sobota, 16 grudnia 2017

„Jabłko i Mięta w przedszkolu” Krystyna Śmigielska. O tym, co chcą nam powiedzieć dzieci...







Wydawnictwo Alegoria

Ilość stron: 96, oprawa twarda

Nowość wydawnicza


Krystyna Śmigielska po raz kolejny udowadnia, że warto słuchać swoich dzieci. Ich świat zdaje się być beztroski, ale za to bezkompromisowy i szczery, momentami do bólu. Dzieci inaczej postrzegają otaczającą ich rzeczywistość. Prosto, konkretnie, rzeczowo. Owszem, jak każdy człowiek posiadają swoje humory, ale warto pochylić się też nad ich problemami, wysłuchać tego, co mają nam powiedzenia.





Jak główna bohaterka opowieści Ela Jabłko. Rezolutna i mądra dziewczynka, która uwielbia opowiadać o wszystkim, co przydarzyło jej się danego dnia w przedszkolu. Z tych opowieści wyłania się również portret kolegi, którego Ela obdarzyła przyjaznym uczuciem. Dyzio Mięta to dosyć spokojny chłopczyk, który podobnie jak jego koleżanka Ela jest rezolutnym dzieckiem, swoje odpowiedzi wymawia w bardzo przemyślany sposób, odpowiednio ważąc i strojąc słowa. Obok tych wielu cudownych, beztroskich sytuacji w życiu dzieci, autorka pokazuje, jak rozmawiać z dziećmi, jak umiejętnie i z uwagą ich słuchać, ale też wyciągać z tych rozmów odpowiednie treści i udzielić mądrych odpowiedzi na pojawiające się pytania.





Krystyna Śmigielska, jako babcia sześciorga wnucząt nie potrzebuje podpowiedzi, w jaki sposób pisać o dziecięcym świecie. Doświadczenie autorki jest chyba na to znakomitym dowodem. Babcia to największy skarb na świecie, a jeszcze taka babcia, która pisze dla nich bajki, to już w ogóle. W swej pozycji „Jabłko i Mięta w przedszkolu” autorka bardzo zręcznie porusza się po świecie dziecięcej wyobraźni, pojmowania rzeczywistości, czy budowaniu odpowiedniego nastroju do każdej z sytuacji. Dodatkowo autorka uświadamia nam – dorosłym, że dzieci mają też swoje problemy, też zadają pytania i też domagają się naszej uwagi.




Dlatego znakomita książka z opowieściami Eli Jabłko powinna być lekturą obowiązkową do spędzania z dzieckiem wspólnego czasu. Każde opowiadanie jest odrębną historią, z której wynosi się mądry morał. Nas, podczas czytania najbardziej ujęły opowiadania: „Bramkarka”, „Bezowe buty Dyzia”, Babciowanie i dziadkowanie”, „Po elowemu”, „Szczerbaty książę”, ale myślę, że nie tylko. Całość dopinają i uroku dodają przepiękne ilustracje Eweliny Jaślan – Klisik. Tę książkę trzeba mieć i czytać razem z najmłodszymi!




Szczerze polecam!


Za egzemplarz dziękuję autorce




Świąteczne spotkanie z Dominiką van Eijkelenborg :)







Autorka kilku poczytnych pozycji obyczajowych ze zdecydowanym wątkiem psychologicznym. Debiutowała powieścią „Czuły punkt”, w którym zręcznie umieściła syndrom sztokholmski. Autorka przejawia w swych książkach niebywałą czujność, wrażliwość, ale i nieprzekoloryzowanych bohaterów, których pamięta się dosyć długo, a plastyczne opisy i lekkie pióro sprawiają, że z łatwością zdobywa się ich sympatię, próbuje się ich zrozumieć, czy po prostu znaleźć w ich życiu punkty odniesień, podobne do naszych. 





Dominika van Eijkelenborg mieszka z rodziną w Holandii i dzisiaj opowie nam o kontrastach świątecznych, między polskim a holenderskim obrządkiem świątecznym. 

Miłej lektury i intrygujących wrażeń!




Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki

Świątecznie u Dominiki van Eijkelenborg

Boże Narodzenie to ten czas w roku, kiedy wszystko uderza w nas mocniej, dotyka głębiej. Ciemność wydaje się ciemniejsza, ale każdy nawet najmniejszy błysk Światła jest jaśniejszy niż kiedykolwiek. Chłód jest mroźny i ostry, ale nawet odrobina Ciepła potrafi rozpalić ogień. Smutek i samotność wydają się obezwładniające, ale nawet jeden mały uśmiech potrafi je przełamać. W czasie Bożego Narodzenia widzimy wyraźniej tę odwieczną walkę Światła, Ciepła i Miłości przeciw ciemności, zimnu i izolacji. Ta walka toczy się w nas samych. 


Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki

Dla mnie osobiście zbliżające się święta to czas mieszanych uczuć. Z jednej strony ogarnia mnie tęsknota za Polską i przeszłością, choć wiem, że w ramach mechanizmów obronnych koloryzujemy wspomnienia i to, co pamiętam jest tym, co chcę zachować w pamięci. Z drugiej strony przepełnia mnie wielka wdzięczność za ciepłą, bezpieczną przystań, do której dobiłam. 

Co roku podejmuję trud rozpalenia w naszym polsko- holenderskim domu niezwykłej świątecznej atmosfery. 

Dla Holendrów Boże Narodzenie to zwykłe święto rodzinne, z którym nie wiążą się tak szczególne tradycje jak w Polsce. Nie obchodzi się tutaj wieczoru wigilijnego, który dla nas, Polaków, ma tak ogromne znaczenie. 
Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki

W naszym domu jednak, jak na maleńkiej wysepce we fryzyjskim miasteczku, w wieczór wigilijny na stole leży opłatek, stoi barszcz z pierogami, wszyscy zakładają odświętne stroje, rozbrzmiewają polskie kolędy. Obok naszych talerzy pojawia się również ten symboliczny, pusty, w który wpatruję się zawsze, powstrzymując łzy. To nie tylko miejsce dla niespodziewanego zbłąkanego gościa. To również miejsce, dla tych którzy są daleko i nie mogą być z nami. To talerz pełen wspomnień, tych lepszych i tych gorszych, talerz wypełniony tęsknotami, talerz, w którym jak w lustrze odbija się moja własna twarz, tylko jakaś młodsza i daleka. Ten talerz stawiam zawsze ze ściśniętym żołądkiem. Ostrożnie i z szacunkiem, żeby się z niego nie wylało to, co nagromadził. Nauczyłam męża łamać się opłatkiem, córki śpiewać polskie kolędy. 
Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki

Na moim świątecznym stole zawsze stoi sernik, pasztet z soczewicy, warzyw i słonecznika ( ponieważ nie jadam mięsa, dopieszczam się w taki sposób ) i warzywna sałatka, która w moich regionach nosi pełne gracji miano kaczego żeru. Co roku moja teściowa narzeka, że ta sałatka to tyle pracy i po co się tak wysilam. Może nie rozumie, że dla niej to jedynie kilogramy pokrojonych warzyw, ale dla mnie to smak Bożego Narodzenia zapamiętany jeszcze z dzieciństwa. 

Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki


I choć mam zawsze poczucie, że tu w Holandii ludzie nie są w stanie zrozumieć, czym dla mnie, Polki, są te święta, to również tutaj, dzięki ich podejściu nauczyłam się tonować wyniesione z przeszłości zachowania. Więc nie popadam już w paranoję sprzątania, kupowania i gotowania. Za to co roku staram się z córkami przygotować jakieś ręcznie robione prezenty ( choćby aniołki z masy solnej, czy ozdobiony samodzielnie słoiczek z czekoladowym mlekiem w proszku ). Staram się szukać chwil na odprężenie i bycie razem, bez presji i pośpiechu. 










Wszystkie zdjęcia nadesłane
Z prywatnego albumu autorki


Drogi Czytelniku, Czytelniczko, rozpal w sobie ciepłe światełko. Tylko tyle potrzeba, by rozjaśnić ciemność, zmienić ten świat, roztopić lód. Boże Narodzenie to nie tylko święto dla wierzących. Bowiem narodziny dziecka- i tego prawdziwego i tego symbolicznego w betlejemskim żłóbku – to narodziny nadziei, to przypomnienie, że wszyscy przyszliśmy na ten świat nadzy, nic nieposiadający i ufni. Przebacz. Innym i sobie. Podziel się czymkolwiek, co masz. Zaufaj. Wesołych Świąt! 
Dominika van Eijkelenborg


Dziękuję! :)

piątek, 15 grudnia 2017

„ZRÓB TO krok po kroku” Clara Lidström, Annakarin Nyberg. Połączenie przyjemnego z pożytecznym...







Wydawnictwo Zakamarki

Ilość stron: 52, oprawa twarda

Nowość wydawnicza


Coś dla małych budowniczych i tych, którzy uwielbiają kreatywne majsterkowanie. A wszystko to z ogólnodostępnych materiałów, które pochodzą przeważnie z recyklingu, bądź mamy po prostu na co dzień pod ręką. O czym mowa? O propozycji dla najmłodszych czytelników, którzy lubią bawić się w sklejanie, dopasowywanie, wykazując się przy tym nie lada pomysłowością.




