę z ogromnym pakietem dystansu. Jestem racjonalistą i dla mnie osobiście moralizatorski ton książek Reginy Brett nie robi kompletnie żadnego wrażenia. A taki bez wątpienia jest. Niestety, ale ja nie odkryłam w tej książce nic nowego. Poruszany temat jest przez wielu innych trenerów mentalnych wałkowany i przerabiany na milion podobnych sobie sposobów. Wiem, że tymi słowami mogę wywołać bunt na pokładzie czytelniczym, ale ja nie odnalazłam się w żadnej z tych lekcji.


Owszem, słusznie autorka stwierdziła zupełnie na początku swojej książki, że „ta książka nie jest dla każdego”. Zależy, w którym momencie życia aktualnie się znajdujecie. Jest ogrom ludzi na tym świcie zagubionych, poszukujących mentalnych dróg, znajdujących się w jakichś ślepych zaułkach i potrzebują takiej świadomej przeprawy przez trudny dla nich okres i ta książka wpasuje się w ich sytuację znakomicie. Merytorycznie książka jest dopracowana w każdym szczególe, autorka zadbała o lekki styl, przytacza masę przykładów i omawianych sytuacji, dokonując też ich dogłębnych analiz, wyciągania wniosków.




Jest też coś zupełnie osobliwego. Autorka zdradza wiele szczegółów ze swojego prywatnego życia, pokazując w ten sposób, że jest podobna do nas, zwykłych ludzi, jest człowiekiem i jak każdy ma prawo do błędów, potknięć, ale też wzlotów. Zatem pozycja ta doskonale wpisze się w uczucia osób zranionych, pokiereszowanych przez życie, którzy cały czas szukają w życiu prawdziwych uczuć, prawdziwego człowieka, by stać się lepszym, by zawrócić, odnaleźć własną tożsamość.


Za egzemplarz dziękuję:





Wyniki drugiego cyklu zabaw literackich z Anną Kasiuk :)








Kochani,

bardzo wszystkim dziękuję za udział. Oczywiście wszystkie Wasze zadania były piękne i co tu wiele ukrywać intrygujące. Od razu też przepraszamy z Anią, że musieliście tak długo czekać na wyniki, ale nigdy nie jest tak, jakby się chciało, zaplanowało, obydwie jesteśmy w ciągłym biegu. 

Jak już wspominałam w poście konkursowym, nie tylko Wy, ale też i autor, który jest uczestnikiem cyklu, bierze w nim udział czynnie, wybierając spośród listy zadań dwa. I tak, Ania wybrała następujące zadania: 


Mała ojczyzna Anny Kasiuk :)

Podzielę się z Wami pewnym spostrzeżeniem. Możliwe, że nie będę oryginalna, ale to, czego doświadczamy na własnej skórze przemawia do nas najwyraźniej, nieprawdaż?









Mam opisać miejsce, które jest moją ojczyzną. Takie bowiem zadanie wybrałam sobie. Oczywiście wiecie, bo nie raz powtarzałam, że moim światem jest dom i kilkaset metrów działki, otaczającej go. Moja mała ojczyzna położona jest około czterdziestu kilometrów od Warszawy, w malowniczej okolicy otoczonej lasami i sąsiadującej z dużą żwirownią. Nowy Dwór Mazowiecki, bo mieszkam na jego przedmieściach, leży pomiędzy dwiema rzekami- Narwią i Wisłą. Wystarczy wsiąść na rower, by dotrzeć do miejsca, w których te dwie rzeki łączą się. Wyobraźcie sobie rozległe rozlewisko i odbijające się w nim promienie zachodzącego słońca. To bajeczny wręcz widok. Ale wiecie, nie to jest najważniejsze. Nie miejsca, które znajdują się w naszym otoczeniu. Ważne są wspomnienia i doświadczenia, jakich dostarcza nam obcowanie w tych miejscach. Bardzo wiele miejsca na opisanie tych wrażeń poświęciłam w mojej najnowszej powieści zatytułowanej Namiętność pachnąca terpentyną. Tam dokładnie pokazałam las i towarzyszące mi uczucia, kiedy to ja, nie moja bohaterka, wybieram się na spacer. Uwielbiam spacery po lesie, ten szmer suchych liści ścielących się u stóp, szeleszczący w koronach drzew wiatr i ten zapach. W otaczających mój dom lasach żyje sporo zwierząt, dlatego często mamy okazję podziwiać spacerujące wzdłuż ogrodzenia jelenie i sarny. Nie wspominam nawet o dzikach, bo ich obecność stała się dla mieszkańców codziennością. Takie towarzystwo i spacery po okolicy potrafią skutecznie naładować baterie. Tym bardziej dumna jestem, że udało mi się zaszczepić miłość do natury moim dzieciakom. Bywa, że wracamy z pracy, dzieci ze szkoły i po prostu wychodzimy na spacer. Wszystkie niepowodzenia, trud codzienności zostają gdzieś za nami, ich znaczenie spychamy na plan dalszy. Kiedy bowiem spojrzymy na problemy z perspektywy czasu, nie wyglądają one już tak poważnie. Czy też tak macie? To bardzo cenne chwile. 






