"Owszem bardzo żyję chwilą, uwielbiam zatopić się w teraźniejszości i sączyć jak nektar kolor drzew, śpiew ptaków czy dotyk mojego psa i kota, które jakoś razem potrafią ułożyć się na moich kolanach." Wywiad z Dorotą Kościukiewicz - Markowską :)







O tym, że Dorota ma dzisiaj urodziny, wie mało kto. Wspólnie postanowiłyśmy, że wywiad ten opublikuję dzisiaj. Niech to będzie zwieńczenie naszej dotychczasowej współpracy. Całkiem niedawno przecież miała miejsce premiera najnowszej pozycji Doroty "Nie chwycisz wiatru w garść", której z przyjemnością patronuję medialnie, a kilka dni temu magazyn "Szczęście podaj dalej" - magazynu, któremu Dorota szefuje, i który już u mnie na półeczce, podczytuję w wolnej chwili. Cieszę się, że miałam okazję poznać autorkę bardzo niesztampowych pozycji.

Prywatnie Dorota jest otwarta, zawsze uśmiechnięta i pozytywnie nastawiona do ludzi, rzeczywistości. Z optymizmem patrzy w przyszłość i motywuje do zmian w życiu, do wsłuchania się w samego siebie, we własne potrzeby, w swój organizm, który jasno przekazuje nam pewne sygnały.

Wspaniały, inspirujący wywiad, którego udzieliła mi Dorota, niech będzie inspiracją dla Was do tego, żeby nie tylko sięgnąć po Jej książki.

Życzę Wam wspaniałej lektury!


Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki





Doroto, dziękuję za poświęcony czas i chęci.

Uwielbiasz podróże, szczególnie te w głąb człowieka, by poznawać jego filozofię i wciąż odkrywać na nowo. Co wówczas widzisz?


Tak, zgadza się - uwielbiam zgłębiać tę naszą ludzką naturę. Kiedyś podróżowałam często na ten prawdziwy, przysłowiowy drugi koniec świata - chyba podświadomie poszukując zaginionej po drodze życia części siebie samej. Mieszkałam siedem lat w Meksyku, a potem musiałam zobaczyć co jest na tych odległych krańcach świata, na przykład na samym południu Argentyny czy w Nowej Zelandii. I wiesz co? - zauważyłam, że gdzie bym się nie znalazła, to zabieram tam siebie, taką jaką jestem akurat w danym momencie. Jak jest mi dobrze, to jest mi dobrze. Jak jest mi źle, to jest mi źle. Bez względu na miejsce i pogodę. Odczarowywałam się w trakcie tych moich podróży z iluzji, że istnieje jakieś magiczne, piękne miejsce, które samo z siebie stwarza, że ludzie są w nim szczęśliwi. Pamiętam pewien ekskluzywny dom w Acapulco, na Południu Meksyku, w którym miałam przyjemność przebywać kilka dni. Na zewnątrz było cudownie. Ciepło, słonecznie, bezpiecznie. A wewnątrz mnie siedziała rozpacz. Byłam też na różnych rajskich wyspach na przykład w Tajlandii. Musiałam zobaczyć czy coś takiego jak „rajska wyspa” istnieje. Konkluzja była dla mnie nie tylko zdumiewająca, ale i odkrywcza. NIE MA rajskiej wyspy. To tylko pewna koncepcja, pewne oczekiwanie na tę upragnioną pełnię i spokój, którą zapewnić nam ma błękitne niebo i równie błękitny ocean. Z naszej perspektywy - ludzi chłodnego klimatu i pochmurnego nieba wydaje się, że słońce daje szczęście. A to nie jest takie proste. Szczęście to pojęcie dużo bardziej złożone i jeśli już z czymś się ono łączy, to z życzliwością międzyludzką, dobrymi relacjami z innymi ludźmi i właśnie ze stanem naszego umysłu. Stąd moimi największymi i najgłębszymi zarazem wyprawami są wyprawy w głąb mnie samej.
Co widzę? Często sprzeczności, paradoksy. To, co jest wewnątrz, przypomina matrioszkę. Jeśli już myślisz, że chwyciłeś to „Coś” co jest Tobą, to ucieka Ci „To” z rąk. Czy jest jakiś fundament mnie? Jakaś podstawa, pewien solidny i trwały segment? Nie wiem. To, co mogę zauważyć to zmiana. Nietrwałość zjawisk, przekonań, poglądów. Dla mnie najważniejszym zagadnieniem - zgłębiając tę naszą ludzką naturę jest odpowiedź na pytanie: czy „ja” mam na coś wpływ? Czy jestem tylko pewnym złożonym, ale jednak powtarzającym się ciągiem uwarunkowań i schematów? Czy mogę jako istota ludzka wyjść poza schemat? I nie mam na myśli jakiś górnolotnych rzeczy, a proste, codzienne sprawy. Na przykład czy mogę zmienić własną irytację? Najpierw muszę oczywiście ją zauważyć, ale jeśli ją zauważę, to czy mogę od środka zadecydować świadomie, że mogę inaczej zachować się? Czy muszę płynąć z prądem uwarunkowania? To są dla mnie niezwykle ciekawe sprawy, które łączą się z psychokardiologią, neurobiologią, neuropsychologią czy neurplastycznością, czyli nowymi dziedzinami wiedzy, o których jeszcze kilka dekad temu nie mieliśmy pojęcia. To jest dla mnie prawdziwa fascynacja. Prawdziwą pasją jest natomiast odkrywanie i badanie mechanizmów umysł/mózg/serce z przyjaciółmi, specjalistami w różnych dziedzinach, na przykład z zakresu kardiologii. Konkluzje są niewiarygodne. Mamy więcej wpływu na siebie samych niż nam się wydaje.