Dziesięć propozycji ponownego wykorzystania przedmiotów i rzeczy. Jeśli któreś z dzieci przejawia takie zdolności, umiejętności, chęci, to książka może okazać się wymarzonym i całkiem trafionym prezentem. Oprócz listy potrzebnych materiałów, w znajduje się sposób wykonania, napisany bardzo prostym, zrozumiałym językiem. Dziecko, które potrafi czytać ze zrozumieniem, nie będzie miało żadnego problemu z realizacją wypatrzonego pomysłu. Wśród propozycji znajdziecie m.in. szczudła, które można wykonać z puszek po konserwach, a potem wykorzystać je do zabaw wiosenno letnich na dworze. Jest propozycja wykonania zakładki do książek, takiej nietypowej, bo nakładkowej. Jest propozycja skrzyneczki na osobiste listy milusińskich, a nawet własnoręcznie wykonana skarbonka na pieniądze.




Jednym słowem – od pomysłu do realizacji. Obok tych propozycji znajduje się również kilka słów wyjaśnienia, jak zastąpić brak któregokolwiek materiału. Oczywistością też jest, że wszelkie tego typu prace wykonywane przez dzieci powinny odbywać się pod czujnym okiem dorosłych, albo z ich udziałem, a nawet towarzystwem. A same propozycje mają natchnąć do kreatywnego myślenia, może właśnie w trakcie ich wykonywania przyjdzie Wam do głowy inny, ciekawszy pomysł?










Forma zabawy, nauka recyklingu, wykorzystania niewyszukanych przyborów oraz ruchliwych rączek, może okazać się strzałem w dziesiątkę podczas wolnego czasu i brzydkiej pogody. Przyjemne z pożytecznym.


Szczerze polecam!




Za książkę dziękuję:









Świątecznie u Anny i Aleksandry Sikorskich :)






Ania, to mama. Olka, to córeczka Ani i jej męża. Anię poznałam w świecie blogerskim. Nigdy nie odmawia nikomu żadnej pomocy. Prowadzi blog http://annasikorska.blogspot.com/. Uważa, że w tej kwestii nie ma równych i równiejszych, dlatego do każdego podchodzi z sercem, optymizmem i otwartością. 

Na swoich profilach facebookowych opowiada o roli, jaką przyniosło Jej życie. Opieka nad autystyczną córeczką, to chleb powszedni i poniekąd temat do szerszych dyskusji. 


Zdj. do kolażu nadesłane przez A.S.


Ania, oprócz poświęcania się, jako matka i żona, to osoba mądra, wykształcona, również autorka publikacji wynikającej z Jej pasji do filmów Almodóvara „Hiszpania w filmach Pedra Almodóvara”, którą również miałam okazję przeczytać i zrecenzować. Zapraszam Was na stronę Ani http://annasikorska.blogspot.com/, gdzie znajdziecie mnóstwo inspirujących wpisów, nie tylko o książkach i życzę Wam jak zawsze, miłej lektury :) Pod tekstem świątecznym znajdziecie kilka słów od Olki :)











Świat roziskrzył milionem skrzypiących gwiazd świecących dzięki ulicznym latarniom. Radosne skoki w świeży śnieg były jednym z moich ulubionych zimowych zajęć w czasie marszu na roraty oraz pasterkę. Poszukiwania niezdeptanego puchu i odciskanie w nim śladu, a później sprawdzanie czy wyszło równo i jak pięknie prezentuje się odcisk buta. Wydawało by się, że z takiej rozrywki można wyrosnąć, ale kiedy w ubiegłym roku napadał śnieg przyłapałam się na tym, że robię dokładnie to samo, co dwadzieścia - trzydzieści lat temu: skaczę, badam i obserwuję, do tego cieszę się tym specyficznym skrzypnięciem, blaskiem kolorowych światełek z wystrojonych okiem oraz choinek, poszukiwaniem gwiazd w zasięgu ręki. Tym razem towarzyszy mi już moja pociecha ulegająca magii spadającego puchu i podekscytowany pies, dla którego śnieg jest nowym odkryciem. Harce, nurkowania, chichoty nie mają końca. Pogonie za migoczącymi iskrami i nocne wyprawy do lasu w czasie pełni księżyca. Ziemia świeci wtedy tak pięknie, że nie potrzebne są latarki. Wystarczy wytężyć wzrok, zachować ciszę i zobaczymy świat, którego nie dane nam widzieć w czasie dnia. W zimowym lesie pokrytym delikatnym puchem można usłyszeć skrzypnięcia 






Ze śniegiem kojarzy mi się świąteczny odcinek serialu animowanego „Przygody kota Filemona” pokazujący kota poszukującego gwiazdki. Dziecięca naiwność i niezwykłe zapachy – to wszystko ładnie połączone ze świątecznymi przygotowaniami sprawiającymi, że ten niezwykły dzień miał swój niepowtarzalny urok. Mimo tego, że przygotowania do Wielkanocy trwały dłużej to jednak Wigilia miała w sobie tę dawkę magii, jakiej towarzyszą niezwykłe zjawiska od wieków zmuszające ludzi do wyznaczania tego dnia jako niezwykłego i przełomowego. Kult Słońca, bóstw ziemi i chrześcijaństwo – to wszystko spotykało się jednego dnia i zaczarowywało świat.






