„O czym Ty człowieku opowiadasz...” - odcinek 14 – Małgorzata Kasprzyk :)









Kochani!

Projekt „O czym Ty człowieku opowiadasz...” zbiera same pozytywne recenzje, które przyjmuję z wielką radością i nadzieją, że jego aspekt ma jednak ogromny sens. Cieszę się, że mogę w ten sposób zwrócić uwagę każdego z Was, czytającego, na temat zdawałoby się banalny, prozaiczny, mało istotny – formy języka i sytuacji współczesnej polszczyzny. 

Kto ma ochotę wziąć w nim udział, zapraszam do kontaktu! 


Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki


Dzisiejszy odcinek poświęciłam autorce, która w styczniu debiutowała swoją pierwszą powieścią „Rodzinne rewolucje”, której mam przyjemność patronować medialnie. W powieści zaskakuje pomysłowością i sprawami życiowymi, pod którymi mieszają się różne uczucia, emocje i znakomite kreacje bohaterów, które nie są tylko mdłymi postaciami, ale zapadają nam w pamięć. Małgosię znam tylko wirtualnie. Jest otwarta, pogodnie nastawiona do świata. Mam nadzieję, że uraczy nas jeszcze kolejnymi książkami. 

Tymczasem, życzę Wam przyjemnej i inspirującej lektury. 


Witaj Małgosiu. Co rozumiesz pod pojęciem „kultura słowa”? 


Umiejętność dostosowania się zarówno do sytuacji jak i relacji międzyludzkich. Ta pierwsza jest trudniejsza i niejednokrotnie wymaga od nas wczucia się w przeżycia drugiego człowieka. Z pozoru niewinne słowa „jestem taka szczęśliwa” mogą być bardzo bolesne dla kogoś, kto cierpi lub przeżywa żałobę. Natomiast ta druga jest łatwiejsza i zakłada, że inaczej dobieramy słownictwo w rozmowie z kumplami, a inaczej ze swoim szefem. Chyba że szef też jest jednym z kumpli… 


Czym dla Ciebie jest – słowo? Czy masz jakieś swoje ulubione? 


Sposobem na wszystko – słowem można wyrazić najsubtelniejsze uczucia, ale można też pognębić wroga. Niestety nie mam jednego ulubionego słowa. Może dlatego, że cenię różnorodność? 


Jak Twoim zdaniem zmienia się język literacki? Czy ta zmiana zmierza w dobrym kierunku? 


Język literacki staje się coraz bardziej niedbały i na pewno nie jest to zmiana zmierzająca w dobrym kierunku. Nie twierdzę, że w literaturze popularnej autor musi się wznosić na wyżyny erudycji, bo na pewno nie spotkałoby się to z entuzjazmem czytelników. Po prostu uważam, że przesada w żadną stronę nie jest dobra i dlatego powinno się chociaż trochę dbać o swój styl. 




Co myślisz o wulgaryzmach, potoczności słownej stosowanej coraz częściej w książkach? 


Nie mam nic przeciwko nim, jeżeli służą jakiemuś konkretnemu celowi. Na przykład przy opisie pijackiej awantury wręcz trzeba ich użyć, bo i tak czytelnik nie uwierzy, że bohaterowie posługiwali się wówczas wysublimowanym słownictwem. Natomiast bardzo nie lubię gdy występują w tekście bez potrzeby. 

Czy o współczesną polszczyznę można być spokojnym? 


Raczej tak. Język się zmienia i to jest naturalny proces, którego nie da się zatrzymać. Nastąpił jednak odwrót od trendu dominującego w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to w Polsce królowały nazwy obcojęzyczne. Wtedy językoznawcy się martwili, że polszczyzna ginie, a dziś znowu modne są „Gospody pod kogutem” i „Piekarenki za rogiem”. Krótko mówiąc, nie jest źle! 


A teraz spróbuj „naprędce” wymyślić krótką historyjkę, która zaintryguje czytelników - w myśl tytułu projektu. O czym ona będzie, czy to zmyślona, czy autentyczna, to zależy od Ciebie. 

Powodzenia! 

Proponuję opowiadanie "LIST DO ADWOKATA" 

Szanowny Panie Mecenasie,

W związku z otrzymanym od Pana pismem z dnia 28 października b.r. chciałbym złożyć wyjaśnienia, które pomogą Panu zrozumieć moją sytuację oraz przyczyny, jakie skłoniły mnie do wejścia w kolizję z prawem.

Rzeczywiście przez cały wrzesień śledziłem Elżbietę Janicką i robiłem jej zdjęcia moim telefonem komórkowym. Nie mogę się jednak zgodzić z Pańskim twierdzeniem, że dopuściłem się „uporczywego nękania powódki, wzbudzając w niej uzasadnione poczucie zagrożenia i naruszając jej prywatność, co nosi wszelkie znamiona stalkingu i stanowi czyn karalny w myśl artykułu 190 a k.k.” W każdym razie nigdy nie miałem takiego zamiaru.

Cała historia zaczęła się w końcu sierpnia, kiedy mój szef poinformował mnie oraz innych pracowników firmy Dromex, w której jestem zatrudniony, że w związku z przestojem produkcyjnym zostaliśmy we wrześniu skierowani na przymusowy bezpłatny urlop. Przestój spowodowany był nieodebraniem towaru przez jednego z naszych klientów, który zbankrutował. W rezultacie anulował też dalsze zamówienia, co spowodowało konieczność ograniczenia produkcji do czasu pozyskania nowych zainteresowanych.

