Moje nominacje do Nagrody Nike :)









Kochani! 

Dobrze widzicie w tytule, poniższe książki są tymi, które ja bym widziała na liście nominowanych do tej jakże prestiżowej i wyjątkowej nagrody. Który z autorów nie chciałby tam widnieć? Wpis nie jest też przypadkowy. Powstał w ramach konkursu organizowanego przez księgarnię internetową niePrzeczytane.pl „Twoje nominacje do Nagrody Nike”. 

Na tegorocznych Warszawskich Targach Książki została ogłoszona lista nominowanych. Cieszę się, że są wśród nich tytuły tomików poetyckich. We wrześniu zostanie ogłoszonych siedmiu finalistów, zaś w październiku – zwycięzca. 

Kiedy selekcjonowałam tytuły swoich nominowanych, przyznaję lista była dosyć długa. Ciężko wytypować. Niemniej. 




„Odzyskać utracone” Katarzyna Kołczewska 

Wydawnictwo Prószyński i S-ka 
Ilość stron: 448 
Rok wydania: 2017 
Mądra, trudna, liryczna i mocna książka o tęsknocie, budowaniu na nowo wiary w siebie, chorobie, radościach i smutkach... 


Jestem zachwycona niezwykle sugestywną prozą Katarzyny Kołczewskiej, a „Odzyskać utracone” uważam za jedną z najlepszych książek, które miałam okazję w tym roku przeczytać. Autorka oddziałuje silnymi emocjami, intryguje od pierwszych wersów i buduje z czytelnikiem silną więź, uzależniając go od nakreślonych przez siebie buzujących w bohaterkach afektów. To książka trudna, momentami mocna, w której nie brakuje miłości, ale też i brutalnego piętna minionej wojny i kreowanej na nowo przez Marię i Mirandę rzeczywistości. To książka dopracowana w najdrobniejszym szczególe i nie ukrywam, ale na zakończenie się po prostu popłakałam. Autorka ma niezwykle lekki, liryczny styl i elektryzuje czytelnika bardzo wymownymi wątkami, ukazując przewrotność losu i odzyskiwaniu czegoś, co przez lata przykryte było maską pozorności. 

Lata pięćdziesiąte dwudziestego wieku. Miranda po dziesięciu latach zsyłki na Sybir wraca do domu. Wiedziona tęsknotą za rodziną powrót wiąże z nadziejami, że mimo trudnych wojennych czasów, tam dokąd wraca nic się nie zmieniło. Rzeczywistość jednak zaskakuje dziewczynę. Kiedy miała czternaście lat wywieziono ją wraz z siostrą i babcią do sybirskich łagrów. Przeszłość dla Mirandy nigdy tak naprawdę się nie zakończyła, jej piętno i wspomnienia wracają przy każdej możliwej okazji. Maria przyjmuje córkę z otwartymi ramionami, tym bardziej, że pięcioletni synek, ciężko chory potrzebuje nieustannej opieki i uwagi. Kobiety od początku nie mogą znaleźć wspólnego języka. Jest im trudno rozmawiać o sprawach bieżących, a co dopiero o wojnie, która zabrała im tożsamość, zostawiając pustkę w sercach. 


Miranda nie może pojąć dlaczego jej matka tak szybko zapomniała o swoim mężu. Opieka nad chorym Januszkiem pochłania codzienność Mirusi i Marii, która w imię ratunku dla syna działa i nie baczy na nic. Pracowita kobieta handluje czym się da, pomaga znajomym oczekując w zamian tego samego. Nie ma chyba osoby, która nie znałaby Marii Szamrety potrafiącej załatwić dosłownie wszystko. Do tych celów ułatwieniem staje się legitymacja partyjna i liczne koneksje u wysokich rangą znajomych. Kiedy przychodzi dzień nadziei dla Januszka, możliwej operacji chorego serca chłopca, Mirusia i Maria robią wszystko, by cel, jakim jest zdrowie i życia malca został osiągnięty. 