Święta w moim domu zawsze pachniały choinką. I to długo przed tym nim ta choinka stanęła w kuchni, czyli centralnym miejscu domu. Pojedyncze gałęzie świerku trafiały do wazonu jeszcze w listopadzie. Czasami była i sosna otulająca domowników zapachem żywicy, lasu i czegoś zaklętego w igłach, dającego poczucie oczekiwania na coś niezwykłego i tajemniczego jak puchaty śnieg, który pod wpływem nacisku kroczącego człowieka skrzypiał, błyszczał i odkształcał się.








Święta zaczynały się długo przed świętami. To były wieczorne wyprawy na roraty, hasanie po śniegu, przygotowania lampionów roratowych, uczestnictwo w nabożeństwach, wykonywanie ozdób, oczekiwanie na mikołajki. Wszystko to przeplatało się, miało swoje tempo. Obrzędowość zaczarowywała to, co było zwykłe. Do domu w Wigilię trafiało drzewko, które dzieci ozdabiały. Wraz z „postępem” zastąpiono świerk metalowo-plastikowym badylem udającym choinkę. A mimo tego uczucie oczekiwania nie malało. Wzmagały je pachnące pierniczki przygotowywane przez babcię według przepisu jej mamy, babci, prababci. Były one twarde, ale na języku rozpuszczały się i pobudzały zmysły swoimi korzennymi aromatami. Przygotowywane przed mikołajkami doskonale rozpoczynały długi okres świątecznych przygotowań i budowania klimatu w czasach, kiedy tylko święta pachniały pomarańczami i miały smak wymarzonej czekolady.



A później któregoś ranka pojawiały się ryby w wannie, pachniał kilka godzin gotowany, a później ucierany mak, po którego sięgało się paluchami, aby poczuć ten kolejny magiczny smak pojawiający się raz do roku.

Kiedy już wszystko było gotowe rozbrzmiewała muzyka: proste kolędy graliśmy na flecie, te trudniejsze włączaliśmy w magnetofonie i dom cały zmieniał się w niezwykłe miejsce pełne słodkich zapachów i radosnych dźwięków przy świetle migoczących lampek kupionym na straganie u Ruskich.





Kilka słów od Olki :)

Historia każdego z nas zaczyna się tak samo: od narodzin. Urodziłam się ponad 5 lat temu, ważyłam ponad 4 kilogramy, miałam ponad 60 centymetrów długości i byłam okazem zdrowia. W sumie nadal jestem, ale… mój świat jest zaburzony. Autyzm utrudnia mi funkcjonowanie: nie potrafię mówić, wyrażać swoich potrzeb, wchodzić w relacje z dziećmi i dorosłymi, często boli mnie ciało, inaczej odbieram różne bodźce. Mam wrażenie, że świat znajduje się gdzieś za grubą szybą, przez którą trudno mi do niego dotrzeć. Na szczęście mam upartych i pracowitych rodziców, którzy każdego dnia uczą mnie otoczenia i pomagają wzbiciu szklanej ściany oddzielającej mnie od świata.

Może i stawiam małe kroczki, ale dzielnie walczę o samodzielność. Chodzę do przedszkola, gdzie mam swoją ukochaną panią i dzieci, które mnie akceptują, mam panie od terapii, własnego psa i dużo optymizmu. Kocham spacery do lasu, czytanie książek, mam świetną pamięć. Codziennie robię coś nowego, co przybliża mnie do poziomu funkcjonowania rówieśników. Kto mnie zna ten wie, że w tym roku osiągnęłam bardzo wiele. Wierzę, że razem z innymi dziećmi pójdę do szkoły, że będę samodzielną dorosłą kobietą, którą rodzice nie będą musieli opiekować się całą dobę, że będę mogła spełniać swoje marzenia.



Dzięki Waszemu wsparciu mogłam z rodzicami walczyć o samodzielność. Moje postępy to także Wasz sukces dzięki wkładowi, który bardzo doceniam i za który bardzo dziękuję.





Liczę na Wasze wsparcie również w tym roku, dlatego będę wdzięczna za Wasz 1% podatku przekazany na moją terapię oraz przekazanie prośby Waszym znajomym.

Przekaż 1% podatku

W formularzu PIT wpisz numer:

KRS 0000037904

W rubryce „Informacje uzupełniające - cel szczegółowy 1%” podaj:

25068 Sikorska Aleksandra

Szanowni Darczyńcy, prosimy o zaznaczenie w zeznaniu podatkowym pola „Wyrażam zgodę”.