Nie wspomniałam jeszcze o moim dzikim ogrodzie. Namiastkę jego przedstawiłam w Za zakrętem. Tam Agnieszka budowała dopiero swój ogród, jednak jej zamysł bardzo odpowiadał mojemu, kiedy kilka lat temu stanęłam na pustym polu i planowałam jego zagospodarowanie. Ach, mój ogród jest dla mnie prawdziwym azylem. Wystarczy, że zamknę za sobą furtkę a automatycznie zamykają się za mną drzwi do świata rzeczywistego. Jestem jak Alicja w Krainie Czarów, otoczona światem, który sama stworzyłam, który zapewnia mi swobodę i umacnia poczucie spełnienia. I to nie jest tak, że tylko ja czerpię te wszystkie pozytywne emocje wynikające z przebywania w nim. Jestem dumna widząc mojego męża odpoczywającego w zaciszu drzew, albo bawiące się dzieciaki. A już największym uznaniem były dla mnie słowa, które usłyszałam już kilkakrotnie... W moim ogrodzie czas płynie jakoś inaczej, tak wolniej. Człowiek tu naprawdę odpoczywa.... Wiecie co mam na myśli? To jest właśnie mój świat, spełnienie moich marzeń...








Kartka z pamiętnika 


Podzielę się z Wami wierszem. Napisałam go dawno temu, kiedy to mój mąż nie był jeszcze moim mężem i pracował daleko od domu. To był czas niecierpliwości i tęsknoty. Stąd, właśnie w ten sposób, postanowiłam załagodzić targające mną emocje. Napisałam wiersz.


Kołysanka
Przez ciągłe burze, silny wiatr
nieśmiało przedarły się ciepłe promienie wiosennego słońca.
Ogrzały zmarzniętą duszę,
serce otuliły ciepłą kołdrą zakochania.
A radość i szczęście pozwoliły w końcu zaczerpnąć głęboki oddech.
Jaki ten świat jest piękny, każdy liść szumi swoją pieśń, w rytm której tańczą promienie słońca, jak rozwiana spódnica cyganki.
Poranne krople rosy malują tęczą miłosną opowieść na kartach zapomnianego już życia...
Słyszysz tę opowieść?
Snuły ją letnie wieczory, wśród rozkosznego brzęczenia świerszczy.
Czujesz podmuch wiatru?
Gładził włosy po upojnej nocy spędzonej w twoich gorących ramionach.
Widzisz rumiane słońce?
Pieści twarz, kiedy po policzkach płyną łzy tęsknoty, odkąd kolorowa jesień odsunęła mnie od ciebie.


WYNIKI

Żeby nie przedłużać - wyborem autorki, nagrody wygrywają:

Izunia (która wybrała zadanie 1 i 2)

Bożena (która wybrała zadanie 3 i 5)



Do galerii pokonkursowej tylko dwie osoby wyraziły zgodę, by opublikować ich zadania. Od razu zaznaczam, że nie są to prace nagrodzone, ale te, które brały między innymi udział.