Filozofia życia jest bliska Twojemu sercu. Która i na czym polega?

Ja nie wiem nawet, czy filozofia… Filozofia jest obok życia, niejako je opisuje. A mnie na co dzień interesuje życie samo w sobie, nie jego opis. Badam wnikliwie życie, jego zależności. Obserwuję żywotność na przykład pierwszych przebiśniegów i tego, że pomimo ogromnych mrozów, i opinii innych na temat, że „biedne przebiśniegi” za szybko wyszły z ziemi i nie przeżyją – one dalej żyją. Badam fakt, nie moje wyobrażenie. Fakt jest często czymś skrajnie innym niż opinia czy osąd danej sytuacji czy osoby. W tym postrzeganiu świata bardzo rezonuję z filozofem Jiddu Krishnamurtim, który stawia na prostą, życiową uważność i właśnie przytomne odróżnienie faktu od jedynie wyobrażenia. Medytacja według niego nie polega na siedzeniu i odcięciu od bodźców, ale na życiu samym w sobie. Ze wszystkimi zadaniami i obowiązkami. Notabene – dlaczego tak od życia chcemy uciec?... Co z nim jest nie tak? Co ze światem jest nie tak? A może to tylko z naszą własną percepcją jest coś nie tak?
Krishnamurti bardzo dużo pisze o uwolnieniu się od wszelkich autorytetów, doktryn. To one właśnie, nieważne czy polityczne, czy religijne - stwarzają różnice pomiędzy ludźmi i stąd bierze się wieczny konflikt. „Mój kraj jest lepszy niż Twój. Mój Bóg jest ważniejszy niż Twój.” Nawet jeśli współczucie, rozwój, duchowość czy co tam chcemy wstawić jest traktowane jako coś lepszego niż kogoś innego, to tworzy to podział, który drogą bezpośrednią prowadzi do konfliktu.
W konsekwencji mamy człowieka nieszczęśliwego i do samego sedna istnienia oddzielonego od wszystkiego, co go otacza. Oddzielonego od innych ludzi, od środowiska. A taki człowiek, skazany na wewnętrzną samotność, żyje w rozpaczy przeszywającej go do szpiku kości. Świadomej lub nie. Istotne jest więc po pierwsze – zauważenie naszej ludzkiej kondycji, bez „makijażu” i bez pięknych masek. Kolejnym zaś krokiem jest stawienie czoła temu, co napotkamy w środku – bez potępiania i bez usprawiedliwiania, za to z umysłem stabilnym i uważnym. Z umysłem ciekawym i pytającym, badającym - czy mogę, zauważając własne negatywne zachowanie, coś zmienić? To nie jest założenie, to nie teza. Nie ma w tym pychy. To jest jedynie pytanie, ale - już samo moje wnikliwe sprawdzanie faktu, zmienia moje zachowanie, moduluje je niejako od środka przez sam fakt auto-obserwacji.


Jesteś autorką dwóch książek utrzymanych w filozoficznym klimacie mądrości życiowej: „Bez wysiłku” i „Nie chwycisz wiatru w garść”. Która jest Ci szczególnie bliska?