Więcej o Oli na moim fb oraz stronie fundacji.




Wszystkie zdjęcia wykorzystane w materiale, są własnością Anny Sikorskiej, nadesłane w celach niniejszej publikacji!

czwartek, 14 grudnia 2017

[Audiobook] „Najgorsze dopiero nadejdzie” Robert Małecki. Tajemniczy, wywołujący dreszcze i błądzenie myśli kryminał, w którym dosłownie wszystko może się wydarzyć...






StoryBox.pl

Czas trwania: 10 godz. 20 min.

Czyta: Jacek Mikołajczak


Zaskakujące i intrygujące spotkanie dla mnie jako czytelniczki i słuchaczki zarazem, bo dopiero teraz odkryłam niesamowity talent Małeckiego, jak i Mikołajczaka. Pierwsze zetknięcie się z prozą autora oraz pierwsze z interpretacją lektora. Oba uważam za majstersztyk w swoim wydaniu. Jestem urzeczona pomysłem i intrygą Małeckiego, który akcję swojej powieści osadził w znanych mu stronach Torunia i okolic. Może się to wydawać łatwe do wykonania, ale szczerze przyznam, że dosyć trudna sztuka, wymagająca znajomości terenu, społeczności, a przy tym trzeba wykazać się delikatnością i zręcznością w przeplataniu ze sobą wątków, jednocześnie obsadzając je w miejscu znanym z autopsji. 


Początkowo daje się odczuć, że lektor ma mały problem, żeby wejść w rolę, da się wychwycić brak podziału na role, ale im dalej, tym lepiej. Jacek Mikołajczak ma charakterystyczną barwę głosu i nadaje się do tego typu książek wyśmienicie. Kryminał przyodziany w drapieżny, tubalny ton głosu oraz interpretację na bardzo wysokim poziomie, to najlepsze, co może otrzymać słuchacz, a już w ogóle tak wymagający jak ja.


Robert Małecki wykazał się naprawdę wywołującą dreszcze intrygę. Nakreślił bardzo charakternych bohaterów, którym kompletnie niczego nie ułatwiał. Wręcz przeciwnie, miałam wrażenie, że główny bohater – Marek Bener ma wyjątkowy dar pakowania się w kłopoty, albo odwrotnie. Kłopoty go lubiły i jakby nasmarowane klejem, na każdym kroku się do niego samoistnie przyklejały. Bener pracuje w lokalnej, toruńskiej gazecie, jako dziennikarz śledczy. Facet ma poplątane życie prywatne, bo od dobrych kilku lat bezskutecznie szuka zaginionej żony. Dodatkowe problemy w pracy przysparzają mu tylko dodatkowych zmartwień, wszystko wskazuje bowiem, że za chwilę w ogóle nie będzie jej miał. Kiedy na obrzeżach miasta, blisko siedziby Caritasu dochodzi do tragicznego w skutkach pożaru, Bener dostaje temat na pierwszą stronę jakby na tacy. Tymczasem okaże się, że w domu, w którym wybuchł pożar zginął jego wieloletni znajomy. Mało tego, ów pożar aktywuje serię dziwnych, mrożących krew w żyłach wydarzeń w życiu dziennikarza. Dojdą do głosu nie tylko polityka wysokiego szczebla, ale i prywatne, sączące się rany z przeszłości. Z czasem okaże się też, że nie tylko dotyczą samego Benera, ale i bliskich, znajomych z jego kręgu. 




Robert Małecki napina nie tylko nić ciekawości czytelniczej, ale daje do wiwatu piętrzącym się emocjom i pytaniom, wokół których autor rozsiewa ziarna niepewności. Nie koryguje żadnego zachowania bohatera, rozprasza naszą uwagę podrzucając fałszywe tropy, zaskakuje, reflektuje, ale też świetnie pokazuje, że nie ma rzeczy pewnych w naszym życiu, ani ludzi, których znamy od początku do końca. Dodatkowo mataczy w życiu Benera plącząc mu zawodowe plany z prywatnymi. Małecki supła kryminalną intrygę zostawiając niezrozumiałe ślady. W tej powieści krew przelewa się wyrównując porachunki, sprzątając niepotrzebnych świadków, korygując błędy, by na drodze do kariery nikt nie przeszkadzał.