1. Prace Małgosi


List

Najdroższa Aniu,
Chciałbym Cię serdecznie przeprosić za to, co się stało dziś rano. Wiem, że jesteś na mnie zła, dlatego postaram się wyjaśnić, jak do tego doszło.
Jak zwykle obudziłem się o świcie. Od razu poczułem nieprzyjemne ssanie w żołądku, więc postanowiłem coś przegryźć. Ruszyłem zatem do kuchni.
Najpierw zjadłem resztki mojej kolacji. Nie zaspokoiłem jednak apetytu, więc zacząłem się rozglądać za czymś więcej. Na kuchennym stole stała taca z owocami, ale nie wzbudziła ona mojego zainteresowania. Jak wiesz, nie jadam owoców. Skierowałem zatem swoją uwagę na kuchenny blat. Nie pogardziłem kromką chleba, chociaż była już trochę podeschnięta. Potem moją uwagę przykuło naczynie stojące na kuchni. Dochodził z niego smakowity zapach. Kiedy zajrzałem do środka, przekonałem się, że zawiera resztki z obiadu, a konkretnie ten wspaniały gulasz, który wczoraj ugotowałaś. Nie tracąc czasu przystąpiłem do konsumpcji. Nie tylko zjadłem wszystko, ale nawet wylizałem garnek. Wreszcie poczułem się najedzony!
Pyszne śniadanie wprawiło mnie w dobry nastrój. Przymknąłem oczy i zacząłem mruczeć z zadowolenia. Niestety przez to straciłem czujność. Kiedy szykowałem się do zeskoku z kuchni, niechcący potrąciłem łapą pokrywkę, która spadła na podłogę. Wtedy w całym domu rozległ się ten przeraźliwy łoskot.
Uwierz mi, to był przypadek. Naprawdę nie chciałem Cię obudzić.
Twój kochający Puszek
P.S. Ponieważ na razie się do mnie nie odzywasz, zostawiłem Ci wiadomość na lodówce.



Wiadomość dla Ani:

DOM BEZ KOTA TRACI UROK



2. Prace Agnieszki Caban - Pusz


Kartka z pamiętnika 





Zostaw wiadomość




Piękne, kreatywne i bardzo wzruszające Wasze prace zasługują na wielkie brawa! Żałuję, że nie możemy nagrodzić wszystkich.

Jednak, to nie koniec. Kolejną autorką, która weźmie udział w zabawach literackich, to Anita Scharmach, której mam przyjemność patronować medialnie Jej świetnej dylogii. Ale, na te zabawy zaprosimy Was już po Nowym Roku. Teraz czas przedświąteczny i zapewne nawet Wy nie będziecie mieli czasu, by się im poświęcić.

Bardzo Wam dziękuję! W zakładce - cykl literacko - kulturalny - do 17.12 macie okazję zdobyć również pakiecik fajnych nagród. Zapraszam :)

Świąteczne spotkanie z Magdaleną Ludwiczak :)





Witajcie Kochani!

Cieszę się, że podoba Wam się mój cykl. Właśnie o to mi chodziło, byście mogli się nawzajem poznać, czy to autorzy z czytelnikami, czy autorzy z autorami. Dzisiaj zapraszam Was do Magdaleny Ludwiczak, z którą miałam przyjemność współpracować kilkakrotnie, patronuję medialnie Jej trzem tytułom, ale autorka ma na swoim koncie cztery powieści. Prywatnie Mada jest nie tylko osobą sympatyczną, ale z wielkim poczuciem humoru i dystansu, otwarta na ludzi i zawsze uśmiechnięta.

Życzę Wam miłej, inspirującej lektury! :)


Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki


Drodzy Czytelnicy, 

Bardzo cieszę się, iż mogę podzielić się z Wami moimi emocjami ściśle związanymi ze świętami. 