Autorka wyszła do czytelnika z niecodzienną, zupełnie przejmującą historią. Obok tych zagubionych wewnętrznie kobiet, pokazała swój talent zawodowy, wykazując się w scenach typowo medycznych zdobytą wiedzą i talentem lekkiego pióra. Ta liryczna opowieść porusza wiele wątków. Od zdobywania na nowo zaufania wobec siebie matki i córki, po chorobę małego chłopca w tle, która dla obu staje się priorytetem. Maria nie zdradza córce faktów i zgryzot związanych z mężem. Wie, że dla Mirandy ojciec był tym najlepszym, który kochał je i szanował. Obraz Emila Szamrety tuż po wywózce na Sybir córek i babki, ulega totalnej deformacji. Oficer Wojska Polskiego mający swój honor i estymę nie może przecież okazać się zupełnie kimś innym. 

Ważne momenty w życiu swoich bohaterek, autorka podzieliła na narrację trzecioosobową, która w kilku rozdziałach przenosi nas do roku 1940 i jesteśmy świadkami, kiedy Maria z Emilem usilnie podejmują wszelkie starania, by wydostać córki i matkę z niewoli, a tym samym, by uchronić je od zsyłki do łagrów. To mocne, bardzo bezpośrednie sceny, brutalne, stawiające przed nami – ludźmi współczesności wiele pytań. Budzą niechęć, duchowy bunt, odzierają z człowieczeństwa. Trudna i bardzo emocjonalna historia, przy której wzruszałam się niejednokrotnie. Z zapartym tchem śledziłam losy Marii i wciąż miotającej się Mirandy. 

Profesjonalizm w scenach medycznych, znajomości choroby Januszka, podkreślał wagę całego wątku. Autorka wykazała się nie tylko precyzją, ale i poszanowaniem wrażliwości odbiorcy. Nadała swojej powieści wysublimowanego konsensusu. Duże wrażenie zrobiła na mnie zręczność wplecionych, niecodziennych zachowań Mirusi, często określanych przez matkę zabobonami, których dziewczyna nabyła na Syberii. 

Dla mnie to pięknie napisana trudna historia, w której matka z córką próbują odseparować się od przeszłości i znaleźć swoje miejsce w początkach budowanej rzeczywistości. Sugestywna, zadająca wiele pytań, zasiewająca mnóstwo niepewności i wątpliwości. Miranda zamknięta w swoim świecie otworzy nowemu drzwi na oścież. Maria przyjmie na karb odpowiedzialności zbyt wiele i nadzieja odejdzie od niej równie szybko jak się pojawiła. Czy kobiety odnajdą swoje utracone wartości? 

Refleksja i emocjonalność to główne morały tej historii, która zapewniam – zostanie z Wami na bardzo, bardzo długo. 





„Chwila na miłość” Joanna Stovrag 

Wydawnictwo Replika 
Ilość stron: 368 
Rok wydania: 2017
Wzruszająca, emocjonalna, o tragediach i dramatach... miłości... 

Treść tej książki zostanie ze mną na długo. Za każdym razem, kiedy po nią sięgałam wzruszałam się i strasznie przeżywałam obrazy w niej zawarte. Zresztą, jak się nie wzruszać, kiedy autorka za pomocą sugestywnie plastycznych obrazów opowiada o swojej heroicznej wręcz walce o miłość. Autorka przepięknie, wzruszająco prowadzi narrację i uświadamia czytelnikom, czym jest koszmar wojny, jakie bywają jej zgubne skutki, dając jednocześnie nadzieję, że dla prawdziwego uczucia, kobieta jest w stanie zrobić wszystko, a już na pewno wiele. 