„Najgorsze dopiero nadejdzie” Roberta Małeckiego to znakomity kryminał, z wieloma psychologicznymi wątkami, w którym akcja toczy się płynnie, co i rusz zbijając z tropu nasze podejrzenia w dochodzeniu do sedna sprawy. Jacek Mikołajczak stopniuje nasze oczekiwanie, sprawiając, że ma się ochotę w ogóle nie przerywać lektury, tylko czekać na kolejny rozdział. Obaj panowie spisali się na medal. Autor burzy powszechny schemat działalności lokalnych mediów, śmiało pokazuje funkcjonowanie chorego organizmu elit politycznych i wikła przeszłość w teraźniejszość, równym tonem przechodząc ze śmiałych scen, w których nie brak ciętej riposty, potocznego języka, w zrównoważony ton, którym nie brakuje wielu refleksji i pytań, czy tak naprawdę wiemy o sobie więcej niż inni o nas wiedzą? Interpretacja Jacka Mikołajczyka idealnie pasuje do tej książki. Lektor genialnie oddaje spektrum powieści.


Za audiobooka dziękuję:




Świąteczne spotkanie z Agnieszką Moniką Polak, artystką :)




Kochani!

Dziękuję autorom, że tak chętnie dzielą się z nami swoimi pięknymi, inspirującymi opowieściami o wrażeniach świątecznych z dzieciństwa i zestawiają je z tradycjami dzisiejszymi. Jedno jest pewne, z perspektywy czasu wiele się zmieniło, ważne, że mentalność i chęci do ich kultywowania są i co najważniejsze, przejmują coraz młodsze pokolenia.



Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki



Dzisiejszym gościem, który pięknie i inspirująco opowiada o swoich wspomnieniach i obrzędach dzisiejszych, to Agnieszka Monika Polak - wszechstronna artystka, nie tylko pisarka, poetka, ale również skrzypaczka. Prywatnie kobieta utalentowana, sympatyczna, wszechstronnie uzdolniona, umie doskonale słuchać ludzi i podpatrywać życie, które podsuwa Jej mnóstwo tematów do tworzenia. Mam przyjemność patronować medialnie trzem pozycjom autorki.

Agnieszka Polak ukończyła I LO w Słupsku w klasie o profilu humanistycznym oraz Państwową Szkołę Muzyczną I i II Stopnia im. I.J. Paderewskiego w klasie altówki. Od 1988 roku mieszka i pracuje w Lublinie. Jest magistrem Wydziału Pedagogiki i Psychologii UMCS. Zapraszam na stronę internetową artystki http://www.ampolak.pl/

Życzę Wam niezapomnianej lektury!


Agnieszka Monika Polak świątecznie...

Święta z okresu dzieciństwa to był dla mnie taki prawdziwie magiczny czas. Najbardziej podoba mi się ten moment wspomnień, do którego wracam każdego roku. Takich pierwszych „rozumnych” świąt, czyli tych, które dobrze pamiętam, a byłam jeszcze na tyle mała, że wierzyłam w Św. Mikołaja i Gwiazdkę. Boże, jaka szkoda, że straciłam tę wiarę (westchnienie) Oczywiście wiarę w Św. Mikołaja (śmiech).

Z wypiekami na twarzy pisałam wtedy do niego list. Później za kilka dni napisałam też do Gwiazdki. 

Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki



I wiecie co? Do dziś nie wiem jak to się mogło stać, ale…dostałam dokładnie to czego pragnęłam. Pamiętam też następny rok, kiedy trochę poznałam świat i zaczęłam powątpiewać, czy te cudowne osoby Św. Mikołaj i Gwiazdka istnieją, przeprowadzałam dochodzenie czy rodzice czegoś przede mną nie ukryli w domu i myszkowałam po szafkach. Mamy tak w Wigilię pilnowałam, że nie mogła się ode mnie opędzić. Kiedy zabłysła w końcu pierwsza gwiazdka na wigilijnym niebie biedna wysłała mnie do łazienki po watę, bo podobno coś sobie skaleczyła. Posłusznie pobiegłam co sił w nogach do łazienki i w te pędy, albo jeszcze szybciej wróciłam do pokoju, w którym stała choinka. Pod nią leżały wymarzone kredki, a ja oglądałam stopę mamy i za nic nie mogłam się dopatrzeć na niej żadnej rany.

To jest dla mnie najwspanialsze wspomnienie.

Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki



A jak jest dzisiaj?

Mamy niestety już nie ma. Zawsze stoi choinka, prezenty bywają, ale nie czuję już tej magii.

Tęsknię za nią i za Mamą. Tak chciałabym, aby obie wróciły.

Ciekawa jestem czy macie jakiś sposób na to, by chociaż magia wróciła? 