To dla mnie okres w roku na który czekam najbardziej. Moja rodzina - również. To czas kiedy wszystko staje się kolorowe, pachnące, wyjątkowe…

Wbrew pozorom, to nie jest czas odpoczynku, a wytężonej pracy, zwłaszcza tej w kuchni. Jest to jednak praca wyjątkowa, bo gotowanie dla ukochanej rodziny to właściwie przyjemność. Co roku moja córka i mąż czekają na pierogi z grzybami i kapustą, ja i syn na karpia. Grzyby zbierane są przez tylko i wyłącznie przez moich teściów. 


Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki
Święta Bożego Narodzenia, to czas kiedy spędzamy go wspólnie. Bardzo na niego czekam, ponieważ dzieci są już na studiach i widujemy się tylko w weekendy, a w święta wszystko robimy razem. Przede wszystkim rozmawiamy, oglądamy świąteczne kino, upychając w żołądku kolejną porcję pysznego jedzenia. Wszyscy narzekamy na obżarstwo, które jest grzechem, lecz wyjątkowo tolerowanym w święta :) Stół zawsze jest pięknie ustrojony, palą się świece, pachnie świerk i pierniki. Zawsze, zgodnie z obyczajem, stawiamy jeden pusty talerz dla niespodziewanego gościa.

Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki

Święta, to przede wszystkim czas prezentów :) Wszyscy na nie czekamy, dużo wcześniej podpowiadając sobie, co byśmy sobie życzyli. Tym sposobem- nici z niespodzianek! Gdy dzieci były małe, ten czas miał nieco inny wymiar. Maleństwa nie mogły doczekać się Mikołaja z workiem, potem tego co im przyniósł. Było wiele śmiechu i łez wzruszenia. Ale, czas leci do przodu…

Nie ma już dziecięcego gwaru, a jedynie stateczny, dojrzały obrządek w zrozumieniu i miłości. Tradycją jest u nas, że najmłodszy członek rodziny wyciąga spod choinki paczki i rozdaje zgodnie z przeznaczeniem. Później, każdy otwiera swoje prezenty i pokazuje je innym. Czy jest nas przy stole czterech, czy dwunastu, zawsze odbywa się to tak samo. Nikt nikogo nie pogania cierpliwie czekając na swoją kolej. Dzięki temu, możemy obserwować reakcje obdarowanego. Moja radość jest zawsze grooma, bo już tradycją jest, że dostaje to co lubię, czyli biżuterię. Wiedzą to wszyscy domownicy :) 

Choinka w domu Ludwiczaków jest zawsze ogromna. Czasami przynosimy do domu tak wielką, że trzeba ją skracać. To, na specjalne życzenie córki Adrianny. 


Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki


O atmosferze świąt wspominam prawie w każdej swojej powieści. Ona towarzyszy mi właściwie w ciągu całego roku, bo, albo jestem jeszcze pod jej wrażeniem, albo, już na nie znowu czekam.

Dużo przed jego nadejściem stroję mieszkanie światełkami i girlandami. 



Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki







Czas świat to dla mnie czas miłości. Bez niej nie potrafię egzystować, a koniec roku, jest jakby całej reszty, kwintesencją. 







Z okazji zbliżających się Świat Bożego narodzenia życzę wszystkim Czytelnikom oraz Glogerom książkowym spędzenia ich w zdrowiu, miłości i wśród rodziny. A wieczorem, przed snem, wspaniałego relaksu z książką w dłoni.

Pozdrawiam

Magdalena Ludwiczak



Dziękuję za kolejne wspaniałe i inspirujące spotkanie świąteczne :)

czwartek, 7 grudnia 2017

[Konkurs] Opowiedz i wygraj :)








Kochani!

Anna Sakowicz postanowiła sprawić komuś z Was przyjemność i podarować jeden egzemplarz swojej cudownej książeczki dla dzieci "Leniusiołki" jako wygraną w konkursie. Dlatego tym przyjemniej jest mi, by ogłosić konkurs :) Zadanie konkursowe nie jest trudne, a znając Waszą kreatywność wiem, że będzie trudno wytypować jedną osobę.

