"O czym Ty człowieku opowiadasz..." - odcinek 9 - Karolina Wiaczewska :)






Kochani!

Cieszę się, że mój cykl przypadł nie tylko autorom do gustu, ale również Wam – czytelnikom. Dziękuję za wszelkie dowody sympatii. Cieszę się, że czytacie, obserwujecie, wyrażacie swoje opinie, jeśli nie na szerszym forum, to w prywatnych wiadomościach. Dla takich chwil warto się poświęcać, bo widać ewidentnie, że mają sens i wartość dla mnie przeogromną.

Jeśli ktoś chciałby również wziąć udział, zapraszam do kontaktu. Projekt trwa i długo jeszcze potrwa. Zapraszam.

„Słowa stanowią oczywiście zbiory z jakich czerpie język, jako narzędzie wyrazu, ale on sam precyzowany i kierunkowany jest przez szereg dookreślających go zasad. W słowa zaś niejako wpisane są emocje.” - K. W.

Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki



Odcinek 9 poświęcony jest twórczyni wyjątkowo uzdolnionej. Autorce, której pozycje książkowe wyróżniają się filozofią słowa, mądrością życiową i wyjątkowością w obserwacji rzeczywistości. Każda z nich, to osobny organizm, w którym czytelnik zmuszony do głębszych refleksji zaczyna dostrzegać pewne zależności zachodzące w jego życiu. Każdy z Jej bohaterów ma do powiedzenia co innego i to samo chce przekazać nam. 

Karolina Wiaczewska

Śpiewaczka operowa. Swój głos szkoliła w Polsce i Szwajcarii. Pisarka powieści i opowiadań. Absolwentka Wydziału Filozofii. Interesuje się historią i fotografią. Prywatnie bardzo pozytywnie zakręcona na punkcie psów, sympatyczna, otwarta i uśmiechnięta.

Życzę Wam przyjemnej, inspirującej lektury! Moją uwagę przykuł ostatni punkt i filozoficzne obserwacje codzienności. 



Karolino, co rozumiesz pod pojęciem „kultura słowa”? 

Samo pojęcie kultury jest bardzo szerokie, przez co mieści w sobie wiele dopełniających się elementów. Dorobek cywilizacyjny to jedno, ale wynikające z niego możliwości, to cecha dodana. Pewne bowiem składowe kultury dają mniejszą lub większą możliwość ekspresji, inne zaś stanowią osiągnięcie ściśle materialne, magazynujące w sobie określone dobro, często mające odniesienie w konkretnym przedmiocie. Dodatkowo odróżniłabym kulturę języka od kultury słowa. To w mojej ocenie dwie różne kategorie. Słowa stanowią oczywiście zbiory z jakich czerpie język, jako narzędzie wyrazu, ale on sam precyzowany i kierunkowany jest przez szereg dookreślających go zasad. W słowa zaś niejako wpisane są emocje. Jeśli jednak za jedną z definicji kultury uznać gotowość człowieka do pozytywnego reagowania na niesłabnącą w nim potrzebę twórczą, to kulturę słowa traktować można jak naturalną predyspozycję do działania i wrażania siebie. 

Czym dla Ciebie jest – słowo? Czy masz jakieś swoje ulubione?

Słowo, w moim rozumieniu ma nie tylko wagę, ale charakteryzuje się także energią. Z jednej strony samo w sobie niesie określony sens, z drugiej zaś nadaje go ludzkim stanom ducha. Szczęśliwie człowiek może, nie zawsze potrafi, ale właśnie może ubrać swe uczucia, otaczającą go rzeczywistość, a wreszcie samego siebie w słowa. Ponieważ słowa dają lub odbierają człowiekowi moc staram się je w swoich wypowiedziach różnicować, może nawet hierarchizować. Uciekam zatem od powtórek, czy wręcz stosowania w sąsiadujących zdaniach takich samych określeń. Im bardziej kolorowy wachlarz, tym większa sposobność oddania bogactwa intencji, nawet tej symbolicznej w wymiarze.
Kiedy zastanawiam się nad wyborem ulubionego słowa/ulubionych słów, to uświadamiam sobie, że nie mam takich. Traktuję je raczej w kategoriach przydatności i funkcjonalności. W zależności od potrzeb pojawiają się takie, a nie inne. Uważam, że pisarz nie musi być absolutnym ekspertem w tematyce, jaką aktualnie podejmuje. Musi mieć wiedzę, świadomość kluczowych zagadnień, rozumieć niuanse, jakie się za nimi kryją, ale i tak ostatecznie dobór, pula słów decyduje o klimacie utworu. 