Tradycja.
Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki

Oczywiście w rodzinie trzymamy tradycję. W tym co zaraz powiem, nie będzie dla nikogo żadnych nowości. Myślę, że jest tak normalnie, po polsku, jak u Polaków (śmiech). U nas zawsze pozostaje wolne miejsce przy stole, na którym pachnie sianko i pozostawione jest zawsze jedno wolne nakrycie dla niespodziewanego gościa, dla tych, którzy odeszli… 

Wieczerzę zaczynamy od przeczytania fragmentu Pisma Świętego mówiącego o narodzinach Jezusa i zaśpiewania kolędy "Bóg się rodzi" albo "Wśród nocnej ciszy". Często jest tak, że ja gram razem z synem (pierwsze skrzypce ja, on akompaniament czyli pianino), a reszta rodziny śpiewa. Odmawiamy wspólnie modlitwę, wspominamy tych, którzy odeszli…

Następnie przychodzi kolej na dzielenie się opłatkiem i składanie życzeń. Często to trwa bardzo długo, ale tradycja mówi, że najpierw życzenia, a później wieczerza i choć każdemu w brzuchu burczy, bo rodzinnie pościmy dzień cały, to ma to swój urok.

I teraz przychodzi czas na barszcz z uszkami. Na ten moment każdy czeka z bijącym sercem.

Dlaczego?

Bo ma nadzieję, że to właśnie jemu trafi się uszko z zalepionym grosikiem. Co to oznacza chyba nie muszę mówić.

Uszka zawsze lepię ja, bywa, że jest ich ponad 200!!! Są malutkie wielkości max dwuzłotówki, stąd jest ich aż tyle. Resztę pakuję do zamrażarki. W Nowy Rok po sylwestrowych szaleństwach smakują wybornie. 

Mam zawsze problem z tym jednym jedynym uszkiem, bo moja córka uwielbia mi je podjadać więc TO muszę zawsze odłożyć gdzieś na bok. Przygotowuję uszka zawsze wcześniej i ugotowane zamrażam. 

Jeżeli chodzi o liczbę dań, to myślę, że zawsze tradycyjną 12 jesteśmy w stanie przygotować, choć nie liczymy dokładnie. Czego nigdy nie może zabraknąć: barszczyku z uszkami, kapusty z grzybami, smażonego karpia, o, skoro jesteśmy przy karpiu... zawsze proszę kuzynkę o zatrzymanie dla mnie łuski, która umieszczona w portfelu chroni pieniądze przed kradzieżą, dba o to, by nie wydawać ich lekką ręką, przyciąga je. Nigdy sobie tej „ochrony” nie odmawiam.

Wracając do potraw.

Obowiązkowo musi być kompot z suszu i to w dużej ilości. Mam swoją proporcję przekazaną mi jeszcze przez Śp. Teściową, której zawsze przestrzegam i wychodzi super.

Za stołem dzisiaj zasiada około 20 osób, bywało więcej i to tylko samej najbliższej rodziny. Dlatego miał i ma nadal kto pić, a że rybka lubi pływać… gotuję jego cały duży gar 15 litrowy.

Raczej nie będę podawała proporcji na taką ilość litrów (śmiech), bo to podchodzi pod małą gastronomię, ale dość istotne jest zachowanie jednakowych proporcji suszonych owoców (jabłka, gruszki, śliwki, rodzynki ) i co ważne do mojego kompotu nie dodaję owoców wędzonych. Całość suszu namaczam dzień przed wigilią. Rano gotuję, słodzę do smaku i do gorącego jeszcze wkrajam kilka cytryn i pomarańczy. Wrzucam też sporo goździków. Kiedy wystygnie jest boski, a owoce? Poezja.

Po śledziku czy też innej rybce łyk takiego kompociku – bezcenny.

Można teraz zabrać się na przykład za pierożka z kapustą i grzybami. Ich także u nas nigdy nie brakuje.

W Wigilię ze słodkości jemy przepyszne racuszki drożdżowe obficie darzone rodzynkami w wykonaniu siostry mojego męża. O ostatni często walczymy. 

Słodko i smakowicie się zrobiło, a tu do świąt jeszcze kilka tygodni.


Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki


Życzę Państwu, abyście ten czas spędzili nie tylko na zaprzątanie sobie głowy tym, by na stołach niczego nie brakowało, a wszystkie okna i każdy kącik był wypucowany. Życzę, też abyście znaleźli choć małą chwilkę na wypucowanie siebie, swojego wnętrza, na zastanowienie się nad tym, co jest w życiu ważne, a co najważniejsze.
A Święta i Nowonarodzona Dziecina niech będą przyczyną Waszej wewnętrznej radości i symbolem Waszego wewnętrznego odrodzenia.
Dopełnieniem życzeń niech będzie mój wiersz.