Odczytałam z tej opowieści trzy ważne obrazy. Pierwszy z nich to obraz Sarajewa sprzed wojny. Przyjazdu bohaterki Joanny na stypendium do Sarajewa, poznawanie mentalności i kultury bałkańskiej, samego miasta, ludzi, tradycji: 

„Miałam nieodparte wrażenie, że odmierza ona czas inaczej, wolniej. Bo tutaj ludzie z żywiołowym bałkańskim temperamentem, którzy przed innymi otwierali swoje serca i domostwa, codziennie z przyjemnością spotykali się na pogawędkach, sącząc z zadowoleniem mocną aromatyczną kawę i bez pośpiechu czytając prasę. Co bardzo ciekawe, jedna strona gazety była pisana alfabetem łacińskim, a druga cyrylicą, i tak na przemian – aby wszyscy byli zadowoleni. Sarajewianie lubili przechadzać się po mieście – jakby spacer należał do ich codziennych obowiązków – oraz w zamyśleniu słuchać rozbrzmiewających tu i ówdzie ludowych sevdalinek...” 

Już z serii książek Skarlet i Alberta odkrywających tajemnice Bułgarii miałam okazję dowiedzieć się coś niecoś o mentalności ludzi zamieszkujących tereny bałkańskie. Tutaj otrzymałam tylko potwierdzenie tego, że są oni ludźmi znacznie spokojniej żyjącymi, a celebracji czasu i życia uczą się wręcz od pokoleń. Sarajewo przywitało Joannę bogatą, historyczną architekturą, kulturą, sztuką, nowymi znajomościami. Studencki czas dzielony między naukę a poznawanie wciąż nowych, nieodkrytych tajemnic miasta i okolic. To właśnie wtedy poznała Seja. Wtedy zaczynają w obydwojgu kiełkować nieokreślone jeszcze uczucia i emocje. 

Drugim obrazem w książce jest konterfekt niszczącej wszystko wojny. Wojny, która unicestwia, sieje zło, nienawiść, strach, śmierć, ból. Burzy poukładany wizerunek miasta, trzymających się razem ludzi. Niektóre migawki opisane przez autorkę przypominają sceny wręcz obozowe z czasów drugiej wojny światowej. Joanna wraca do Polski, Sejo zostaje wciągnięty do służby. To ciężki czas dla obojga. Zakochanym sercom rozłąka nigdy nie służy. Joanna rozpoczyna pracę, ale wszelkimi możliwymi i dostępnymi kanałami, próbuje pomóc ukochanemu. Tu już mowa nie tylko o telefonach przez zagraniczne połączenia, ale też paczki dla Seja przez różne organizacje, w tym przez Janinę Ochojską. Kiedy pojawia się okazja do wyjazdu Joanny do Sarajewa, nie waha się. Desperacki krok zakochanej kobiety jest w stanie zburzyć wszystko. Mur niezrozumienia, lęk, strach. Wizja grożącego Jej niebezpieczeństwa odchodzi na najdalszy plan. Pobyt w Sarajewie u boku kochanego mężczyzny okaże się czasem bezcennym, ale też dramatycznym. Obrazy martwego miasta, gdzie ginęły rodziny, gdzie życie zamieniano w proch, wywołują w czytelniku ciarki na plecach, wewnętrzny bunt, stawia konkretne pytania. Ile człowiek jest w stanie udźwignąć cierpienia? Ile jest w stanie znieść? Ile poświęcić, żeby żyć, uchronić się przed złem? 

To nie pierwszy ani ostatni wyjazd Joanny do Sarajewa. Ona jeszcze tam wróci, nie raz. 

Trzeci obraz wiąże się z przyjazdem Joanny i Seja do Polski. To próby ułożenia wspólnego życia. To uczenie się siebie na nowo. Budowanie nowej rodziny, domu. To także migawki wspomnień trudnego czasu dla Seja. Mężczyzna nie chce i nie potrafi mówić o wojnie, o tym co przeżył, czego był świadkiem. To też czas, kiedy musi odnaleźć na nowo siebie, w nowym otoczeniu, miejscu na ziemi. 

Wojna to okropny czas. Sieje spustoszenie nie tylko wizualne miejsc, ale też w psychice i mentalności ludzi, którym dane jest przeżyć. Wojna to zło i nigdy nie powinna mieć miejsca. Najdotkliwsza zawsze dla cywilów, zwykłych ludzi, często obserwatorów tego epicentrum, którzy padali ofiarą snajperskiej rozgrywki między sobą. Sarajewo było inspiracją dla wielu twórców. Wiele jest historii, perspektyw tego miasta, jego tragedii, zniszczeń, ogromu bólu i dramatów. 