Zanim przystąpicie do realizacji zadania, zapoznajcie się z zasadami konkursowymi.





Zasady konkursu:

• Organizatorem konkursu jestem ja, zaś sponsorem nagrody autorka książki Anna Sakowicz

• Konkurs przeprowadzany jest na terenie Polski


• Konkurs trwa od momentu opublikowania postu konkursowego do 15.12 b.r. do godziny 23.59


• Uczestnikiem może być każda osoba pełnoletnia, która w razie wygranej będzie mogła podać polski adres do wysyłki

• W komentarzu pod postem należy kreatywnie odpowiedzieć na pytanie zadane w poście konkursowym. Opowiedzcie, jak się mają Wasze leniusiołki. Interpretacja - dowolna.

* Poza tym proszę o udostępnienie informacji o konkursie u siebie na profilu facebookowym oraz zaproszeniu do wspólnej zabawy znajomych

• Wygrywa osoba, której odpowiedź najbardziej przypadnie do gustu autorce książki, uczestnik przyjmuje do wiadomości, że wybór zwycięzcy jest czysto subiektywny i nie każdy musi się z nim zgodzić

• Ogłoszenie wyników nastąpi w ciągu 7 dni od zakończenia konkursu. Zwycięzca ma 48h na zgłoszenie się w wiadomości mailowej na adres stokrotka954@wp.pl, po tym czasie nagroda przepada

• Wysyłka nagród odbędzie się za pośrednictwem Poczty Polskiej w ciągu 7 dni od otrzymania danych adresowych

• Biorąc udział w konkursie uczestnik potwierdza że zapoznał się i akceptuje niniejszy Regulamin

• Nagroda przedstawiona jest na poniższym zdjęciu, w jej skład wchodzi jeden egzemplarz papierowy książki "Leniusiołki" Anny Sakowicz z dedykacją




• Brak możliwości wymiany nagrody na równowartość pieniężną

• Brak możliwości przenoszenia nagrody na kogoś innego

• Zwycięzca ponosi odpowiedzialność za dostarczenie danych niezbędnych do prawidłowego doręczenia nagrody: tj. imię i nazwisko, adres do korespondencji - informacja ta jest przetwarzana jedynie na potrzeby wysyłki nagrody, nie jest przechowywana ani udostępniana nikomu. Po potwierdzeniu otrzymania nagrody przez Laureata - dane te są usuwane.

• Wzięcie udziału w Konkursie jest równoznaczne z zaakceptowaniem niniejszego Regulaminu

• Uczestnik oświadcza, że jest właścicielem praw autorskich do pracy konkursowej i że powstała ona na potrzeby niniejszego Konkursu. Wykrycie plagiatu lub powtórnego użycia pracy jest równoznaczne z dyskwalifikacją Uczestnika

Powodzenia!

Świąteczne spotkanie z Ewą Woźniak - Ostrowski :)









Ewa Woźniak - Ostrowski to dla mnie nie tylko autorka pięknych wierszy, ale też sympatyczna osoba, która swą wrażliwością i optymizmem potrafi zaaferować niemal każdego. Mam tę przyjemność, że patronuję medialnie jednemu z Jej dwóch wspaniałych tomików wierszy „Kantyleny na dwie łezki i skrzypce”, a już niedługo ukaże się Jej debiut prozatorski nie tylko dla miłośników czworonożnych przyjaciół.


Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki



O autorce internet pisze tak:
„Urodziła się w 1959 r. w Zgierzu koło Łodzi. Jest absolwentką Akademii Rolniczej im. Hugona Kołłątaja w Krakowie i Instytutu im. Spassowskiego we Wrocławiu. Przed wyjazdem do Niemiec, w 1988 r., była nauczycielką biologii w XII LO we Wrocławiu.
Obecnie mieszka jedną nogą w Würzburgu, a drugą nogą i sercem w Łodzi.
W Niemczech pracowała jako bioinżynier na Uniwersytecie w Würzburgu.
Uwielbia czytać książki, słuchać muzyki. Poezja jest dla niej głosem serca, pisze wszędzie: na ławce w parku, w tramwaju, a najczęściej leżąc bezsennie w łóżku.”