Pozdrawiam świątecznie
Agnieszka Monika Polak




Na Nowy Rok

Zamykam dzisiaj drzwi

Stawiam kolejny krok

Wychodzę naprzeciw

Przede mną Nowy Rok


Z nadzieją patrzę nań

Choć nie widzę śniegu

Ani żadnych sań

W głowie mam myśli moc



Lecz kiedy skończy się magiczna noc

W kopciuszka stroju już

Podejmę codzienny trud



Marzenia dają moc

Spełnienia radość niosą

Wyglądam takich ludzi

Co dobrą wieść przyniosą



Każdemu dobrze życząc

I dobre słowo dając

Mam pewność że to wróci

Mnie też nie omijając



Niech radość tej nocy

Zostanie dalej w nas

Życzenia spełnią się

Gdy przyjdzie na nie czas



Agnieszka Monika Polak

Lublin 29.12.2013 r



Dziękuję :)


środa, 13 grudnia 2017

„Tańczące Czarownice” Wioletta Piasecka. O smutku, radości i nadziei, która nigdy nie gaśnie...





Wydawnictwo NIKO

Ilość stron: 52, oprawa twarda




Wioletta Piasecka gościła już na łamach mojego bloga, przy okazji recenzji poprzednich tytułów. Dzisiejsza propozycja jest wyjątkowo poruszająca. Jeśli we mnie wywołała wiele emocji i łez, to gwarantuję, że i na Was zrobi ona ogromne wrażenie. Autorka stopniuje emocje i oczekiwanie na finałową scenę z ogromną cierpliwością i zręcznością, przy każdej ze scen zasiewając w czytelniku ogrom niepewności i afektów. Urzeka pomysłowością, ale co najważniejsze budzi szereg pytań i refleksji.





Weronika jest jedyną córką skromnych, kochających się ludzi – rodziców, którzy każdego dnia walczą o zdrowie córki. Dziewczynka jest ciężko chora. Słaba, wyczerpana lekami i ciągłym przebywaniem w szpitalnym łóżku słyszy ukradkiem rozmowę lekarza z jej ukochanymi rodzicami. Dla Weroniki nie ma już ratunku, ani cudownego środka, który spowodowałby zwrot choroby i całkowite ozdrowienie. Pewnej nocy, do okna pokoju, który stał się niemal jej drugim domem puka dziwna istotka. Magiczna, tajemnicza i piękna. Wróżka, jawa, czy sen? Owa istotka zabiera Weronikę w magiczną podróż. Dziewczynka przenosi się w miejsce, gdzie nie czuje bólu, jest silna, radosna. Kraina okaże się domem trzech czarownic, które żyją na wysokiej górze, z dala od zabudowań, bo ludzie, którym pomagały ich babki i prababki, wygoniły ich ze wsi. Trzy pokolenia czarownic mają dla Weroniki trudne zadanie, ale dziewczynka bez obaw podejmie się jego realizacji. Co to za misja i jak się ona zakończy?





Iria, Amalia i Emi nie są typowymi przedstawicielkami czarownic, o których w literaturze pisano, jako o złych, wyklętych. To mądre i śliczne kobiety, które zajmują się głównie wytwarzaniem różnych wywarów z ziół, które muszą zbierać na terenach znajdujących się przy wsi. Mądrość przemawia z ich dobroci i pomocy ludziom, którzy kiedyś wyrządzili im wiele zła:

„Ludzie żyją szybko i byle jak. Ciągle za czymś gonią. Bliscy są dla siebie wrogami. Kobiety nie mają czasu dla własnych dzieci. Nikt nie szanuje starszych ludzi. Z pewnością nie prowadzi to do niczego dobrego.”




Weronika to chora dziewczynka, która nie chce być kłopotem dla swoich rodziców, bardzo ich kocha i doskonale zdaje sobie sprawę, że dodatkowe troski nie są im potrzebne, bo i tak mają ich dostatecznie dużo, wiele poświęcają majątku, sił, by ratować ich ukochaną córeczkę. Autorka podjęła się bardzo trudnego tematu. Odważnie przedstawia całą historię, zmuszając tym samym do szerszych dyskusji. A tego typu tematy najlepiej porusza się w bliskim gronie, wykazując się wrażliwością i empatią. 




Wioletta Piasecka zręcznością i lekkością pióra pisze o ważnych sprawach. Dzięki plastycznym opisom pozwala zbliżyć się do bohaterów, poczuć z nimi więź, współczuć im, razem z nimi przeżywać wszelkie stany serca i duszy, ale nade wszystko kibicować Weronice w spełnieniu ważnego zadania. Historia nakreślona przez autorkę daje nam wiele refleksji, wprowadza w stan melancholii, na pewno zatrzymuje i wartościuje spojrzenie na świat i życie, które powinniśmy zacząć dostrzegać w innych barwach, dostrzegać jako walor i dar, a nie obowiązek.

Całej historii wyjątkowej aury i magii nadają ilustracje Katarzyny Anuszewicz-Kuleszy, która zgrabnie ujmuje całą fabułę, nadając jej wyjątkowości i precyzji.




Książka, którą trzeba przeczytać!



Za egzemplarz dziękuję autorce