"O czym Ty człowieku opowiadasz..." - odcinek 10 - Agnieszka Lis :)








Kochani!

Cykl „O czym Ty człowieku opowiadasz...” rozkręcił się na dobre. Dziękuję wszystkim dotychczasowym uczestnikom, a tym, którzy mają jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, zapraszam do kontaktu. O co w tym wszystkim chodzi?

O zwrócenie uwagi na współczesny język literacki, który nie oszukujmy się ewoluuje wraz z nami, bo ile ludzi, tyle naszych spostrzeżeń, światopoglądów. I nie ma się czemu dziwić, bo gdybyśmy wszyscy myśleli tak samo, byłoby po prostu nudno.

Dzisiejszy odcinek poświęciłam pisarce znanej, lubianej, do której twórczości mam ogromny szacunek i wyraźny sentyment.
Zdj. z prywatnego albumu autorki


Agnieszka Lis to autorka poczytnych powieści obyczajowych, po które sięga coraz szersza grupa odbiorców. Zachwyca świetnie wykreowanymi sylwetkami bohaterów, autentycznymi problemami, jakie porusza w swych książkach, ale również konkretnym, wyrazistym językiem. Jej opowieści zostają w głowie na długo, nie pozwalają szybko o sobie zapomnieć i poruszają często ważne aspekty ludzkich wyborów, trudnych życiowych decyzji, rodzinnych dramatów, relacji międzyludzkich, posługując się różną perspektywą narracyjną. Z wykształcenia pianistka i dziennikarka. Kobieta kreatywna, dostrzegająca walory zwykłej prozy życia.

Zapraszam na stronę autorki: http://www.agnieszkalis.pl/ i jak zawsze, życzę Wam inspirującej lektury.


Pani Agnieszko, co rozumie Pani pod pojęciem „kultura słowa”?

Dla mnie „kulturalny” – znaczy adekwatny. Właściwy do sytuacji. Może być trochę démodé, o krok za modą. Elegancki.
Kultura słowa oznacza dla mnie zatem, a może również, że odnosimy się do kogoś z szacunkiem. Do jego poglądów, nawet jeśli są różne od naszych. Do odczuć.
Stąd też nie uznaję hejtu i wszelkich zwrotów, które sugerują poniżanie innych.
Przy czym w literaturze język nie zawsze musi być elegancki. Nie zawsze nawet powinien. Musi odpowiadać treści, zlewać się z bohaterami, oddawać dobrze okoliczności – a piszemy przecież nie zawsze o sprawach miłych i przyjemnych, tych „eleganckich”. W znaczeniu literackim więc ową kulturę potraktowałabym znacznie szerzej – kultura słowa w znaczeniu literackim to będzie taki sposób prowadzenia opowieści, aby użyte słowa najlepiej oddawały zamysł autora. Nieważne, w jakim gatunku literackim się poruszamy, poezja, proza, esej, felieton, kryminał, obyczaj, literatura artystyczna, romans… Dopuszczalne jest wszystko, co służy (świadomie) artystycznemu zamierzeniu. 

Czym dla Pani jest – słowo? Czy ma Pani jakieś swoje ulubione?


Mam okresowo. Kiedyś lubiłam słowo „zasadniczo”.
Potem miałam nawyk zbyt częstego używania słowa „generalnie”.
Lubię słowa, stare, archaizujące, mam wrażenie odkrywania ich czasem na nowo.
A tak generalnie (a wydawało mi się, że już tego słowa nie nadużywam?) to po prostu lubię słowo, jako takie. Zabawę nim, granie konotacją. 


Jak Pani zdaniem zmienia się język literacki? Czy ta zmiana zmierza w dobrym kierunku?


Język się w ogóle zmienia - i uważam, że to dobrze. Inaczej do dziś mówilibyśmy „Day, ut ia pobrusa, a ti poziwai”.
Generalnie (to chyba apropos tego nienadużywania?) świat przyspieszył, żadne to odkrycie, i oczywiste jest, że język włączył kolejny bieg razem z całym otoczeniem. Zmienia się tak szybko, że trudno za nim czasem nadążyć. Słowa i zwroty, szczególnie w języku młodzieżowym, starzeją się zanim „Janusze” zdołają je przyswoić. „Stary mem” to określenie wręcz obraźliwe u młodzieży, więc i teksty pisane młodzieżowym językiem błyskawicznie się starzeją.
Co fascynujące, do niedawna większość przetwarzanych przez młodzieżowy slang słów była pochodzenia anglosaskiego. Dzisiaj to częściej przerobione, skrócone, inaczej odmienione słowa polskie.
Odnoszę się przede wszystkim do języka młodzieży, bo to stamtąd najwięcej zmian w naszym języku pochodzi. I myślę, że nie ma co gdybać, czy ta zmiana idzie w dobrym, czy złym kierunku. Język się zmienia, i już. I dobrze.
Nie akceptuję natomiast niechlujstwa, często słyszalnego w języku publicznym. Na przykład u polityków. Czwarty luty, półtorej roku… Smutne.
Jednak nie martwię o zmiany. Młodzież jest mądra, otwarta, poszukująca – czasami w sposób trudno zrozumiały dla starszych pokoleń, za to twórczy. „Dzieciaki”, młodzież, podrostki są w większości obywatelami świata, pozbawionymi barier, które nigdy nie przestały ograniczać starszych pokoleń. Nie wątpię, że język będzie się rozwijał dalej, i powtórzę – moim zdaniem to dobrze.
Jeśli się o coś martwię – to o polską kulturę w ogóle. Ale to jest zupełnie inny temat. 