Zapraszam na kolejne świąteczne spotkanie. Miłej i inspirującej lektury!



Gdy pierwsza gwiazda zalśni w swej bieli,
Opłatkiem przyjdzie nam się podzielić.
Kiedy w pokoju zapachnie siano,
Znak, że kolację świąteczną dano.
Dwanaście potraw będzie na stole,
Będą życzenia i trochę kolęd.
Choinka błyśnie blaskiem zaklętym,
A pod choinką będą prezenty.
Radość i wiarę niosą te święta,
Tych co odeszli, też się pamięta.


Moje święta z dzieciństwa, to mały domek kryty strzechą, mnóstwo śniegu i trzaskający mróz. W tym domku u dziadków zbierała się liczna rodzina. Dziadkowie mieli siódemkę potomstwa, więc nie raz bywało ciasno, ale nigdy wszystkich na raz nie było, gdyż mieli też swoje rodziny. Pachniało sianem, które dziadek przygotował dla nas i potrawami. Wiadomo w Wigilia była bez mięsa, więc ryby groch z kapustą i obrzydliwy kompot z suszonych owoców. Do dziś jakoś nie przepadam za tą formą suszu. Dzielenie opłatkiem, życzenia i atrakcja dla dzieci, szukanie pieniążków w poszewce wypełnionej sianem. Tak było dokąd dziadkowie na starość nie przenieśli się do miasta.


Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki


W moim rodzinnym domu, atmosfera przedświąteczna pachniała pastą do podłóg. Tato pastował parkiet, a ja z bratem musieliśmy froterować, mama zachowywała się tak, jakby przez cały rok mieszkanie nie było sprzątane, co oczywiście było bzdurą, bo wielkie porządki odbywały się co sobotę i ganiała nas do wszelkich robót. To było straszne i jak już wyjechałam na studia unikałam zbyt wczesnych przyjazdów do domu. Wpadałam na tak zwaną ostatnią chwilę. Też bywało u nas tłoczno. Co prawda mam tylko jednego brata, ale zawsze jeszcze ktoś nas odwiedzał z tego licznego rodzeństwa mamy i ich potomstwa. Na każdym talerzyku mama kładła grosik i łuskę karpia zawinięte w folię aluminiową, to trzeba było nosić w portfelu do następnej Wigilii. Tradycyjny opłatek, zupa grzybowa, ryba w galarecie, ulubione danie mojego tatusia ( zajadał się nią przez całe święta tyle tego było), ryby smażone i różne formy śledzi. Dopiero później jakoś doszły pierogi z kapustą i grzybami. W tle brzmiały kolędy. Choinka najpierw taka prawdziwa, a później niestety sztuczna. Ponieważ mam urodziny w grudniu, a imieniny właśnie w Wigilię, czułam się zawsze pokrzywdzona, gdyż dostawałam prezent na te wszystkie okazje, jeden. Do czasu, gdy byli jeszcze wszyscy, były to radosne święta, teraz jest trochę inaczej. Gdy jestem akurat w Polsce, a staram się być jak najczęściej, robimy Wigilię „koszyczkową”, żeby mama nie miała tyle pracy. Ostatnim razem nie było miejsca na stole i potrawy stały jedna na drugiej. Z pewnością było ich więcej niż 12. W Niemczech to nie są takie święta, jak mam je w pamięci. Niemcy w Wigilię nie poszczą, częstą potrawą jest sałatka kartoflana i parówki, a w tych bogatszych domach pieczona gęś. U mnie zaś tradycja, choinka musi być prawdziwa, żeby pachniało. Pamiętam jak wpakowałam takową do nowiuteńkiego samochodu syna i jak patrzył na mnie, gdy ta wspaniała zabawka została przez to drzewko zanieczyszczona. Za karę obiecał usunąć ją z mieszkania, gdy opadną z niej wszystkie igły, które były przyczyną tego zbrukania. 

Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki

Wierzcie mi, kikut stał do marca. Jest czerwony barszczyk z uszkami, zupa z suszonych grzybów, pierogi z kapustą i grzybami i różnie podane śledzie. Ryba w occie, danie które robi mąż, bo taka była u niego w domu. Najtrudniej jest zdobyć opłatek, ale o to dba moja rodzina pozostająca w Polsce. Atmosferę mają poprawiać polskie kolędy puszczane z odtwarzacza CD, ale to już nie jest tak jak kiedyś. Chciałabym, żeby tak jak kiedyś u dziadków, dom był pełen, ale to rozerwanie między Polską a Niemcami sprawia, iż jest to niemożliwe. 





Ryba w occie:

Filet z dorsza ( żadna inna ryba nie wchodzi w rachubę) należy podzielić na dzwonka i opanierować, następnie usmażyć. Na czystej patelni usmażyć dużą ilość cebuli pokrojonej w krążki lub piórka. Rybę i cebulę umieścić w pojemniku i zalać przygotowaną zalewą w skład której wchodzi ocet (wedle uznania, jak kto lubi, byle nie za kwaśne), woda, łyżeczka cukru, parę listków laurowych i ziaren ziela angielskiego ( to wszystko zagotować). Odstawić przynajmniej na 12 godzin.

Smacznego!


Dziękuję za kolejne inspirujące spotkanie :)

„Graj w piłkę” i „Gra w kolory” Herve Tullet. Zagrajmy w kolory i porzucajmy papierową piłką, czyli niecodzienna forma zabawy od Wydawnictwa Insignis :)





Wydawnictwo Insignis

Nowość wydawnicza




O książeczkach Herve Tulleta pisałam już wcześniej, dzisiaj czas na ostatnie dwie z tej serii. Myślę, że ten rodzaj niecodziennych gier i zabaw świetnie sprawdzi się nie tylko podczas wspólnych, zimowych, długich popołudniowo – wieczornych chwil, ale i dla zupełnie najmłodszych, pierwszych, małych czytelników, którzy dopiero wchodzą w świat książek i kolorów. Książeczki są o tyle wygodne, że można je zabrać dosłownie wszędzie. Szybko nie ulegną zniszczeniu, bo są w kartonikowym wydaniu, a na dodatek przykuwają uwagę swą wyjątkową szatą graficzną.






„Gra w kolory” pozwoli dzieciom zaznajomić się z percepcją kolorystyczną, a przy okazji, które z nich można łączyć, mieszać i jaki będzie tego efekt. Tutaj jest trzech bohaterów: fioletowy kwadracik, zielone kółeczko, pomarańczowy trójkącik, którzy po liniach szukają swoich rodziców, w efekcie ich znajdują, ale my dowiemy się wtedy, z jakich kolorów powstały: „Każdy jest inny, lecz wszyscy szczęśliwi!”




















„Graj w piłkę” z kolei, to nie tylko gratka dal wielkich fanów futbolu, ale świetne podejście do nauki skupiania uwagi i gry zespołowej, bo korzystać można z niej nie tylko w pojedynkę, ale też z kolegami. Wystarczy papierowa kulka, rozłożona gra i przednia zabawa. Można nie tylko zdobywać gole trafiając w przygotowane otworki, ale toczyć po ścieżce, czy trafiać w wybrany cel. Gra sprawdza się nie tylko dla najmłodszych, ale szczerze wam powiem, że i dorośli mają z niej ogromny pożytek. Świetna, polecam!












Podsumowując, jednoznacznie stwierdzam, że seria książeczek przygotowana przez Herve Tulleta jest świetną formą spędzanie razem wolnego czasu. Do odkrywania z nich korzyści nie potrzeba naprawdę wiele, ale zyskać można wiele, wiele więcej. 

Polecam wszystkim – i małym, i dużym!