Obie. Każda opisuje inny stan mojej percepcji świata. Na pewno „Nie chwycisz wiatru w garść” jest książką dużo bardziej dojrzałą. A to dzięki temu, że ja sama dojrzałam. Zauważyłam niektóre tematy z innej perspektywy. Perspektywy, którą chciałam przekazać w książce, szczególnie dzięki stworzeniu postaci „szalonego cukiernika” czy Luisy, starszej kobiety, która swoje poszukiwania ma już za sobą.


 „Bez wysiłku” jest z kolei książką bardziej osobistą, bo opisuje moje prawdziwe doświadczenia z pobytu w Meksyku. Aczkolwiek, wnikliwy czytelnik, szczególnie ktoś, kto mnie zna, może zauważyć, że tak, jak książka „Bez wysiłku” opowiada o prawdziwych przeżyciach zewnętrznych, tak „Nie chwycisz wiatru w garść”, opowiada o prawdziwych przeżyciach wewnętrznych. Nie piszę niczego, czego sama bym nie przeżyła. W tym sensie moje książki są autentyczne. Chcesz mnie poznać? Sięgnij po moje książki. I co się stanie, jeśli je przeczytasz? Paradoksalnie poznasz bardziej siebie, bo dotykam spraw bardzo uniwersalnych, które dotyczyć mogą każdego. Piszę za to do ludzi, nie do siebie samej. Zależy mi na tym, by to, że to jest moje doświadczenie służyło jedynie do tego, by czytelnik, mógł ewentualnie z nim „zarezonować”. A jeśli to się stanie - by mógł odkryć w sobie, że posiada podobne treści, nurtujące tematy. A jeśli posiada podobne treści, to jesteśmy do siebie podobni, w sumie to się nie różnimy. A jeśli się nie różnimy, to wszyscy możemy zacząć zmieniać ten świat na lepszy. 


Czy jest jakiś temat, którego nie podejmiesz w przyszłości w książce?

Nie wiem, nie zastanawiałam się nad tym. Nie mam takich założeń na przyszłość. W ogóle nie wiem, kiedy sięgnę znów do pisania. Ja piszę wtedy, kiedy mam coś konkretnego do powiedzenia, przekazania. Teraz akurat nie mam za dużo. U mnie to jest pewien proces. Bardzo organiczny. Idea czegoś wzrasta, dojrzewa – jak jabłko na drzewie. A gdy takie „jabłko” spadnie, dojrzałe i słodkie – ja nie ma innego wyjścia niż pisać. Wtedy książka poniekąd sama się „rodzi”, ja jestem pewnym powiedziałabym „kronikarzem”. Lubię też ciszę. Kiedy myśli spowalniają. Kiedy nie muszę mieć rozwiązań, słów. Jak zima, która jest cicha i zamrożona. Co nie znaczy, że martwa. Wiosną wszystko budzi się. Samo. W pewnym naturalnym rytmie. Ja też żyję w podobnym rytmie, poddaję się i płynę. Czasami przystaję, czekam. Ale wracając do tematu pytania – nie sądzę by był jakiś temat, o którym bym powiedziała, że nigdy o nim nie napiszę. Życie jako całość jest fascynujące. Posiada tak wiele aspektów. Wszystko zależy tylko od naszej perspektywy spojrzenia. Sensu nikt nam nie daje odgórnie, ono przychodzi z naszego wnętrza, ale dotyka świata zewnętrznego. To, że dziś jakiś temat jest dla mnie pozbawiony sensu, lub nie daję mu odpowiedniej rangi czy ważności, nie znaczy, że jutro nie stanie się on dla mnie najbardziej nurtującym zagadnieniem. Tego nauczyłam się w ciągu życia - nie wierzyć aktualnym wewnętrznym tendencjom. Bo ulegają one ciągłym zmianom. Jak wszystko co nas otacza.



Podkreślasz, jak ważny w Twoim życiu jest Szczecin. Co takiego urzekającego jest w tym mieście?