Zdj. nadesłane 
Jak Twoim zdaniem zmienia się język literacki? Czy ta zmiana zmierza w dobrym kierunku?

Szczęśliwie język polski nie ogranicza człowieka. Przeciwnie, daje mu wiele narzędzi przekazu i co istotne dozowania jego natężenia. Sądzę, że język literacki przejmuje liczne elementy z mowy potocznej, czy może szerzej - codziennej, a na tę należy patrzeć nie tylko przez pryzmat użyteczności, ale także szeregu uproszczeń. Nie lubię jednak generalizować. Ilu twórców literackich tyle spojrzeń na rolę i funkcjonalność języka. Jego kształt, jak osobnicze cechy jest kwestią indywidualną. Co do istnienia samej zmiany to zachodzenie jej jest procesem nieuniknionym. Oczywiście, że pewne elementy uwydatniają się częściej na przestrzeni dziejów ewolucji słowa, a inne całkowicie zanikają, ale przed ruchem tym nie sposób uciec. Tym samym ciężko jest jednoznacznie ocenić czy zmiana zmierza w dobrym kierunku. Sednem jest bowiem cel, jaki język zdoła osiągnąć. Ten proces wymaga czasu i najlepiej ocenia się go właśnie z tego dystansu. 

Co myślisz o wulgaryzmach, potoczności słownej stosowanej coraz częściej w książkach? 

Uproszczenia, szybkość przekazu nie usprawiedliwiają ani wulgarności, ani potoczności - pewnego rodzaju niechlujstwa wypowiedzi. Na te pierwsze zazwyczaj przychodzi i odchodzi moda. Bywa, że uchodzą za tożsame z zagadnieniem wolności. Moim zdaniem to mylny kierunek. Wulgaryzmy są grupą słów należących do języka, to fakt, ale nigdy nie powinny być promowane w zastępstwie. Język literacki rządzi się swoimi prawami i tę klasyczność warto jest cenić i zauważać. Sięgając po książkę określonego gatunku Czytelnik oczekuje zaspokojenia własnych potrzeb. Język więc musi sprostać wyzwaniom czasów, ale także być na swój sposób niezawodnym, nierozczarowującym. 

Czy o współczesną polszczyznę można być spokojnym?

Ów spokój zależy od nas. Od użytkowników słów. Od pisarzy, krytyków, czytelników. Nie ma wyjątków, ani usprawiedliwień. Myślę, że jak wszystko w otaczającej nas rzeczywistości, tak i język polski ma swoje wzloty i upadki. 
 
Ale mimo wszystko trwa, w jakiejś dynamice, która w dużej mierze zależy od ewolucji cywilizacji w ogóle. W murach Biblioteki Aleksandryjskiej w epoce hellenistycznej pierwsi mędrcy pochylali się nad analizą języka. Po dziś dzień ta profesja ma się dobrze i jest potrzebna. I myślę, że nigdy nie zabraknie jej pola do badań. Pytania więc, jakie zadajesz będą powracać, w nowych, aktualniejszych odsłonach, ale nie znikną, tak samo jak nie zniknie język, jako taki i trapiące go bolączki. Ja jednak dość optymistycznie patrzę w przyszłość. I optymizm ów ma jedno konkretne źródło - pamięć historyczną. Na przestrzeni dziejów polszczyzna zmagała się z przeróżnymi naleciałościami - makaronizmami, francuszczyzną, czy angielskimi zapożyczeniami. Arystotelesowski środek pojawi się sam. Język, jako ogromny, wieloskładowy twór przyjmie schematy, dostosuje je, zmieni, odrzuci. Po prostu żyjąc, paradoksalnie nieco poza świadomością człowieka, bez jego precyzyjnej ingerencji, skupi się na tym co dla niego dobre i wygodne. Nie zwalnia to ludzi z pracy nad osobistą wymową, ale język poradzi sobie sam i przeżyje niejednego, który próbuje zaburzyć jego tor.


