„O czym Ty człowieku opowiadasz...” - odcinek 16 – Lucyna Kleinert :)






Kochani! 

Odcinek 16, czyli projekt rozwinął skrzydła, z czego bardzo się cieszę. Ostatnio przez nawał licznych obowiązków nie miałam za dużo czasu, żeby opracować kolejny odcinek, nie mówiąc o recenzjach, które piszę zawsze „pomiędzy”. Niemniej, dzisiaj będzie bardzo wyjątkowo. Jeśli ktokolwiek jest zainteresowany udziałem w projekcie, zachęcam do kontaktu ze mną. 


Bohaterką dzisiejszego odcinka jest pani Lucyna Kleinert. Wiem, że niewielu z Was kojarzy nazwisko autorki. Kończę czytać „Dziennik badante, czyli Italia pod podszewką” i niebawem z przyjemnością opowiem Wam o tej książce. Jedno mogę zdradzić na pewno. Autorka jest dla mnie wspaniałą, silną i odważną kobietą. Nie każda odważyłaby się na taki krok, jak pani Lucyna. A swoje opowieści snuje w bardzo sugestywny sposób, plastycznie obrazując miejsca, w jakich bywa we Włoszech. 


Zdj. Internet
Lucyna Kleinert dzieciństwo i młodość spędziła w Krakowie, jednak z mężem wyjechała na Śląsk, do Chorzowa. Miłość do Krakowa i Chorzowa została podzielona również do Ascoli Piceno, miasta we Włoszech określane często „miastem 100 wież”. O swoich perypetiach i życiu za granicą opowiada na swoim blogu „Poza granicami Polski i nie tylko”, do śledzenia którego bardzo Was zachęcam. 


O swojej twórczości autorka opowiada tak: 

„Do napisania wspomnień, bo to są wspomnienia i to wszystko wydarzyło się naprawdę namówili mnie przyjaciele z dzienników Stylu. pl, w których opowiadałam o Italii i nie tylko.
Nie miałam pojęcia o realiach wydawniczych i dlatego pierwszą swoją książkę zatytułowaną „ Dziennik badante, czyli Italia pod podszewką” wydałam w Novae Res przy własnym udziale finansowym. Nie byłam zadowolona ze współpracy i dlatego postanowiłam wydawać sama.  
Druga moja książka, z którą jestem bardzo emocjonalnie związana, to „Życiorys PRL - em malowany”. To żartobliwo - nostalgiczne wspomnienia z mojego życia w socjalistycznej ojczyźnie.


Po tej książce wróciłam do włoskich wspomnień. Wydałam „Opowieści ascolańskie i inną włoszczyznę”. Tym razem bohaterem zostało moje ukochane Ascoli Piceno, w którym mieszkam. Opowiadam o mieście. Są legendy, spacery po placach, ulicach a w tle mój autentyczny dziennik.


I ostatnia wydana w grudniu ubiegłego roku „W zapachu włoskiej kuchni, czyli badante ze Wzgórza Czterech Wiatrów”. To opowieść o smakach i zapachach, o pracy i o wsi włoskiej, mało znanej, a bardzo tradycyjnej i ciekawej.


Te trzy książki o Italii mają wspólny tytuł „Okiem cudzoziemki”. Dodatkowo przeplatane są autentycznymi przepisami kuchni włoskiej.


Niestety teraz wiodę od 24 sierpnia 2016 r żywot hotelowy. Podczas trzęsienia ziemi straciliśmy dom. Nasze mieszkanie na Starówce w Ascoli nie nadaje się do mieszkania. Kamienica, która ma 700 lat czeka na remont. Tak, że w pakiecie włoskich wspomnień mam jeszcze trzęsienie ziemi, które na szczęście przeżyłam i ja, i mój włoski partner.


Moje książki
„Dziennik badante, czyli Italia pod podszewką” - 2013r.
„Życiorys PRL em malowany” - 2014r.
„Opowieści ascolańskie i inna włoszczyzna” - 2015r.
„W zapachu włoskiej kuchni, czyli badante ze Wzgórza Czterech Wiatrów” - 2017r.” 

Życzę Wam inspirującej lektury!


Pani Lucyno, co Pani rozumie pod pojęciem „kultura słowa”? 

Kiedyś dawno temu wydawało mi się, że to pojęcie wiąże się z pięknem. Pięknym wyrażaniem myśli, pięknym wysławianiem się. Czas i czasy mocno to zweryfikowały. Teraz pod tym znaczeniem oczekuję poprawnej polszczyzny. Oczekuję jasności i sensu w wypowiedzi. Bez wulgaryzmów. 


Czym jest dla Pani słowo? Czy ma Pani jakieś swoje ulubione? 

Słowo jest wszystkim. Bez słów świat byłby niemy i znacznie uboższy w wyrażaniu uczuć. Można co prawda wyrazić uczucia bez słów, na przykład poprzez malarstwo, muzykę, ale dopiero słowo nadaje uczuciom odpowiedni wymiar.
Nie mam ulubionego słowa. Dla mnie wszystkie są ważne. Ale słowo ma też drugą twarz. Tę okrutną. Bo słowa potrafią zadawać rany. Dlatego ważne jest, jak potrafimy tymi słowami operować. Słowa potrafią o człowieku wiele powiedzieć. 