Och, po tylu podróżach kocham moje miasto. Ale nie dlatego, że jest ono wyjątkowe, a dlatego, że tutaj są moi rodzice, moja rodzina, moi przyjaciele. Życie jest w sumie dla mnie bardzo proste – ja kocham placki ziemniaczane czy „paszteciki” mojej mamy, i póki ona może mi je zrobić, a ja mogę je ze smakiem jeść, to je jem.
Oczywiście w tym stwierdzeniu ukryta jest olbrzymia metafora. Cieszę się tym, co jest tutaj, blisko. Nie potrzebuję już dalekich odkryć. A tutaj, blisko, jest Szczecin, który wraz z odkrywaniem siebie samej, odkrywam na nowo. Kocham Park Kasprowicza, przebiśniegi, krokusy, magnolie, zieleń konarów drzew, które nawet w zimie wyglądają jak z bajki.
Co jest urzekającego w Szczecinie? Hmm. Nie wiem. Naprawdę. Zauważyłam jego urok po wielu latach mieszkania na obczyźnie, po wielu kolejnych latach podróżowań już z mężem w poszukiwaniu „idealnego” miejsca na ziemi. Szczecin nie jest idealny, jak nic nie jest idealne. Ale to moje miasto, to miejsce, z którego pochodzę, to na tej ziemi urodziłam się. I nie jestem patriotką. Nie lubiłam kiedyś mojego miasta, ale potem je zaakceptowałam, a następnie pokochałam. To był ogromnie długi, wieloletni proces. Powoli po latach spędzonych w Meksyku pokochałam jesień, potem zimę. Kiedyś nie potrafiłam zauważyć piękna przemijalności, widocznego w naszym klimacie na przykładzie pór roku. Teraz sączę każdą chwilę spędzoną z psem w parku i zachwycam się różnym kolorem zieleni właśnie tych konarów i pni drzew w zależności od pór roku.
Chyba również przez sam fakt, że nie muszę już od niczego uciekać, ani niczego szukać, stwarza, że Szczecin to jest moje wyjątkowe miejsce. Mam świadomość, że nie jest to „rajska wyspa” ale nie szukam już raju, wystarczy mi piękno ziemi pod stopami. 

Jesteś nauczycielką uważności i psychologii pozytywnej. Na czym polega nauka na tym kierunku?

To jest tak proste, że nie potrafimy często tego zaakceptować. Umysł szuka pewnej „pułapki”, szukając wciąż trudnych rozwiązań. I błędnie myślimy, że potrzebujemy do tego nie tylko sterty książek, ale i że niezbędne są lata nie wiadomo jakiego rozwoju. Nie potrzebujemy być „kimś”. My już „kimś” jesteśmy od urodzenia. Nie musimy się rozwijać w nieskończoność, wystarczy, że się zrozumiemy. Rozwój jest i tak nieunikniony. Jak w przypadku tych przebiśniegów. Ja nie robię nic. A i tak czas na mnie działa. Na wielu płaszczyznach. Czy tego chcę czy nie, czy mam tego świadomość czy nie. Wystarczy popatrzeć w lustro i zdjęcia sprzed lat. To samo, jeśli chodzi o nasze wnętrze. Nasze doświadczenia, nasze życie powoduje, że ono jest w wiecznym ruchu. Pamięć kolejnych zdarzeń zapisuje się. Mózg rozwija się. Nie ma w tym udziału naszej woli. To się dzieje samo. Automatycznie. Uważność polega na tym, żeby zacząć BYĆ w tym całym procesie. Żeby choć odrobinę sączyć radość tego życia czy własnego istnienia w pełniejszej świadomości, w przeciwieństwie do automatyzmów, które nami rzucają to tu, to tam. A my przy okazji błędnie mylimy automatyzmy z nami samymi. „Ja” to nie myśl. Najciekawsza czy najstraszniejsza by ona nie była. I to jest między innymi zadanie uważności. I nie ważne czy nazwę ją uważnością, medytacją czy stabilizacją umysłu.
Psychologia pozytywna zaś to długi temat, ale będąc uważną na to, co mnie otacza – powiedzmy, że najważniejsze aspekty psychologii pozytywnej przydarzają się prawie jako jej efekt uboczny. Dlaczego? Bo zaczynamy mieć świadomość rzeczy istotnych i ważnych, a one są tak uniwersalne, że nie trzeba ich nawet wymieniać. Każdy ma je zakorzenione gdzieś głęboko w sobie. Wystarczy je odkryć na nowo, odkurzyć i używać.


Przez siedem lat pracowałaś w Meksyku jako modelka, potem jako dyrektor artystyczny czasopisma Clara oraz wizażysta przy produkcjach fotograficznych i pokazach mody. Czego nauczyła Cię ta praca?