Co myśli Pani o wulgaryzmach, potoczności słownej stosowanej coraz częściej w książkach?

Uważam, że są potrzebne – kiedy są potrzebne. Wulgaryzmy wymagają taktu od autora i dużego wyczucia stylu – są, podobnie jak teksty erotyczne – delikatną materią. Niektórzy Czytelnicy na samo hasło „wulgaryzm” włączają, delikatnie mówiąc, niechęć. I chociaż piszemy dla Czytelników (a uważam, że każdy wydający autor, jeśli mówi inaczej ośmiesza się - jeśli nie pisze dla Czytelnika, a jeno dla siebie – niech trzyma swe dzieła w szufladzie) to jednak jestem zdania, że wulgaryzmy są potrzebne. Szczególne zastosowanie widzę dla nich w dialogach postaci, których język jest na wulgaryzmach oparty. 
Czy chłopak z tak zwanego „marginesu” (bez zagłębiania się teraz w definiowanie takiegoż środowiska), który na co dzień porozumiewa się ze swoimi kumplami słowami: k…, ch… wpie… powie do spotkanego na ulicy faceta: Szanowny panie, bardzo przepraszam, czy zechciałby pan uprzejmie zrobić fotografię mojej narzeczonej i mnie? 
On zapewne powie: E, kolo, cykniesz nam fotę na snapa?
Tutaj akurat wulgaryzmu nie ma, ale łatwo (chyba, jak sadzę) wyobrazić sobie sytuacje owego wulgaryzmu wymagającą. A jak sytuacja i bohater tego potrzebują – trzeba użyć. I już. 

Czy o współczesną polszczyznę można być spokojnym?


A dlaczegoż nie?
Niespokojni są ci, którzy jej nie śledzą. Język ulicy ewoluuje szybciej niż język literacki, i znacznie prędzej, niż zmiany wprowadza Rada Języka Polskiego. Obydwa się jednak zmieniają, na szczęście. Zmiana jest motorem rozwoju – to taki banał, którym wycierają się korporacje, ale jest w nim sporo prawdy.
Chyba dobrze, że do oficjalnego języka zmiany wprowadzane są znacznie wolniej – mowa tak zwanej „ulicy” zmienia się bardzo szybko, nie warto na niektórych słowach i sformułowaniach zatrzymywać się na dłużej. Zostają tylko te, które przetrwają upływ czasu, niech będzie zaledwie kilku lat, ale jednak. 

Zdj. Z prywatnego albumu autorki



A teraz proszę „naprędce” wymyślić krótką historyjkę, która zaintryguje czytelników - w myśl tytułu projektu. O czym ona będzie, czy to zmyślona, czy autentyczna, to zależy od Pani.

Powodzenia!


A to jest podłe zadanie!

Naprędce? 

Kto pisarzowi każe pisać naprędce!


Szli ulicą ramię w ramię. Od razu widać – para. Wiele lat ze sobą, bo szli oddzielnie, obok siebie. Zamyśleni, od czasu do czasu trącali się ręką, nie zwracając na to uwagi. 

Chciałbym zdążyć na mecz – myślał facet. – Jeśli nie będziemy się nigdzie zatrzymywać, poza Biedrą, to jest szansa. A tam tylko chleb i ser. Reszta jutro.

Chciałbym kiedyś się nie śpieszyć. Usiąść, pod ręką trzy piwa, telefon wyciszony. Cisza w domu, nikogo wokół. Albo jak kiedyś, w pubie. Tłum, wszyscy wpatrzeni w ekran, wiwaty albo jęki. Wspólnota. Swoboda. Jeden cel – radość z widowiska. Wygrana, przegrana – ważne. Poklepywanie po ramieniu ważniejsze. Wolność.

Kiedy ja ostatnio byłem w pubie? Zanim dzieci, na pewno, nie było dzieci. Nikt nie miał dzieci, a i kobiety były bardziej… ja wiem… fajne chyba. Kiedyś były fajniejsze.

Chciałabym tak po prostu, dostać kiedyś nową kieckę. Bo tak. Bo mnie kocha i kupi. Nie na drugie wesele kumpla, tylko tak, i z butami od razu.

Tylko on w ogóle tego nie zauważa. Moich potrzeb. Trzeba mu pomóc. Będziemy przechodzić pod Zarą, zatrzymam się, wejdę potem. Może coś powiem? Co mam powiedzieć? Ładna sukienka? Nie zrozumie chyba…

Nie wiem… Może – spójrz, w tym to bym wyglądała! Albo jeszcze lepiej, żeby bielizna gdzieś była. Bieliznę to zauważy. Czerwoną koronkę może?

Wolność, tak. Tego mi brak – spojrzał z ukosa na idącą obok kobietę.

W tym momencie przystanęła, łapiąc go za rękę. 

- Zobacz, jaka sukienka!

Wolność – pomyślał jeszcze raz.

- I pod spodem mogą być czerwone koronki!

Spojrzał na nią za zmarszczonym czołem.

- Kobieto, o czym ty do mnie rozmawiasz?

Komentarze