"O czym Ty człowieku opowiadasz..." - odcinek 4 - Magdalena Ludwiczak :)





„Jeśli jednak wszyscy zadbamy by mówić ładnie, to i nasze dzieci, i ich dzieci będą o język dbały. Wszystko jest w naszych rękach.” - Magdalena Ludwiczak 









Kochani! 

Jutro przypada oficjalna premiera piątej książki Magdaleny Ludwiczak „Ten z naprzeciwka”, której mam przyjemność po raz kolejny patronować medialnie, dlatego też dzisiejszy wpis będzie poświęcony osobie autorki i Jej udziału w moim projekcie „O czym Ty człowieku opowiadasz...”. Muszę zdradzić Wam maleńki sekret, że w ostatnim punkcie debiutuje fragment już szóstej powieści autorki. I jeszcze ważna dla mnie osobiście sprawa. Autorka w rozmowie przypomina o wciąż istniejących w naszym języku rusycyzmach. Sama mam z tym kłopot, bo to wychodzi zupełnie mimowolnie, jakby zakorzenione przez pokolenie naszych dziadków, czego świadomie by się nie użyło, ale w codziennej potoczności stosuje się nagminnie. 


Magdalena Ludwiczak urodziła się w Poznaniu, jednak od dzieciństwa mieszka w Międzychodzie. Fascynuje się fotografią, rysunkiem i sztuką, zawzięcie czyta książki. Dusza artystki i twórczyni nie pozwala Jej na bierność. Kocha podróże i gdy to możliwe styka się z naturą, którą uwiecznia na fotografiach. Fascynuje się historią rodzinną i tworzy drzewa genealogiczne, które ukazują przeszłe pokolenia. Ciągle poszukuje nowych dróg w życiu... 

Jak zawsze, życzę Wam przyjemnej lektury! 



Zdj. z prywatnego albumu autorki 



Co rozumiesz pod pojęciem „kultura słowa”? 

Dla mnie to dosłownie dbałość o słowa. Wyrażanie ich lub pisanie w sposób sprecyzowany, dokładny, bezbłędny. Sama bardzo staram się tak nim operować, by nie można było wypowiedzi lub słowu pisanemu nic zarzucić, „Kultura słowa” to dla mnie również, a może przede wszystkim dykcja. Nawet najpiękniejsze słowa wypowiedziane bez odpowiedniej dbałości o nią nie zabrzmią dobrze. 



Czym dla Ciebie jest – słowo? Czy masz jakieś swoje ulubione? 

Słowo to świętość i dar. Dzięki niemu porozumiewamy się ze sobą. Mam ulubione, potoczne i sama łapię się na tym, iż ich używam. To na przykład „kulać”, co korektorzy często z mojego tekstu usuwają, choć słownik mówi, że kulać oznacza potoczyć coś okrągłego. Czyli niby norma. Uwielbiam słowo „zakluczyć”, które jest już w języku polskim zapomnianym i zachowanym tylko w dialektach północnej Polski, no i u mnie w Wielkopolsce. Zakluczyć, jak łatwo się domyślić, oznacza 'zamknąć kogoś na klucz lub drzwi na klucz”. Są to rusycyzmy. W związku z emocjami jakie budzi ten wyraz, unikam jego stosowania. 



Jak Twoim zdaniem zmienia się język literacki? Czy ta zmiana zmierza w dobrym kierunku? 


I to jest trudne pytanie. Według mnie język został dość mocno uproszczony, zdecydowanie zmniejszyła się ilość opisów stosowanych w powieściach, a dialogi są krótkie i treściwe. Czy to źle? Nie wydaje mi się. Na przykład w języku angielskim przedmiot określany jest jednym słowem, a w Polsce ma sześć odpowiedników. Czy to jednak oznacza, że literatura angielska jest gorsza? Wcale nie! Najważniejsze chyba było i będzie to, co autor chce nam przekazać, oczywiście z konieczną dbałością o formę i poprawność języka. 




Zdj. z prywatnego albumu autorki 



Co myślisz o wulgaryzmach, potoczności słownej stosowanej coraz częściej w książkach? 

Tu mam jasno sprecyzowaną teorię. Chociaż zdarza mi się w życiu zakląć, nigdy nie robię tego w powieściach i nie lubię takich czytać. Uważam, że trzeba nad sobą pracować, co i ja czynię, by wulgaryzmów nie używać. Nie jest to z mojej strony obłuda, tylko trud jaki wkładam w zmianę. Teoria, którą głoszą media, iż to przywilej ludzi inteligentnych w ogóle do mnie nie trafia. Dawna inteligencja absolutnie nie klęła! 
Jeśli zdarzy się u mnie bohater, który klnie, to oczywiście użyję wulgaryzmu, bo fałszywie brzmiałoby coś w stylu: „Kurczę!”, lecz jeśli ma przekląć na przykład prezes firmy, to się pohamuję.



Czy o współczesną polszczyznę można być spokojnym? 