Praca modelki nauczyła mnie po pierwsze czegoś bardzo prozaicznego – że jestem ładna. Ja, takie „brzydkie kaczątko”, ruda, piegowata, z oczami w kolorze wody lub wilka - nigdy nie uważałam się za piękną, a często wręcz przeciwnie. Nauczyłam się więc po pierwsze – że rzeczywistość może być inna niż moje o niej wyobrażenie. Zakwestionowałam więc pewną koncepcję dotyczącą siebie samej. To nie jest tak, że teraz uważam, że jestem ładna. Wyszłam po prostu poza pewną etykietę myślową, a to dało mi wolność w postrzeganiu siebie samej. Nie myślę o sobie w kategoriach żadnych kontrastów czy skrajnych etykiet, typu: „ładna - brzydka” czy „mądra - głupia”. 
Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki


Mieszkałam 7 lat sama w Meksyku i nauczyłam się nie tylko wychodzenia poza pewien schemat, ale i konsekwencji, determinacji oraz cierpliwości w dążeniu do celu. Musiałam też wyjść poza wiele stref komfortu. Jako modelka musiałam zmierzyć się z wieloma kompleksami, co często nie było łatwe. Nasza fizyczność jest dla nas ogromnie ważna. Ja – wyrastająca na kompleksach niższości, w porównaniu do pięknych, posągowych, czekoladowych koleżanek, stanęłam w końcu na własne „nogi”. I co najważniejsze i paradoksalne wręcz - będąc „dziewczyną z bilbordu” złapałam fundament nie w mojej urodzie, ale w tym, co niewidoczne. To nie moja twarz wyznacza to, kim jestem, a to, co jest w środku. Oczywiście dobrze jest mieć świadomość działania zewnętrznych aspektów naszego istnienia, co wykorzystuję teraz z pełną świadomością na wszelkich oficjalnych spotkaniach, wykładach itp. W tym przypadku przypominam kameleona.
Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki

Dokładnie wiem co ze sobą zrobić, żeby wyglądać „dobrze”. Za to u siebie, w parku, jestem zwyczajna. Bez makijażu i bez zbędnego blichtru. Akceptuję siebie w pełni. Jestem kobietą już dojrzałą. Nie boję się żadnej swojej zmarszczki, a wręcz trzymam je na twarzy dumnie – bo one pokazuję, że przeszłam długą drogę.
Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki


Jaka jest Twoja definicja szczęścia?

Być życzliwym, na tyle na ile się da dla innych. I dla siebie samego też.
Próbować też bardziej zrozumieć niż osądzać. Nie wymagać od siebie perfekcji, bo coś takiego nie istnieje. Przestać też żądać od świata czy od innych, by byli idealni, bo nie będą. Nie ma czegoś takiego jak idealność. To tylko znów pewna kompletnie utopijna koncepcja, która notabene powoduje, że jesteśmy spięci i nieszczęśliwi dążąc ku czemuś, czego nie ma.
W zmianie i transformacji oraz w nietrwałości wszystkiego znaleźć ulgę, a nie powód do depresji. Bo jeśli zauważę naprawdę dogłębnie, że wszystko się zmienia, to będę mieć świadomość, że sytuacje niemiłe miną również. Z drugiej strony będę doceniać to, co dla mnie drogie – bliskich ludzi, psa, kota, dzisiejszy bukiet kwiatów. Będę się troszczyć o to, co jest.
Szczęście jest według mnie właśnie tym – umiejętnością troski o to, co jest w naszym najbliższym otoczeniu. I to jest zarówno szczęściem jak i miłością.

Jakie masz marzenia?

Takie prywatne? Chyba nie mam. Mam to, co jest mi potrzebne do szczęścia i jestem za to ogromnie wdzięczna. Otacza mnie dużo ludzi i zwierząt do kochania.
Mam plany, ale chyba to nie są marzenia. Mam plany związane z uważnością, z edukacją dla dzieci, z rozwijaniem na szerszą skalę psychokardiologii. To są plany, które wdrażam i nad nimi już teraz pracuję. Jaki będzie efekt? Nie wiem. Nauczyłam się nie robić zbytnich przewidywań. Nie mam wygórowanych oczekiwań. Daję od siebie sto procent, resztę zostawiam światu. Dokąd dojdę? Niech to będzie dla mnie niespodzianką. Wystarczy mi wizja. Nie muszę mieć w głowie konkretów. Swój sukces nie mierzę ilością kolekcjonowanych „sukcesów” a tym, w jaki sposób reaguję. Czy mogę irytację zamienić w łagodność? Jeśli uda mi się, to jest mój sukces.
Wychodząc poza prywatną skalę, moim marzeniem w takiej już większej skali, jest nauczenie tego jak największej ilości osób. Bo taka reakcja jest zdrowa nie tylko dla innych, ale i dla siebie samego.
Dzięki zrozumieniu naszej natury i dzięki funkcjonowaniu w równowadze ze sobą i ze światem mamy szansę na globalne poruszenie świadomości ludzkiej.

Żyjesz chwilą, czy raczej jesteś typem osoby planującej najbliższe miesiące krok po kroku?

I to i to. Owszem bardzo żyję chwilą, uwielbiam zatopić się w teraźniejszości i sączyć jak nektar kolor drzew, śpiew ptaków czy dotyk mojego psa i kota, które jakoś razem potrafią ułożyć się na moich kolanach. Ale bez planów na przyszłość, nie jest możliwe realizowanie celów, a tym samym wyrażanie w pełni siebie. Nie planuję natomiast z kartką w ręku kolejnych kroków. Jestem konsekwentna i mam ogromną determinację w dotarciu do celów, ale też i wielką elastyczność. Jeśli czuję, że na coś przyszła pora, to robię to. Nie boję się działania. A działanie jest zawsze w tu i teraz. Tak samo planowanie, zawsze odbywa się w tu i teraz. Tu i teraz to nie tylko kwiatki i motylki. Teraźniejszość to siła napędowa do działania, a jak się działa Teraz, to będą efekty zarówno dziś, jak i jutro.

Masz jakiś wstępny zarys następnej powieści?

Nie, bo ja nie uważam siebie za powieściopisarkę. Jak przyjdzie czas, to ona niejako sama się napisze. Mam wiele różnych aktywności, pisanie nie jest jedyną moją pasją. Nie tworzę zarysu, historia tworzy się na bieżąco podczas pisania. Jestem tak samo nią zaskoczona jak czytelnik. W sumie to jestem pierwszym czytelnikiem - w trakcie pisania. Nigdy wcześniej nie wiem, dokąd zawiedzie mnie historia. To się dzieje na żywo podczas pisania.
Mam w myśli tylko główne tematy, które chcę podczas pisania dotknąć. Tematy nasze, ludzkie, uniwersalne. Zarówno te banalne jak i te filozoficzne czy psychologiczne. Historia zaś i jej zarys są dla mnie zagadką - dopóki nie siądę i nie zacznę pisać.


Coś od siebie dla czytelników:

Cóż ja mogę dodać?...
Cisza czasami jest najlepszą odpowiedzią. I to nie w przenośni, ale w sensie dosłownym.
W momencie, kiedy nie wiemy co robić lub w momencie mocnych emocji najlepiej jest się zatrzymać. Nie robić nic. Wystarczy niejako zawiesić się w ciszy nawet na dwa oddechy. Takich kilka świadomych oddechów, a szczególnie wydechów może zdziałać „cuda”. Dlaczego? Bo uaktywniając układ przywspółczulny, mogą one nie tylko zmniejszyć nasze ciśnienie czy tętno, ale i dosłownie wymazać z mózgu pewne uwarunkowania czy schematy. Jeśli kilka razy powstrzymamy się od robienia tego, do czego byliśmy przyzwyczajeni, dosłownie przeprogramowujemy nasz mózg. A dzięki temu stajemy się coraz bliżej tego, kim wybieramy być, a nie tego, co stary schemat każe nam odgrywać w nieskończoność. W takim niewinnym ćwiczeniu kryje się ogromna moc, która wiąże się z wolnością. Wolnością wyboru tego kim jestem, a nie tego, kim nauczono mnie, że jestem.
Dziękuję za rozmowę, zostawiając Was w ciszy…
Dziękuję za rozmowę :)



Doroto,
życzę Ci samych serdeczności, radości, spełnienia wszystkich marzeń oraz sił i wytrwałości w tym co robisz :)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

„Piłeczki w palcach żonglerów. Opowieść oparta na faktach z życia pracowników korporacji farmaceutycznych” Artur Zygmuntowicz. O korporacjach prawdziwie...

„Lustro i inne opowieści” Lucyna Mijas

„Przed wyrokiem” Wiesław Hop. Los i przeznaczenie rzucają nami w miejsca, w których jesteśmy najbardziej potrzebni...