Joanna Stovrag napisała tę piękną, a zarazem tragiczną historię swojej młodości, oddając należyty klimat, dbając o wszelkie detale. Czyta się tę powieść z ciekawością, nie raz się wzruszając, co w moim przypadku akurat miało miejsce wiele razy. Nie wstydzę się tego, bo to dowodzi poniekąd mojej wrażliwości czytelniczej. Podziwiam tę wspaniałą parę ludzi za dzielność, siłę, determinację, chęć walki i heroizm. Podziwiam Panią Joannę za to, co miała odwagę zrobić dla ich wspólnej miłości, by walczyć o nią z całych sił, poświęcając przecież swoje życie, zdrowie, rodzinę, którą zostawiła w Krakowie. Ta historia ma swoich bohaterów, ofiary, wspomnienia. 

„Niektóre wybory w życiu człowieka są jak kamienie leżące na naszej drodze. I choć nie wiemy, jak przejść obok nich, musimy podążać do przodu. A one, jeśli się o nie potkniemy, ściągają nas w dół, albo, jeśli leżą wśród rwącego potoku, który musimy przekroczyć, pozwalają nam odbić się w górę i suchą nogą stanąć na drugim brzegu.” 

W „Chwili na miłość” znajdziecie nie tylko opowieść studentki, kobiety lecz także kawałki ciekawej historii, odwiedzanych przez bohaterkę miejsc, fragmenty wybranych listów od Seja. Znajdziecie też na końcu niespodziankę od autorki. Ilekroć ją otwieram na zaznaczonych miejscach i zaczynam czytać, tylekroć do oczu napływają mi łzy. 

Ta powieść porywa od pierwszych wersów. Autorka przez swoją empatię i dbałość o szczegóły sprawiła, że czytelnik podąża razem z nią po magicznym, tajemniczym i wojennym Sarajewie. Plastyczne opisy pozwalają na kroczenie śladami bohaterów i odbieranie wszystkimi zmysłami ogromu towarzyszącym im emocji, wrażeń. To piękna a zarazem tragiczna opowieść o silnej miłości, o znaczeniu słowa rodzina, dom. To opowieść, która dalej się toczy, dalej trwa, dopóki istnieć będzie miłość. 




„Stroiciel grzebieni” Krzysztof Niedźwiedzki 

Rozpisani.pl 
Ilość stron: 78 
Rok wydania: 2017
Książka przypadła mi niezwykle do gustu. Trochę balansująca na granicy absurdu, tragikomedii, czarnego humoru. Dotykająca sfery śmierci. Innych wątków religijnych, poza jednym, nie znajdziecie, a razem z bohaterem, który umarł powrócicie na ziemię. W jakim celu? 

Książka nie jest jakichś niebotycznych rozmiarów, wydana w formie opowiadania, którego następnie autor wykorzystał do stworzenia sztuki teatralnej, wystawionej w krakowskim Teatrze KTO. Premiera spektaklu odbyła się 26 lutego 2017r. Na końcu książki znajdziecie czarno – białe zdjęcia z prób. 