Nie jestem do końca przekonana. Jeśli jednak wszyscy zadbamy by mówić ładnie to i nasze dzieci, i ich dzieci będą o język dbały. Wszystko jest w naszych rękach. Biorąc jednak pod uwagę bylejakość języka najmłodszych (czytanego z sms-ów, na FB itp.) zaczynam się tego obawiać. 



A teraz spróbuj „naprędce” wymyślić krótką historyjkę, która zaintryguje czytelników - w myśl tytułu projektu. O czym ona będzie, czy to zmyślona, czy autentyczna, to zależy od Ciebie. 

Powodzenia! 


Nastała zima. Mróz mocno ściął wodne akweny. Wreszcie można było znowu grać w hokeja. Wszyscy na to czekali. Od rana Kuba i jego ekipa pucowali hokejówki, sprawdzali kije i krążki, tak, by zaraz wyjść na dwór i odegrać najważniejszy w roku mecz na tafli. 

- Marek, idziesz? 

- Zaraz… – Ten jak zawsze, nie mógł wyjść spod ciepłej kołdry. 


- Ty jak zawsze, nich cię diabli! – Jakub wkurzony trzasnął drzwiami i wyszedł do czekających przed domem kumpli. 


- Dojdę do was, ale wcześniej muszę podejść do Magdy. Potem, przez jezioro na skróty do was dotrę. - Wybełkotał i spał dalej. 

- Mamo, wychodzimy, Marek został, dotrze do nas później! – syn krzyknął w pośpiechu do matki. 

- Wiecie, że wczoraj rybacy łowili ryby na sieci? – Krzysiek, który mieszka najbliżej jeziora po drodze relacjonował wydarzenia dnia poprzedniego. 

- Zawody mieli? 

- Tak, i wiecie co, dobrze, że z drugiej strony jeziora, bo byśmy sobie dzisiaj nie pojeździli – kontynuował. 

- Dlaczego? Jezioro jest duże. – Podsumował Kuba. 


- Wiesz jaki przerębel wyrąbali?! Prawie jak nasze boisko do hokeja! 

- To nieźle! – Z aprobatą kiwnął głową Mietek. 

Dotarli nad jezioro, które pokryte było grubą pierzyną puchu śnieżnego. Każdy z chłopców zaopatrzony był w łopatę do odśnieżania, by przygotować „lodowe boisko” do gry. Siarczysty mróz szczypał ich w nosy i policzki, ale to nie stało im na przeszkodzie, by rozpocząć akcję – RYWALIZACJA. 

Po godzinie warstwa śniegu została usunięta na boki, więc grę można było rozpocząć. Chłopacy podzielili się na drużyny i choć jedna z nich była nieparzysta, ze względu na brak Marka, gra została rozpoczęta. Spod łyżew sypał się skruszony lód, a krążek umykał spod kija jak mysz kotu. Pomimo ferworu usłyszeli nawoływanie Marka, który w swoich łyżwach z drugiego brzegu podążał do nich, trzymając na ramieniu hokejowy kij. 

Nagle wszyscy stanęli tak, jakby mróz wziął we władanie ich ciała. Dopiero po kilku sekundach zaczęli krzyczeć - Marek, Marek, nie tędy!!!! Zawracaj! - zamaszyście machając rękoma i kijami tak, by zmienił tor jazdy. 


Ten ich nie rozumiał, kiwając tylko na znak, że zaraz będzie. 


- Marek, Marek, stój, nie tędy!!! – Jakub krzyczał najgłośniej jednocześnie pędząc ku bratu, a za nim wrzeszcząca reszta kumpli. Ale on ich nie słyszał, bo gruba, wełniana czapa i świszczący wiatr w uszach blokowały dźwięki. Jechał najszybciej jak potrafił, bo chciał być już wśród nich, by zagrać w ulubionego hokeja, w rozgrywkę, która stawała się celem numer jeden, gdy tylko lód na jeziorze był odpowiednio gruby. Uwielbiał stać na bramce wpatrzony w mały, czarny kauczukowy krążek. 


Najwidoczniej nie mogą się mnie doczekać, skoro wyszli mi naprzeciw! – pomyślał uradowany. 


Nagle zniknął. Nie widać go już było na tafli jeziora. Wpadł w niczym nieoznaczony, ogromy przerębel. 

(fragment szóstej powieści pt.: „Parabola życia”) 




A tak prezentuje się premierowa okładka piątej powieści Magdaleny Ludwiczak "Ten z naprzeciwka" :) Powieści z przyjemnością patronuję medialnie. Premiera jutro - 14 lutego! :) 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

„Piłeczki w palcach żonglerów. Opowieść oparta na faktach z życia pracowników korporacji farmaceutycznych” Artur Zygmuntowicz. O korporacjach prawdziwie...

„Lustro i inne opowieści” Lucyna Mijas

„Przed wyrokiem” Wiesław Hop. Los i przeznaczenie rzucają nami w miejsca, w których jesteśmy najbardziej potrzebni...