A teraz spróbuj „naprędce” wymyślić krótką historyjkę, która zaintryguje czytelników - w myśl tytułu projektu. O czym ona będzie, czy to zmyślona, czy autentyczna, to zależy od Ciebie. Powodzenia!


Odpowiadam na Twoje pytania jadąc pociągiem. W związku z tym pozwolę sobie zaczerpnąć z otaczającej mnie rzeczywistości garść informacji, które myślę dość celnie zdołają rozwinąć postawioną przez Ciebie tezę. 

Peron, pełen oczekujących na wjazd pociągu ludzi jest tak właściwie miejscem niezwykłym. Obserwacja ich uczy i daje natchnienie. Początkowo widać jedynie znużonych, trochę może niecierpliwych, skupionych głównie na telefonach komórkowych osobników, którzy tworzą zamknięte światy. Ta izolacja jednak wygasa całkowicie wraz z piskiem hamulców potężnej maszyny z impetem mknącej ku semaforowi. I tu zaczyna się moja historia, tak właściwie drobny wywód filozoficzny, oparty na próbie dokonania pobieżnej analizy psychologicznej. Poniosę jednak porażkę. Jestem tego zupełnie świadoma już na wstępie. Od dobrych dwudziestu lat jeżdżę przeróżnymi pociągami i za każdym razem zastanawiam się nad tym samym. Tym razem także moje pytania pozostają bez odpowiedzi. Może Czytelnik tegoż tekstu zdoła zaspokoić moją ciekawość, pobudzony do refleksji, także nad samym sobą? 

Dlaczego mimo, iż każdy pasażer ma nie tylko bilet, ale i przypisaną sobie miejscówkę, biegnie wzdłuż pociągu, jeszcze w pędzie chwyta za poręcz, niemalże wyrywa klamkę, sfrustrowany i wylękniony o swój los?
Kolejno narastający stres daje o sobie znać, z każdą chwilą bardziej. Płacz dzieci sygnalizujący, że napięcia nie da się już powstrzymać, staje się nie do zniesienia. Strach w oczach niewielkiego pieska, który widzi niezliczoną ilość nóg jest szalenie wymowny. Te nogi należą do tych, którzy mając pewność, że wsiądą, usiądą i pojadą do docelowego miejsca, rozpychają się łokciami, nawołują, krzyczą na siebie nawzajem. Pot, łzy, powykrzywiane z bólu twarze. Ogromne walizki, to znów jedynie drobny, podręczny bagaż przerzucany nad głowami innych ludzi - wszystko to składa się na obraz akcji rodem z katastroficznego filmu.


Ja zaś. Nie szukam okazji do ewakuacji. Nie poluję na nią. Czekam cierpliwie, aż tumany kurzu opadną. Stoję nieco z boku. Obserwuję ludzkie zachowania, bo czymś twórczym warto jest zająć te kilka sekund. Następnie, jak gdyby nigdy nic wchodzę do wagonu. Jako jedna z ostatnich zajmuję przynależne sobie miejsce. Ono tam przecież na mnie czeka. Towarzyszy mi przy tym, jak zawsze ta sama refleksja. Mianowicie, czy wyzwaniem nie jest już tylko próba odpowiedzi na pytanie "o czym mógłby opowiedzieć każdy, podróżujący wraz ze mną człowiek", ale także rozwikłanie zagadki, jak wielkim wyzwaniem dla niego samego jest wędrówka przez codzienność. W tym przypadku tę kolejową ;)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

[Przedpremierowo] „Wierszyki dla dzieci” Jakub Narloch

„Lustro i inne opowieści” Lucyna Mijas

„Przed wyrokiem” Wiesław Hop. Los i przeznaczenie rzucają nami w miejsca, w których jesteśmy najbardziej potrzebni...