Bohaterem tego kilkudziesięcio stronicowego opowiadania jest Tadeusz, którego ciało po śmierci skremowano, ale na skutek feralnej pomyłki, jego prochy zamiast spocząć w rodzinnym grobowcu na Rakowicach, zostały pochowane w Murzasichle, w grobie pewnego, dobrze znanego górala. I może nie sam fakt omyłki miejsc stanowiłby tu problem. Skoro Tadeusz już nie żył, więc nie powinno mu to robić różnicy, tym bardziej, że leżąc na podhalańskim cmentarzu miał widok na Tatry. Problem zrodził się w momencie, kiedy jedna z góralskich kapel zaczyna grać codziennie nad jego grobem tak ostro i głośno, do tego fałszując na wszelkie możliwe sposoby, że nie ma rady. Nie to, żeby Tadeusz nie lubił góralskiej muzyki. Absolutnie. Nie po to umierał, by zamiast świętego spokoju doznawać teraz męk i katusz. Tadeusz wyrywa się ze śmiertelnego uścisku, wraca na ziemię i rozpoczyna swą wędrówkę. W końcu musi spocząć tam, gdzie powinien, na właściwym miejscu. Pomaga mu w tej ziemskiej pielgrzymce małżonka Magda. Interwencja rozpocznie się od zarządcy cmentarza, a zakończy zupełnie niespodziewanie. Tadeusz dowie się m.in., kim był góral, który zajął jego cmentarne miejsce. 

Opowieść o problemie głównego bohatera urasta do rangi absurdu, czarnego humoru. Nie brak tu bowiem znakomitych, dowcipnych dialogów, które napędzają oś powieści, napisane zabawnie, z przymrużeniem oka. Chociaż to opowiadanie, nie odczuwa się jakiegoś specjalnego dyskomfortu. Minimalizm formy sprawia, że jesteśmy w stanie jeszcze bardziej wczuć się w sytuację głównego bohatera i zrozumieć, że wcale nie jest mu łatwo. Podziwiam jego wytrzymałość i wytrwałość, jego ciągłą chęć walki, dojścia do punktu, w którym wreszcie znalazłby jakieś rozwiązanie. 

„Stroiciel grzebieni” Krzysztofa Niedźwiedzkiego to przede wszystkim forma oszczędnego tworzenia historii, które budują napięcie i pozwalają na chwilę głębszej refleksji. Napisałam, że oprócz jednego wątku religijnego, więcej ich nie znajdziecie. Jaki to wątek? Zmartwychwstania? Tak, powstania i powrotu na ziemię. Trochę dziwne, zastanawiające, niemożliwe? Owszem, ale w książkach i wyobrażeniach autora wszystko jest możliwe. 


Przyznam, że zaskoczona jestem poruszaną w książce tematyką, ale oczywiście pozytywnie. Zastosowane przez autora literackie triki czynią z powieści, pozycję wyjątkową i niesztampową, refleksyjną. Taką, obok której nie przejdzie się obojętnie, po którą warto sięgnąć. Na uwagę zasługują też satyryczne rysunki Krzysztofa Krawca. 




„Niczyj. Prawdziwe oblicza bezdomności” Ewelina Rubinstein 

Wydawnictwo Psychoskok 
Ilość stron: 200 
Rok wydania: 2017
Reportaż o prawdziwym życiu... 
„Ludzie teraz coraz częściej chorują na depresję, piją alkohol, biorą proszki na spanie, na nerwice. Wiesz, jaki jest jest tego powód? Materializm. Liczymy tylko pieniądze, zyski na giełdzie, ile jeszcze zostało nam rat do spłacenia za samochód, za dom? Obłęd. Ludzie dla pieniędzy niszczą wszystko wokół.” 

Te słowa wypowiedziane przez jednego z rozmówców Eweliny Rubinstein stanowczo stawiają do pionu i wprawiają w głębszą refleksję. Jakże prawdziwe i sugestywne. Jestem wdzięczna autorce, że otrzymałam tak znakomitą pozycję pod wszelkimi względami – merytorycznym, przesłaniowym, w którym widać zacięcie dziennikarskiego pazura i dochodzenie do sedna sprawy, nienachalnie, ale z odpowiednią dozą wrażliwości i cierpliwości. Nie wszyscy rozmówcy byli chętni do rozmowy, niewielu otworzyło swe serce i szczerze opowiedziało o tym, w jaki sposób znaleźli się na ulicy. 

Uderzające są te niektóre zwierzenia, takie prawdziwe wręcz do bólu. Nie tylko przyczyny ekonomiczne, finansowe osiągnięcie dna zmusiło ich do życia na ulicy. Życia jakże różnego i widzianego z ich perspektywy – ludzi ulicy, którzy wszelkie zmiany odczuwają podwójnie. Choroba alkoholowa, odsunięcie się od rodziny, bliskich, ale też choroby psychiczne, to najczęstsze przyczyny bezdomności, jednak w wielu przypadkach, to też świadomy wybór, spowodowanymi pobudkami wewnętrznych decyzji, świadomych wyborów, o których nierzadko chętnie się wypowiadają. 

Wśród ludzi ulicy znaleźć można też kobiety. I te perspektywy bezdomności męskie i żeńskie różnią się, i to nawet bardzo. Każdy z nich szuka bowiem w życiu czegoś zupełnie innego. Jedni chcą sobie dać pomóc, inni nie. Jedni o tę pomoc proszą, drudzy nie. Najgorsza jest chyba tak naprawdę bezradność nas – obserwatorów z boku – na system prawny, który ma tak ogromne luki, że aż proszą się o wypełnienie. Ale, czym tak naprawdę jest bezdomność? Jaka jest jej właściwa definicja? 


Nie wszyscy z rozmówców autorki, do których udało Jej się dotrzeć przyjmowali Ją z otwartymi rękoma. Byli tacy, którzy otwierali się od razu, ale byli też tacy, których trzeba było ciągnąć za język, nie wszyscy chcą się uzewnętrzniać z sytuacją, w jakiej się znaleźli, w jakiej przyszło im żyć. Przekrój wiekowy też mówi wiele. Nie jest regułą, że bezdomnymi są osoby w wieku graniczącym z wiekiem emerytalnym, czyli wydawałoby się, że ludzi, którzy w jakiś sposób przegrali swoje życie. Są też i tacy krótko po trzydziestce. To porażające, ale niestety prawdziwe. Ludzie skromni, wylewni, powściągliwi, prostolinijni, oczytani, mądrzy, doświadczeni, skrupulatni obserwatorzy, którzy nie rozkminiają się, nie buntują, ale przyjmują swoją sytuację taką, jaka jest. Nie bulwersują się, nie ukrywają uczuć, kilkoro podczas rozmowy puściły nerwy i po prostu się rozpłakali. Ludzie, którzy miejsca i ludzi zamieszkujących wokół znają, jak własną pustą kieszeń. 

Uważam książkę Eweliny Rubinstein za kawał dobrej, sumiennej pracy reporterskiej. Czytałam tę książkę z przyjemnością i ciekawością. Uważam, że wielu czytelników zaintryguje już nie tylko tytuł, czy okładka książki, ale znakomicie, z precyzją wykonana praca autorsko – redaktorska. Dodatkowo, autorka nie ukrywa przed czytelnikiem, już we wstępie, jak wielkie emocje i przesłanie poruszyły w niej samej: 
„Poznałam nie tylko wspaniałych ludzi, którzy żyją na ulicy, którzy opowiadają o historii miasta, w którym przebywają (lepiej niż niejeden profesjonalny przewodnik), którzy mówią, jakie książki przeczytali, czym się dawniej zajmowali, ale lepiej poznałam po prostu siebie... Zrozumiałam też, że życie jest cudem, że cuda się zdarzają, tylko że my ich nie dostrzegamy. Życie każdego z nas jest wyjątkowe.” 
Książka, którą trzeba przeczytać, którą szczerze polecam, którą trzeba poznać. Znakomita, rzetelna praca i zmysł reporterski, to świetne połączenie tworzące bardzo refleksyjną książkę o prawdziwym życiu! 



Wpis konkursowy

https://www.nieprzeczytane.pl/ 


A jakie są Wasze osobiste nominacje, typy?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

„Piłeczki w palcach żonglerów. Opowieść oparta na faktach z życia pracowników korporacji farmaceutycznych” Artur Zygmuntowicz. O korporacjach prawdziwie...

„Lustro i inne opowieści” Lucyna Mijas

„Przed wyrokiem” Wiesław Hop. Los i przeznaczenie rzucają nami w miejsca, w których jesteśmy najbardziej potrzebni...