Dla mnie oznaczało to poważne kłopoty finansowe. Niestety nie posiadam żadnych oszczędności na czarną godzinę, co wynika z faktu, że moje zarobki ledwie wystarczają na skromne życie od pierwszego do pierwszego. Po rozmowie z szefem byłem kompletnie załamany, więc poszedłem do pubu mojego kolegi z podstawówki, Jarosława Kowalczyka, który mi czasami stawia piwo na koszt firmy. Bardzo się ucieszył, kiedy mnie zobaczył i przysiadł się, żeby pogadać. Opowiedziałem mu, co się stało, a on zapytał, czy chciałbym we wrześniu zarobić tysiąc złotych. Pomyślałem, że pewnie potrzebuje kogoś do pomocy w pubie i doszedłem do wniosku, że dzięki temu zdołam jakoś przetrwać ten ciężki okres. 

Niestety Jarosław Kowalczyk wytłumaczył mi, że moje zajęcie ma polegać na śledzeniu przez miesiąc jego narzeczonej, Elżbiety Janickiej, która prawdopodobnie go zdradza. W każdym razie on tak podejrzewa, ale nie ma dowodów. Koniecznie zależy mu na tym, żeby je zdobyć, bo nie pozwoli robić z siebie idioty i narażać się na pośmiewisko w oczach rodziny i znajomych. Nie za bardzo mi się podobała ta robota, ale on powiedział, że oddam mu przysługę w imię starej przyjaźni, jeśli się zgodzę. Dał mi też pięćset złotych zaliczki i obiecał drugie pięćset po wykonaniu zadania. Dodał jeszcze, że to całkiem niezłe pieniądze za parę godzin pracy po południu, tym bardziej że w te dni, kiedy sam się z nią spotyka, będę miał wolne. Wtedy ostatecznie się zdecydowałem.

Tak jak wspomniałem na początku mojego listu, śledziłem Elżbietę Janicką przez cały miesiąc i nie udało mi się w tym czasie przyłapać jej na spotkaniu z żadnym mężczyzną aż do 26 września, kiedy na przystanku autobusowym podszedł do niej wysoki blondyn i zaczął z nią rozmawiać. Potem rzucił się na mnie z pięściami, krzycząc, żebym nie ważył się więcej prześladować jego siostry. W wyniku tej napaści doznałem obrażeń cielesnych, na co mam świadków oraz wyniki obdukcji, które przesyłam w załączeniu. 

Zapewniam Pana, że aż do tego pechowego dnia nie zdawałem sobie sprawy, że Elżbieta Janicka mnie zauważyła i poczuła się zagrożona. Gdybym o tym wiedział, zrezygnowałbym z tego zajęcia i machnął ręką na te pięćset złotych, które miałem dostać na koniec miesiąca. Nigdy w życiu nie skrzywdziłem żadnej kobiety i jej też nie miałem zamiaru straszyć ani napastować. Chciałbym za Pana pośrednictwem przekazać jej moje przeprosiny.

Niestety nie jestem w stanie udowodnić tego, co napisałem, ponieważ Jarosław Kowalczyk wszystkiego się wyparł i jeszcze powiedział, że nasza umowa była tylko „na gębę”, więc nic na niego nie mam. On nie będzie zeznawał w sądzie i nie obchodzi go, jaki dostanę wyrok. Sam jestem sobie winien, bo okazałem się ofermą i dałem się przyłapać.

Chciałbym w związku z tym zaproponować Panu polubowne załatwienie tej sprawy. Jeżeli Elżbieta Janicka zgodzi się wycofać pozew przeciwko mnie, ja nie wniosę oskarżenia przeciwko jej bratu o pobicie. Nie czuję do niego żalu, a nawet go rozumiem. Gdyby ktoś prześladował moją siostrę, też bym go odpowiednio potraktował. Oczekuję jednak w zamian zrozumienia mojej sytuacji. Jeśli zostanę skazany, nawet w zawieszeniu, stracę pracę i na pewno nie dostanę nowej.

Na zakończenie chcę podkreślić, że sam czuję się bardziej ofiarą niż przestępcą. Do mojego upadku moralnego przyczynił się przede wszystkim obecny kryzys gospodarczy, który powoduje, że firmy bankrutują, a uczciwi ludzie, którzy chcą pracować, są zwalniani albo wysyłani na przymusowe urlopy i nie mają z czego żyć. W rezultacie ulegają wpływom takich cwaniaczków jak Jarosław Kowalczyk, którzy wykorzystują ich sytuację, proponując im różne szemrane zajęcia. 

Muszę przyznać, że do niego mam szczególny żal, gdyż uważałem go wcześniej za dobrego kumpla, a on zostawił mnie na lodzie, kiedy pojawiły się kłopoty. Okazał się nie tylko fałszywym przyjacielem, ale też zazdrośnikiem i skąpiradłem. Jestem przekonany, że zatrudnił mnie, żeby zaoszczędzić na usługach profesjonalnego detektywa. W dodatku do chwili obecnej nie wypłacił mi tych pięciuset złotych, które obiecywał na koniec miesiąca. Mam nadzieję, że Elżbieta Janicka w końcu go rzuci i znajdzie sobie lepszego faceta.

Czekam z niecierpliwością na informację od Pana co do jej decyzji. Jednocześnie przepraszam, że sam udzielam wyjaśnień, ale jak się Pan zapewne domyśla, nie stać mnie na wynajęcie własnego adwokata. 

Łączę wyrazy szacunku,

Krzysztof Dereń







Komentarze

Popularne posty z tego bloga

„Piłeczki w palcach żonglerów. Opowieść oparta na faktach z życia pracowników korporacji farmaceutycznych” Artur Zygmuntowicz. O korporacjach prawdziwie...

[Przedpremierowo] „Wierszyki dla dzieci” Jakub Narloch

„Lustro i inne opowieści” Lucyna Mijas