Jak Pani zdaniem zmienia się język literacki? Czy ta zmiana zmierza w dobrym kierunku? 

Bezsprzecznie język literacki ulega zmianie, bo przecież i zmianie ulega język potoczny. A literatura współczesna to przecież również zapis naszych czasów. Język podlega takim samym zmianom, jak wszystkie dziedziny. Powstają nowe słowa i one wchodzą w zakres naszego słownictwa, a inne po prostu się starzeją. To nieuniknione.
Czy zmiana idzie w dobrym kierunku? Nie wiem. Ocenią potomni. 

Co Pani myśli o wulgaryzmach, potoczności słownej stosowanej coraz częściej w książkach? 


Nie lubię wulgaryzmów ani w życiu, ani w literaturze. Oczywiście są one dopuszczalne dla uwiarygodnienia często ekstremalnych sytuacji. Bo przecież w takich scenach trudno uwierzyć, że bohaterowie posługują się wytwornym językiem. Jeżeli jednak książka składa się w większości z tego typu słownictwa więcej do tego autora nie wracam, bo zadaję sobie pytanie bez odpowiedzi. Co autor przez to chciał wyrazić? 

Czy o współczesną polszczyznę można być spokojnym? 

Tu niestety mam obawy. Niestety mówimy coraz bardziej niechlujnie. Używamy za wiele skrótów, nasz język potoczny jest zachwaszczony obcojęzycznymi zwrotami. Nie umiemy rozmawiać, odeszły w zapomnienie wielogodzinne dyskusje do późnych godzin nocnych, podczas których trzeba się było wykazać nie tylko wiedzą, ale umiejętnie podanymi argumentami.
Mieszkając we Włoszech przeraża mnie poziom polszczyzny wśród Polek.
Nie jest dobrze i jak ma być lepiej, kiedy brakuje wzorców i autorytetów, czytelnictwo zanika, a ludzie komunikują się przez telefon i internet. I na dodatek względy czysto ekonomiczne nie pozwalają na rozwój słowa. Książki są za drogie a bibliotek za mało.
Mało optymistycznie to widzę . 


A teraz proszę spróbować „naprędce” wymyślić krótką historyjkę, która zaintryguje czytelników - w myśl tytułu projektu. O czym ona będzie, czy to zmyślona, czy autentyczna, to zależy od Pani. 

Powodzenia! 


Dzisiaj osobisty mój Włoch zarządził kontrolę okolicznych sklepów pod kątem jaj wielkanocnych i „gołębicy wielkanocnej”, zwanej w Italii „Colomba”. Bez tych smakołyków nie ma włoskiej Wielkanocy. Jaj było pod dostatkiem o przeróżnej kubaturze i ciężarze.
Sama w niemym zachwycie stanęłam przed jajem, które nie dość, że było z czekolady gorzkiej, to jeszcze ważyło ni mniej ni więcej - 5 kilogramów.
Musiałam mieć łakomy wyraz twarzy, bo osobisty zapytał?
- Lucia, chcesz takie jajo na Wielkanoc?
Łakomy wyraz odpłynął z mojej twarzy i powiedziałam uprzejmie:
- Zwariowałeś, chcesz w ramach złośliwości a nie z uczucia do mnie dołożyć mi 5 kilogramów. I to teraz, kiedy w trosce o smakołyki wielkanocne, walczę z każdym gramem makaronu.
Osobisty uśmiechnął się szatańsko i teraz mam złe przeczucia.
Być może to pięciokilogramowe jajo wraz życzeniami „Buona Pasqua” znajdzie się w moich rękach.
Cóż, podzielę je uczciwie na pół. Nie ma innej opcji - „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”. 




Dziękuję za udział w projekcie i inspirujące lektury :) 


Komentarze

  1. A ja dziękuję za możliwość podzielenia się moimi myślami. To bardzo ciekawy projekt. Życzę mu wielu ciekawych uczestników.

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj Pani Lucyno, krytykuje Pani innych, a tu taki kwiatek - cyt Mieszkając we Włoszech przeraża mnie poziom polszczyzny wśród Polek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Drogi Anonimowy . Ja nie krytykuję. Ja stwierdzam fakt. I nie chodzi mi o takie lapsusy językowe jaki mnie się przydarzył ale o mowę nacechowaną wulgaryzmami. Ale masz racje powinnam napisać " Ponieważ mieszkam we Włoszech... " Pozdrawiam

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

[Przedpremierowo] „Wierszyki dla dzieci” Jakub Narloch

„Lustro i inne opowieści” Lucyna Mijas

„Przed wyrokiem” Wiesław Hop. Los i przeznaczenie rzucają nami w miejsca, w których jesteśmy najbardziej potrzebni...