„Powiem ci coś” Piotr Adamczyk. A wydawałoby się, że to tak oczywiste...






Wydawnictwo Dobra Literatura 

Ilość stron: 366 

Nowość wydawnicza 




„Powiem ci coś. Czasami jest tak, że spotykasz kogoś przez przypadek, ledwie muśniesz go dłonią i potem o tym krótkim dotyku nie możesz zapomnieć, czujesz na opuszkach palców tęsknotę taką, jaką byś czuła całym ciałem...” 

Pierwsze spotkanie z prozą Piotra Adamczyka to dla mnie spotkanie niezwykle inspirujące, intrygujące i sugestywne. Z przyjemnością otwierałam książkę i czytałam opowieść o wydawałoby się zwykłej prozie życia, ale autor na każdym kroku lekkością, płynnością i plastycznością tekstu dawał do zrozumienia, że w życiu istotnych jest kilka rzeczy. Najważniejszymi są marzenia i miłość, wypełniające serce po brzegi. Dwutorowość fabuły pokazuje, jaki wpływ na pewne nasze decyzje ma to, czego tak naprawdę pragniemy. 


Bohatera „Powiem ci coś” poznajemy jako cenionego, znanego dziennikarza z aspiracjami na pisarza. Obok codzienności, zmienności losu poznajemy również jego powieść, którą systematycznie pisze. I tu na chwilę się zatrzymam. Powieść w powieści, i to nie byle jaka. To są właśnie te dwie płaszczyzny przenikające się w książce. Powieść kryminalna, którą tworzy bohater intryguje zagadkowością, przebiegłością, tajemniczymi postaciami, które zmieniają się jak w kalejdoskopie. Prywatnie, bohater wiedzie życie samotnika, którego stacja telewizyjna obliguje do wymyślania coraz to nowszych, chwytliwych i bardzo niesztampowych programów, przyciągających szersze grono odbiorców. Jego życie zaczyna przybierać zupełnie inny kształt, kiedy jeden z pokoi wynajmie młoda studentka Akademii Sztuk Pięknych. Wydawałoby się, że to całkiem normalna sprawa, tymczasem dziewczyna zdaje się być tak ekscentryczną postacią, że bohater zaczyna postrzegać ją wielowątkowo. Podobno artyści to ponadprzeciętne dusze, dlatego Tulinka zyskuje w oczach mężczyzny przyciągając go ewidentnie swoją nieszablonowością. 




Między tym dwojgiem rodzi się powoli uczucie, a rzeczywistość zaczyna mieszać się z fikcją powieści pisanej przez bohatera. Robi się nie tyle ciekawie, co niebezpiecznie. Ci, których bohater mógłby zaliczyć do grona pozytywnych, nagle zrzucają swoje zakłamane maski i odsłaniają całą prawdę. Zakończenie zaskakuje i stawia przed nami pytania, a nawet zmusza do głębszych refleksji. Na ile sami kreujemy swój świat, czy otoczenie, na ile jest on naszym wyborem, a na ile tworem chorej wyobraźni? 


„Tylko marzeń nie trzeba się uczyć, człowiek umie fantazjować od dziecka, chociaż tych pierwszych wizji już nie pamięta. W marzeniach każdy z nas jest doskonały, każdy potrafi ułożyć sobie najpiękniejszą przyszłość, a gdy ona już się zdarzy i wcale nie jest tak piękna, wówczas niektórzy potrafią wymarzyć sobie równie wspaniałą przeszłość i odtąd żyją wspomnieniami zjawisk i rzeczy, które się nie zdarzyły.” 


Dla mnie ta opowieść, to coś ewidentnie nowego, czego dotychczas nie miałam okazji poznać. Autor na każdym kroku mnie zaskakiwał i intrygował. Co ważne, nie przebierał w słowach, nie używał sztucznego języka, kiedy trzeba było zakląć, zaklął. Wykreował bohaterów, o których długo nie zapomnę. Tło społeczne i sylwetka głównego bohatera są na tyle chropowate, że ocierając się o naszą świadomość długo w niej zostaną, z całą swą płynnością, przejrzystością, marzeniami, poczuciem piękna i wewnętrznego rozstroju. Dwie płaszczyzny fabuły przenikają się dając obraz wielu znaczeń i kontrastów, balansując na granicy intryg, które z każdym krokiem pragniemy poznać. Czy uda się i Wam wniknąć w ten świat? 

Przekonajcie się! Zapewniam, że warto! 



Za książkę dziękuję:







Komentarze