Za książki dziękuję:


środa, 6 grudnia 2017

„Co robi język za zębami? Poprawna polszczyzna dla najmłodszych” Agata Hącia. Magiczne słowa, praktyczne wyjaśnienia, a przy tym mnóstwo zabawy i zachęta do kreatywnego myślenia...







Wydawnictwo PWN

Ilość stron: 336, oprawa twarda

Ilustracje: Maciej Szymanowicz

Nowość wydawnicza



Nie ulega żadnym wątpliwościom, że polszczyzna jest trudna i problem ten dotyczy już nie tylko dzieci, ale też dorosłych. A może przede wszystkim dorosłych, od których nawyki językowe przejmują przecież dzieci, to my jesteśmy odpowiedzialni za ich wychowanie. Ale, żeby tak do końca nie być krytycznym wobec siebie, wybiegam naprzeciw językowym zmaganiom i dzisiaj przedstawiam Wam pozycję, która na stałe powinna zagościć w naszych domach. Poniekąd mój wpis wyszedł również z osobistej potrzeby, kiedy młodszy syn dał mi prezent na mikołajki i opatrzył go tak rażącymi błędami ortograficznymi, włosy stanęły mi dęba. Staram się zwracać uwagę na to, jak mówią moje dzieci, poprawiam, koryguję i w tym momencie zaczęłam się zastanawiać, w którym momencie popełniłam błąd. Zawsze mu powtarzam, jak nie jesteś pewien pisowni jakiegoś wyrazu, spróbuj go odmienić. Ech... czasami ręce mi opadają.




Książka Agaty Hąci rzecz jasna nie obejmuje całej gramatyczno – ortograficznej przeprawy, ale myślę, że znakomicie autorka podeszła do tych podstawowych tematów, jakie sobie wybrała. Przede wszystkim zaskakuje formą przekazu. To w żadnym wypadku nie są jakieś męczące naukowe teksty utrzymane w tonie belferskim, czy profesorskim, ale luźno, z pomysłem i co najważniejsze – utrzymane w formie zabawy, trącając młodszego czytelnika pytaniami i zagadkami, zachęcając do wspólnych przygód tropem języka ojczystego.




Agata Hącia zachęca swoich czytelników do zabawy językiem, który nie powinien leżeć sobie spokojnie za zębami, ale wykazać się aktywnością. Swoją wędrówkę po bezkresnym morzu potyczek z polszczyzną rozpoczyna od ćwiczeń przygotowujących do odpowiedniej wymowy. Następnie dokonuje objaśnień poszczególnych znaczeń, wyjaśnia zestawienia różnych trudnych powiedzeń, uczy zasad etyki, dobrych manier, by skrzętnie i z pomysłem wejść w meandry poprawności językowej. Lekkość i płynność książki polega też na zbudowanych przez autorkę intrygujących opowieści przy każdym omawianym temacie, zgrabnie ujmując je w zrozumiałe słowa, ale i wciągając w nie czytelników – podsuwając im serię interesujących pytań tak, by poczuli się jej współautorami, prowadząc dialog nie tylko ze sobą, ale i z czytelnikami.




W każdym rozdziale znajdziecie hopsasanki, wygibanki, powtarzanki, by dokonać podsumowania zdobytych informacji oraz zadania rozwijające kreatywność. Nie można ominąć tematu ilustracji, które nadają jej wyjątkowości, zupełnie innego wymiaru przekazywanej wiedzy, a także odrobinę magii, bo w głębi duszy przecież o to w nauce chodzi, by nie ślęczeć nad nią z przymusu, ale przyjemności.
















„Co robi język za zębami” Agaty Hąci to świetna pozycja uzupełniająca. Autorka dzięki swej wiedzy, doświadczeniu i mądrości znakomicie wprowadza w świat, wydawałoby się trudnego języka i jego dziwnych zaułków. Hącia przede wszystkim pokazuje, że z gramatyką i ortografią można się zaprzyjaźnić. Teraz to pozycja obowiązkowa mojego syna.


Szczerze polecam!





Za egzemplarz dziękuję: