sobota, 24 lutego 2018

„A może nie ma się czego bać? Jak zamienić lęk w ciekawość” Leszek Mellibruda, Dagny Kurdwanowska. Książka w psychologicznym ujęciu, odpowiadająca na różne wątpliwości i piętrzące się pytania...





Wydawnictwo Edipresse Książki

Ilość stron: 312, oprawa twarda

Nowość wydawnicza




„Lęk zrodził się z człowieka, ale człowiek rodzi się bez lęku. Rodzi się ze strachem, złością i ciekawością. To są trzy podstawowe emocje i stany, z jakimi przychodzimy na świat. Strach i lęk towarzyszą nam od zarania dziejów. Warto zaznaczyć, że lęk i strach w psychologii to nie są synonimy, choć słowniki tak je traktują.”

Zastanawialiście się kiedyś, czym jest lęk? Z czego wynika? Dobre pytania. A na początek może ja sama rozważę, do jakiej kategorii przypisać książkę? Na pewno nie jest to poradnik. Temat lęku jest tutaj poruszony bowiem w wielu aspektach, czy zestawieniach, a sama forma jest szerokim spektrum rozmowy, jaką przeprowadziła ze znanym psychologiem redaktor naczelna portalu Sukces Pisany Szminką. Forma ta jest zdecydowanie bardzo przystępną i przemawia do mnie znacznie sugestywniej, bo taka szczera rozmowa ma większe znaczenie, niż suche prawienie morałów. A i tych w ogóle tu nie znajdziecie. To raczej próba przyjrzenia się i zdefiniowania terminu – Lęk.

„Lęk zaś jest bardzo silną emocją, która często ma niezdefiniowane przyczyny – nie jest związany z konkretną sytuacją.”

W książce termin ten odmieniony jest przez wiele przypadków. W trzynastu rozdziałach zawarto mnóstwo spostrzeżeń, w których lękowi przyjrzano się z różnych stron, rozpatrywano w różnych kategoriach. Od zagadnień ogólnych, po dyskusje o początkach lęku, w jakich warunkach się rodzi, z czego wynika. Lęk w kategoriach oceny, czyli słynnym powiedzeniem „co ludzie powiedzą”. Następnie starano się zdefiniować lęk przed samotnością, przed porażką, przed sukcesem, przed emocjami, itp. Najciekawszym rozdziałem, który mnie osobiście bardzo zaabsorbował, to lęk przed śmiercią.

„Lęk przed śmiercią jest zakorzeniony w różnego typu przejawach życia człowieka – od kultury po rodzinę. Należy zacząć od tego, że lęk przed śmiercią przeżywa każdy, ale nie zawsze. To znaczy, że w normalnych warunkach, a więc na przykład bez wojny czy naturalnych kataklizmów, lęk przed śmiercią pozostaje ukryty.”




Nie wiem, z czego to wynika, ale ostatnio coraz częściej rozmyślam o śmierci. Czy to przychodzi taki moment? Być może. Kiedyś przebudziłam się nawet w nocy, bo śniło mi się, że umarłam. Przeraża mnie to. Coraz częściej zadaję sobie pytanie, co ze świadomością człowieka po śmierci? Czy to normalne takie kontemplowanie o takich sprawach?

„Istotą lęku przed śmiercią nie jest tylko strach przed cierpieniem, ale przede wszystkim świadomość, że przyjdzie taki moment, kiedy nas już nie będzie, czegoś ważnego nie skończymy, nie będzie nam dane więcej niż nowego stworzyć. Można powiedzieć, że jakkolwiek śmierć jest końcem przyszłości, to w lęku przed śmiercią kryje się wiele aspektów związanych z poczuciem tożsamości.”

Dagna Kurdwanowska stara się budować tak pytania, by zaintrygować czytelnika niecodziennymi odpowiedziami swojego rozmówcy. Autorzy książki rozpatrują lęk w ujęciu usprawiedliwienia go wymówkami, ale przede wszystkim starają się odpowiedzieć na bardzo istotne pytanie – czy naprawdę jest się czego bać? Czym tak naprawdę jest lęk? W dużej mierze generowany przez nasz umysł, bo my sami stawiamy sobie bariery, wymyślamy masę sprzeczności, by zracjonalizować obraz lęku.


Książka w psychologicznym ujęciu, odpowiadająca na różne wątpliwości i piętrzące się pytania. W końcu jesteśmy ludźmi i życie nas zaciekawia. A może warto lęk zamienić w ciekawość?

Intrygująca rozmowa. Szczerze polecam!


Za książkę dziękuję:








[Z cyklu - zainspiruj się Bałkanami] O rety! - rekin na bałkańskim stole! :)








Kochani!

Ten cykl ma przybliżyć Wam kuchnię i zwyczaje ludzi zamieszkujących tereny Bałkanów. Cykl przygotowuje dla Was Skarlet, współautorka książek o Bułgarii. Dzisiaj powiało grozą, ale dla tamtych terenów i mieszkańców, to danie jest normalnością, takim odpowiednikiem naszej polskiej ryby po grecku.

Jak zawsze, życzę Wam inspirującej lektury i smacznego :) A więcej informacji i ciekawostek znajdziecie na stronie autorki: www.dobulgarii.blogspot.com


Rekin na bałkańskim stole 

Spędzimy dziś kilka chwil nad Morzem Czarnym, a następnie przeniesiemy się do Grecji, na poszukiwanie znanej w Polsce ryby po grecku. Gotowi do podróży? Zapraszam.

Zaczynamy od Bułgarii, małego kraju, „w którym króluje różnorodność. (...) Pasma górskie różnią się od siebie znacząco wysokością, urodą, charakterem. 354 kilometry wybrzeża morskiego to czerwono-pomarańczowe klify, jaskinie w stromych skałach zawieszonych nad wodą, laguny i gdzieniegdzie białe jak śnieg, gdzie indziej czarne skały przeplatane piaszczystymi, szerokimi plażami kuszącymi do leniwego odpoczynku.” Mieszkańcami Morza Czarnego są między innymi uśmiechnięte delfiny. Lubią ludzi, a więc nie trudno je spotkać. Chętnie towarzyszą statkom i łodziom. Nos w nos obcujemy z nimi w kawiarni pod warneńskim delfinarium, oddzielonej od basenu szklaną ścianą. I z jednej i z drugiej strony padają ciekawskie spojrzenia.


Zdj. nadesłane przez autorkę


Mieszkańcami Morza Czarnego są także rekiny. Te żyjące w bułgarskich wodach osiągają 1,5-2 metry długości i ważą 10-12 kg. Mięso rekina jest bardzo smaczne i wiem, że można je kupić w Polsce. Wprawdzie najsmaczniejsze są potrawy ze świeżego rekina, ale i tak warto spróbować. W Bułgarii je się tę rybę smażoną, pieczoną lub suszoną. 


Rekin z grzybami

Składniki:

1 kg rekina (dzwonka lub pokrojony filet) 

Sól do smaku 

Pieprz do smaku 

1 pęczek pokrojonej cebuli szczypiorowej 

2-4 ząbki posiekanego czosnku 

6-8 pokrojonych pieczarek 

4 łyżki masła 

100 ml śmietany


Sposób przygotowania:

Rekina posolić, popieprzyć i ułożyć w naczyniu żaroodpornym do pieczenia. Na patelni lekko podsmażyć na maśle: cebulę i czosnek (2-3 min), dodać grzyby i krótko poddusić (2-4 min). Dodać śmietanę, wymieszać i polać rybę zawartością patelni. Potrawę wstawić do rozgrzanego piekarnika, piec w średniej temperaturze ok. 30 minut.

Smacznego!



Zdj. nadesłane przez autorkę


Przenosimy się do Grecji, kolejnego, pięknego kraju, z którego pochodzi mama mojego męża. Tutejsza kuchnia to kuchnia bałkańska, poznaliście już ją z wcześniejszych wpisów opublikowanych w tym cyklu. Znanej w Polsce ryby po grecku – w Grecji nie ma. 

Ci, którzy znają moje książki wiedzą, że zbaczam czasem z bałkańskich ścieżek i zagłębiam się w świecie retro. Wyruszyłam na poszukiwania. Początków ryby po grecku nie odkryłam, ale znalazłam ją w dziewiętnastowiecznych książkach kucharskich i w poradnikach kulinarnych wydawanych na początku XX wieku. Chyba nikt już nie pamięta od kiedy przepis stał się popularny w naszym kraju.

Ponad 100 lat temu proponowano taki oto sos – nazywany greckim. 


Zdj. nadesłane przez autorkę


W Grecji ( i nie tylko) rybę z warzywami piecze się. Na pewno smakuje inaczej. 

Ryba po grecku

Składniki:

8-10 łyżek oliwy z oliwek 

1 średnia ryba (1,5-2 kg) 

sól do smaku 

pieprz do smaku 

1 szklanka pokruszonych orzechów włoskich 

0,5 kg cebuli pokrojonej w talarki 

1-2 średnie marchewki starte na grubej tarce 

450-600 g pomidorów pokrojonych w kostkę 

2-3 liście laurowe


Sposób przygotowania:


Oczyszczoną rybę posolić i popieprzyć z zewnątrz i od wewnątrz. Do środka włożyć 3/4 orzechów. Rybę ułożyć w naczyniu żaroodpornym z oliwą na dnie. Ułożyć wokół ryby i na niej: cebule, marchewki, pomidory, pozostałe orzechy i przyprawy (sól, pieprz, liście laurowe). Naczynie wstawić do rozgrzanego wcześniej piekarnika. Piec 20-35 minut w temperaturze ok.180 stopni.


Smacznego!





Cytat na wstępie jest fragmentem z książki „Bułgaria znana i nieznana. Kierunek Burgas”. Wśród „Recenzji Agi” znajdziecie tę książkę.












piątek, 23 lutego 2018

[Audiobook. Patronat medialny] „Czarny Maciek i wenecki starodruk” Dariusz Rekosz. Pomysłowość, dynamiczna akcja i niezapomniana podróż śladem gangsterskiej szajki złodziei






StoryBox.pl

Czas trwania: 4 godz. 5 min.

Czyta: Piotr Borowski




Kolejny audiobook, który w interpretacji Piotra Borowskiego jest znakomicie, ciekawie i intrygująco spędzonym czasem z kolejną książką Dariusza Rekosza. Nam co prawda kończą się ferie, ale zdążyliśmy się zaprzyjaźnić z nową czwórką bohaterów. Czarny Maciek otwiera nowy cykl z młodymi detektywami, a moi synowie poznali nowych kumpli. Po raz kolejny również znakomita interpretacja Piotra Borowskiego idealnie oddała klimat książki, wprawiła nas w chwile napięcia i oczekiwania na kolejny rozdział. Lektor idealnie przedkłada treść, dostosowując barwę głosu do danej sytuacji, czy bohatera.


Tym razem dwójka przyjaciół – Maciek Czerny zwany „Czarnym” i Paweł Kisielewicz „Kisiel” zmierzą się z szajką gangsterską oraz wielkimi pieniędzmi za książkę, którą niespodziewanym sposobem przejęła Kaśka Górecka, klasowa lizuska. A komu? Gangsterom. Niemożliwe? Wszystko możliwe. Jednym słowem, przygoda życia. A wszystko zaczęło się niewinnie - od wykrycia sprawcy bateryjek ze szkolnych myszek komputerowych. W tej opowieści nie ma przypadków. Każde posunięcie bohaterów jest dokładnie przemyślane, akcja nabiera niespodziewanego tempa. Rozwikłanie zagadki rozpocznie się poznaniem prawdy o książce, którą czytała Kasia. Dziewczynka zaabsorbowana chęcią napisania swojej książki, opartej na prawdziwych faktach, wezwana przez wychowawcę na pouczającą rozmowę, dowie się, że owa książka jest wiecznym starodrukiem, wydanym w Wenecji, skradzionym w weneckim muzeum, a nagroda za jego znalezienie, to wręcz niebagatelna suma. Ale, to nie koniec niespodzianek. Okaże się, że pewne zdarzenia mimowolnie potoczą się innym torem, bo Kasia ma siostrę bliźniaczkę. 




Dariusz Rekosz nie szczędzi odbiorcom swoich książek żadnych emocji. Akcja opowieści nabiera tempa przy każdym nowym wątku, a fabuła jest przemyślana i dopracowana w każdym calu. Tu nie ma przypadków, bohaterowie zachęcają do aktywności, do rozwikłania tajemniczej zagadki, podążenia tropem szajki, która wykradła starodruk. Na pierwszy rzut oka niby prosta zagadka, ale w miarę upływu czasu, rośnie ciekawość i napięcie. A w pełni profesjonalna interpretacja Piotra Borowskiego w pełni oddaje jej klimat i specyficzną aurę.


Szczerze polecamy!



Za audiobooka dziękuję:









czwartek, 22 lutego 2018

„Na wpółświadomy. Powtarzając za sobą samym” Maksymilian Bron. Liryczne, pełne poetyckiego wyrazu obrazy, jednoznacznie odzierające ludzką naturę...







Wydawnictwo Psychoskok

Ilość stron: 92




„Pamiętam wymarzone drogi
ze znikającym ptakiem przy zachodzie światła
pamiętam, bo tam szedłem
kiedyś
a teraz ścieżka ta gdzieś przepadła [...]”


Czytając wiersze Maksymiliana Brona można śmiało zdefiniować je, jako wiersze skłaniające do głębszych refleksji nad życiem, jego sensem i priorytetach. Wiele jest w nich spostrzeżeń na tematy współczesnego stylu życia, któremu poeta zdecydowanie się przeciwstawia, kreśląc liryczne, pełne poetyckiego wyrazu obrazy, jednoznacznie odzierające ludzką naturę z fałszu, czy maskowania prawdziwości. 

Poezja Maksymiliana Brony podkreśla to, co w życiu najważniejsze. Znajdziecie w tomiku wiersze, które są wyrazem wdzięczności dla żony, uwielbienia miłości i ich wspólnych dzieci. To właśnie rodzina i szacunek należą do najszczerszych i najgłębszych wartości, o jakich pisze poeta, poświęcając swoim wyznaniom i czułym gestom więcej miejsca. Nie szczędząc przy tym mądrych odniesień do otaczającej rzeczywistości, wyzutej z prawdziwych, namacalnych gestów.


Poeta podkreśla, jak ważna jest dla niego bliskość drugiego, możliwość zatopienia się w kolorze oczu swojego odbiorcy, bo człowiek winien większą uwagę poświęcać na to z kim i jak konwersuje, jaką wartość mają te rozważania i czym jest tak naprawdę egzystencjalny wymiar naszego ziemskiego bytu: „Ludzie się kłócą o czarną lub czerwoną zarazę/ Żyć bez kajdan nie potrafią, o wolności nie marzą/ Podają statystyki, nie widząc za nimi ludzi/ dopóki ktoś nie przystawi do ich skroni lufy”. Podsuwając swoje poetyckie wywody poeta skłania nas do głębszych refleksji, do tego, by świat odbierać sensualnie, palpacyjnie, bo przecież żadna sztuczna powłoka, plastikowe pudełko nie jest w stanie dać nam takich doznań, jak możliwość poczucia zapachu, czy intensywności danej powierzchni.




Wiersze Brona zaskakują metaforycznymi tytułami, a wiele z nich również pewną regularnością budowy, która znakomicie nadaje się, by dodać linię melodyczną i wyszłyby z nich bardzo wymowne piosenki. Poeta nie szczędzi nam w nich sentymentalnych obrazów, wyrazistych pragnień, przemyśleń, ale nade wszystko przypomina o rzeczach ważnych, jeśli nie najważniejszych. Bo kiedyś także nastąpi koniec świata, spełnią się nasze marzenia, czy po prostu odnajdziemy właściwe ścieżki na rozstajach: „A jak będzie koniec świata/ to już nigdy nie wtulimy się w siebie w tańcu/ Oddalimy się od siebie/ jakbyśmy ciągnęli sznur po jednym z końców”. 




Tomik Maksymiliana Brona polecam szczególnie tym, którzy pragną chwili zadumania, refleksji, czy sentymentalnych powrotów do wspomnień, które zostały gdzieś w sercu, ale boją się otworzyć przed drugim człowiekiem. 


Za tomik dziękuję:










„O czym Ty człowieku opowiadasz...” - odcinek 8 – Sabina Waszut :)









Kochani!

Projekt „O czym Ty człowieku opowiadasz...” świetnie pokazuje pewne zależności, ale i różnice zdań między uczestnikami. Jedno jest pewne, dla każdego – słowo – to coś wielkiego, o niesamowitej potędze i wartościach, od których pokolenia młodych zaczynają odchodzić. To przykre, że „znakiem czasu” stają się skróty myślowe, czy znaki graficzne wyrażające emocje, że młodzi nie potrafią ze sobą konwersować, czy najzwyczajniej w świecie, słuchać siebie nawzajem.

Na podsumowania przyjdzie jeszcze czas.



„Słowo to myśli, emocje i uczucie, które pragniemy pokazać innym. To najpotężniejsza siła sprawcza, potrafiąca zarazem budować i niszczyć.” - Sabina Waszut

Fot. nadesłana
Z prywatnego albumu autorki



Dzisiejszy odcinek poświęcony jest osobie Sabiny Waszut, autorki, do twórczości której mam również szczególny sentyment. Sabina Waszut znana jest przede wszystkim, jako autorka sagi śląskiej. Emocjonalnej, z autentycznymi bohaterami, ale przede wszystkim opowiadającej o trudnych czasach, drastycznych wyborach, a w tym wszystkim – pięknej miłości. Autorka jest także propagatorką kultury śląskiej, recenzentką, organizatorką wielu spotkań literackich.


Życzę Wam przyjemnej lektury i niezapomnianych, skłaniających do głębszych refleksji, wrażeń! 



Sabino, co rozumiesz pod pojęciem „kultura słowa”?

Kultura słowa, to poprawność mówienia i pisania, bez względu na okoliczności. To pielęgnowanie i dbanie o ojczystą mowę. Brak znaków diakrytycznych, emotikony zamiast słów, wulgarności wplatane w zdania, nadmierne używanie zapożyczeń (np. język używany w korporacjach). Wszystko to zubaża język, niszczy go. 

Czym dla Ciebie jest – słowo? Czy masz jakieś swoje ulubione?

Słowo to myśli, emocje i uczucie, które pragniemy pokazać innym. To najpotężniejsza siła sprawcza, potrafiąca zarazem budować i niszczyć. 
O mocy słów doskonale mówi ten cytat:

"Każdy umiera – odparł Bajarz. – Ale niektórzy umarli żyją dalej w swych słowach"
Orson Scott Card, Siódmy syn

Ulubiono słowo: życie, w nim mieści się wszystko.

Jak Twoim zdaniem zmienia się język literacki? Czy ta zmiana zmierza w dobrym kierunku?


Niestety język literacki coraz częściej zbliża się do języka potocznego. Literatura stała się towarem, takim jak kawa bądź mydło. Wydawnictwa nastawiają się na zysk, a pisarz ma za zadania trafić do jak największej liczby czytelników, a to nie sprzyja podnoszeniu poziomu.
Wiele książek sprzedaje łatwe słowa i płytkie emocje.
Myślę jednak, że to jest tylko etap. On minie. Czytelnicy tęsknią za pięknym językiem i coraz częściej wybierają książki, które wymagają choć odrobiny intelektualnego wysiłku. 




Co myślisz o wulgaryzmach, potoczności słownej stosowanej coraz częściej w książkach?


Nie lubię wulgaryzmów i stosuję je niezmiernie rzadko. Oczywiście czasem wymaga tego sytuacja bądź bohater, ale używanie wulgarnego języka tylko po to, aby wywołać sensację i przyciągnąć czytelnika nie jest dobre. 


Czy o współczesną polszczyznę można być spokojnym?

Jeśli młodzieżowym słowem roku zostaje XD - słowo, które właściwe jest emotikonom, powinniśmy czuć się zaniepokojeni. Pocieszającym jest natomiast fakt, że drugie miejsce w tym samym rankingu zajęło słowo „dwudzionek”, mające zastąpić słowo weekend. To pozytywna zmiana. 

A teraz spróbuj „naprędce” wymyślić krótką historyjkę, która zaintryguje czytelników - w myśl tytułu projektu. O czym ona będzie, czy to zmyślona, czy autentyczna, to zależy od Ciebie.

Powodzenia!


Budzik, śniadanie, marynarka, samochód, budynek, biuro, cyfry, kawa, samochód, dom, obiad, dzieci, pranie, kolacja, prysznic, sen


W szesnastu słowach zmieściłam dzień. Rzeczownik za rzeczownikiem, godzina za godziną. Opowiedziałam historię.

Każdy zrozumie. Ale czy ktoś poczuł? 


Świat bez przymiotników. Świat bez emocji, o których w pędzie dnia zapominamy. 

Pomijamy w telefonicznych wiadomościach i szybkich mailach. Słowo zastępujemy znakiem. 


Poranek, fryzjer, makijaż, sukienka, kwiaty kościół, ołtarz, on, tak, życzenia, obiad, taniec
W dwunastu słowach opowiedziałam historię miłości 

Kogo wzruszyła? 



środa, 21 lutego 2018

[Recenzja premierowa. Patronat medialny] „Nie ufaj nikomu” Filip Lewicki. Mafijni bossowie, terroryści i on jeden...







Wydawnictwo Psychoskok

Ilość stron: 277


Muszę przyznać, że powieść Filipa Lewickiego znakomicie wpisuje się w kategorię sensacji, bowiem jest tu mnóstwo wątków, dynamicznej akcji oraz niesamowicie wykreowana postać Vasilija, który niczym niezłomny łowca głów, pragnie naprawić świat i rzeczywistość, dobierając się do bogatych, zastawiając na nich pułapki, spektakularnie pakując ich tam, gdzie ich miejsce. Dawno nie czytałam tak aktywnej książki, w której dzieje się mnóstwo, a jeszcze więcej jest skutków tych działań.

Vasilij to samotny wilk, który jak coś robi, to przykłada do tego maksimum swojej uwagi, skrzętnie wszystko analizując, dokładnie obmyślając strategię, wykorzystując lata swoich doświadczeń i wiedzy, którą zdobył. Autor pokusił się o to, by jego bohater mógł nam pokazać, co potrafi. W swej niesztampowej opowieści wykorzystał retrospekcję czasową, dzięki której możemy poznać losy jego bohatera. Korzenie Vasilija sięgają Polski, w której się urodził i wychowywał. Tło społeczno-polityczne to czasy głębokiej komuny. Młody Vasilij odbywając obowiązkową służbę wojskową poznaje kilku dobrych kolegów. Poznaje też Lilę, zakochuje się. Wszystko do momentu, kiedy wyjeżdża na pierwszą misję. Bohater Lewickiego powróci do Polski, jednak najpierw objedzie niemal pół świata tropiąc mafijnych bossów, terrorystów, którzy uprowadzili samolot, którym leciał, i w którym zginęło wielu niewinnych ludzi, przemierzając Kolumbię, Rosję, Albanię, wymierzając sprawiedliwość po swojemu. Vasilij, od momentu odejścia żony, wychowuje samotnie syna, żyjąc na kompletnym odludziu, hartując chłopaka na twardego faceta, godnego swojego następcę.


W tej powieści nie ma żadnych przypadków, czy nieprzemyślanych posunięć. Autor doskonale wiedział, po co stworzył postać Vasilija. Ukazał świat ciemnych interesów, funkcjonowania mafii narkotykowej, kreśląc wiele intrygujących i tajemniczych wątków. A przy tym dość intensywny wątek miłosny, problemy osobiste, odizolowanie od świata zewnętrznego, które w powieściach obyczajowych wysuwają się na plan pierwszy, tutaj ewidentnie chowają się za brawurowymi akcjami, czy spektakularnymi misjami głównego bohatera.




Przy książce „Nie ufaj nikomu” Filipa Lewickiego nikt nie będzie się nudzić. Autor zadbał o specyficzną atmosferę, tajemnicze wątki, dynamiczne sceny, w których bohater daje popis swoim umiejętnościom dedukcyjnym i zręcznościowym. Znakomicie nakreślone napięcie i portret głównego bohatera, który wykazuje się nie tylko siłą fizyczną, ale i niejednoznacznym charakterem, jednak wie, czego chce i swój cel potrafi doskonale osiągnąć. A przy tym lekkie pióro i plastyczne opisy. 


Szczerze polecam!








Za patronat i książkę przed premierą, dziękuję:










[Zapowiedź premiery] Już 27 lutego premiera drugiej części sagi "Małe tęsknoty" Anety Krasińskiej, p.t. "Pragnienia Elżbiety", Wydawnictwo Replika







Kochani!

Współpracując z autorką, z którą mam nie tylko znakomity kontakt wirtualny, ale będąc jednym z Jej patronów medialnych i ambasadorskich, mam przyjemność przedstawić Wam krótką zapowiedź najbliższej premiery autorki "Pragnienia Elżbiety". To druga część trylogii, w której autorka nie szczędzi nam po raz kolejny emocji, kreując znakomicie autentycznych bohaterów.

Pozwoliłam sobie zadać przed premierą Anecie kilka pytań. 

Aneto, stoimy u progu premiery drugiej części sagi „Małe tęsknoty”. Trzy kobiety, trzy różne postaci. Dajesz każdej ze swoich bohaterek grać i rolę pierwszoplanową, i drugoplanową. Trzy spojrzenia, trzy światopoglądy. Dlaczego akurat tak i czego możemy spodziewać się w „Pragnieniach Elżbiety”?

Pozostałam wierna konwencji wykorzystanej w pierwszej części trylogii. Trzy bohaterki, ich przeżycia, wrażenia i myśli. Tym razem zaczynają się poznawać, choć nie ma ku temu sprzyjającej atmosfery. Wszystkie przeżywają wewnętrzne rozterki, cierpią i poszukują wyjaśnienia zaistniałej sytuacji. 

Która z tych bohaterek jest Ci szczególnie bliska?

Każda z tych postaci jest mi bliska, choć każda w inny sposób. Tak jak Elżbieta lubię sztukę. Kalina pracuje z dziećmi i marzy o tym, by zostać mamą. Sama mam dwoje dzieci, więc rozumiem jej pragnienie. Lena jest zbuntowaną nastolatką, a ja z młodzieżą mam do czynienia na co dzień. 

Balansujesz emocjami w swoich książkach, teraz pewnie też ich nie zabraknie. Czy jest coś, co chciałabyś każdej z nich przekazać, gdybyś miała którąś z nich poznać osobiście?

Moje bohaterki przeżywają trudne chwile. Czasem się poddają, tak jak my sami. Ważne jest, żeby mieć w swoim otoczeniu kogoś bliskiego, kto potrzyma za rękę, wysłucha naszej skargi, a kiedy trzeba, mocno potrząśnie.
Największy sentyment mam do Leny, która jest młoda i dość naiwna. Łatwo ją wykorzystać i głęboko zranić. Powiedziałbym jej, by uwierzyła w siebie i w to, że wokół są ludzie, którym na niej zależy. 


Co jeszcze trzymasz w zanadrzu? Na co mamy czekać po sadze „Małych tęsknot”?


Na razie za wcześnie, żeby zdradzać szczegóły, ale pracuję nad kolejnym cyklem powieści, w których miłość przeplata się z tęsknotą i walką o szczęście. Aby dodać pikanterii, zdradzę, że pojawi się również wątek sensacyjny. 



Trzymam kciuki! Z niecierpliwością wyczekuję również kolejnych powieści.





W drugiej części trylogii "Małe tęsknoty" spotykamy znajome już bohaterki: Kalinę, Elżbietę i Lenę. Pewnego dnia przewrotny los przypadkowo splótł ze sobą ich losy i wywrócił ich życie do góry nogami. Każda na własną rękę usiłuje się pozbierać i rozliczyć z demonami przeszłości. Elżbieta po wypadku zapada w śpiączkę i choć nie ma z nią kontaktu, ona sama odbywa podróż w przeszłość, do wydarzeń z młodości, które położyły się cieniem na całym jej życiu.

Kalina traci dziecko i dręczona wyrzutami sumienia nie jest w stanie wrócić do pracy, która do tej pory dawała jej mnóstwo satysfakcji. Dodatkowo żyje w ciągłym lęku, że trafi do więzienia za spowodowanie wypadku.

Lena, najmłodsza z bohaterek, wciąż ma problemy z budowaniem relacji. Nie znajduje wspólnego języka z rówieśnikami, nie lubi chodzić do szkoły. Kiedy spotyka dużo starszego od siebie Adama, przez chwilę wierzy, że teraz wszystko w jej życiu się zmieni. Niestety, ten związek zwiastuje wyłącznie kłopoty…

Czy kobiety będą umiały stawić czoło przeciwnościom i pierwszy raz w życiu powiedzieć, że są szczęśliwe?

Fragment powieści

Rozdział 1

28 sierpnia 2015 r. (wtorek)

KALINA

Bez pośpiechu podniosła powieki. Wokół wciąż panował nieprzyjemny mrok. Wyciągnęła przed siebie prawą dłoń i wytężyła wzrok, by spojrzeć na zegarek. Dopiero po dłuższej chwili wpatrywania się w jego białą tarczę zdołała dojrzeć leniwie posuwające się wskazówki, pokazujące godzinę drugą dwadzieścia cztery. Znowu próbowała zasnąć bez środków nasennych i znowu poniosła porażkę. Od trzech miesięcy przestała liczyć, ile ich było. Każdego dnia wstawała z łóżka z jedną myślą: jak wiele byłaby w stanie oddać, by zmienić przeszłość.

Odruchowo sięgnęła ręką w stronę stolika. Bez trudu znalazła niewielkie opakowanie estazolamu stojące tuż przy lampce nocnej, której nawet nie musiała włączać. Natychmiast połknęła jedną z tabletek i położyła się ostrożnie, by nie obudzić męża. Miała dość jego pocieszeń. Doceniała je, ale doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie jest w stanie pojąć bólu rozrywającego jej wnętrzności, przenikającego do mózgu, miażdżącego kolejno napotykane sploty nerwowe.

Wiedziała, że ma jeszcze pół godziny, zanim lekarstwa zaczną działać. Cierpliwie leżała, wpatrując się w ciemną przestrzeń. Przed oczyma wciąż miała ten sam obraz, który powracał do niej każdej nocy, gdy czekała, aż jej mięśnie zaczną wiotczeć, a myśli przestaną ranić. Powracająca scena wypadku wyryła się w jej pamięci. Słyszała dochodzące zewsząd krzyki i pytania o to, jak się czuje. Na niebie tłoczyły się nisko zawieszone chmury, jakby każda z nich chciała wygrać w starciu z inną. Wilgoć przesyciła czerwcowe powietrze, pozbawiając paletę wszystkich barw oprócz wszechobecnej szarości. Skurcz, który skutecznie pozbawił ją sił do walki o życie dwóch rannych kobiet, odebrał jej oddech, ale najgorsze dopiero miało nadejść. Nie czuła, jak łzy płynęły jej po policzkach. Nerwowo rozglądała się wokół siebie, ale nie poznawała żadnej z twarzy. Przez cały czas jak mantrę powtarzała jedno słowo: dziecko. Będąc w karetce pogotowia, wiedziała, że musi być dzielna i myśleć pozytywnie, dlatego zamknęła oczy i coś nuciła pod nosem, starając się nie słuchać tego, co mówili do siebie sanitariusze. Prawą dłoń położyła na brzuchu, jakby w ten sposób chciała ochronić swój największy skarb.

Nie odpowiadała, gdy pytano ją o nazwisko.
Nie odpowiadała, gdy pytano o rodzinę.
Nie odpowiadała, gdy pytano o miejsce zamieszkania.

Wciąż powtarzała jedno słowo: dziecko.

Środki nasenne najwyraźniej zaczynały działać, bo wspomnienia zaczęły się rozmywać, tworząc duże plamy w szaroburych kolorach. Przekręciła się na bok i mocniej przytuliła do śpiącego męża. Jego ciało emanowało spokojem i kuszącym ciepłem.

Kiedy świadomość zaczęła ponownie wracać, Kalina usłyszała szum wody. Otworzyła oczy. Słońce nie przenikało przez grube rolety. Powoli spojrzała na zegarek. Spała prawie pięć godzin. Od niedawna taka ilość snu całkowicie jej wystarczała do codziennego funkcjonowania. Nigdzie nie musiała się spieszyć, wciąż nie powróciła do pracy. Nie dyskutowała z lekarzem, gdy zasugerował, że po wyjściu ze szpitala powinna odpocząć. Niby do czego miała biec? Nikt już jej nie potrzebował. Znowu nie spisała się jako matka. Miała wrażenie, że wszystko, co robi, dzieje się w zwolnionym tempie. Im wolniej toczyło się jej życie, tym głębiej przeżywała stratę dziecka. Każdy dzień stanowił walkę z własnymi słabościami, wątpliwościami. W tym wszystkim najgorszy był dla niej brak celu.

Podniosła się z łóżka i włożyła kapcie. W tej samej chwili drzwi do sypialni się uchyliły i ukazała się w nich kruczoczarna czupryna Kamila, którą najwidoczniej dopiero co zdołał okiełznać pod prysznicem. Kilka kropli wciąż lśniło na jego nagim torsie. Ciemne oczy kontrastowały z jasną cerą.

Gdy spostrzegł, że Kalina już wstała, bez wahania wszedł do środka.

– Cześć, skarbie – odezwał się, całując ją w policzek. – Jak dzisiaj spałaś?

– Jak zwykle – odparła, tuląc się do niego. – Myślałam, że uda mi się zasnąć bez tabletek, ale najwyraźniej przeliczyłam się i nawet tego nie potrafię.

– Daj spokój – poprosił, delikatnie gładząc jej włosy, które wyraźnie odrosły i teraz niedbale opadały jej na czoło – lekarz uprzedzał, że napady lękowe i bezsenność mogą jeszcze potrwać przez kilka miesięcy.

– Rozumiesz, że mam tego dość? Chciałabym żyć jak dawniej, ale nie potrafię. Nie umiem zasnąć i zapomnieć o tym, co się zdarzyło. Nie umiem…

– Wiem, kochanie. Jeszcze chwilę. Wszystko się ułoży. Czas leczy rany.

– Gówno prawda! – wybuchła i odskoczyła od niego niczym oparzona. – Gówno prawda! – powtórzyła, patrząc mu prosto w oczy. – Minęły trzy miesiące, a ja, gdy zamykam oczy, czuję, jakby ktoś przykładał mi do piersi rozżarzone węgle. I wiesz co? Mam wrażenie, że wypalają mi wnętrzności!

– Uspokój się – poprosił, próbując ją objąć.

– Mam dość pocieszania! Każdy dzień jest oczekiwaniem, tylko na co? Nie mam już nic!

– Nie mów tak. Jesteśmy my. Kochamy się i uda nam się przez to przejść.

– Codziennie rano wychodzisz, a ja odliczam sekundy, minuty i godziny do twojego powrotu, a każdą z nich wypełnia wciąż jedna myśl…

Zamilkła.

Zawahał się, czy powinien pytać dalej, jednak po chwili sama kontynuowała:
– Wszytko spieprzyłam. Wszystko. – Na moment zawiesiła głos, jakby ważyła utracony czas. – Zagapiłam się. Powinnam być bardziej uważna. Może wtedy…

– Nie możesz się obwiniać – zaczął, sadzając ją na łóżku. – Wypadek nie był z twojej winy.

– Szkoda, że prokurator nie jest tego taki pewien – bąknęła, nie podnosząc na niego wzroku.

– Musiałby być ślepy, żeby tego nie dostrzec.

– Widocznie tak mu wygodniej.

– Obiecuję, że kiedy to wszystko się skończy, wyjedziemy gdzieś odpocząć – zmienił temat. – Może Wyspy Kanaryjskie?

Milczała, jakby nie usłyszała pytania. Patrzyła na swoje stopy, wydawały się takie obce.

Przez chwilę czekał, aż się otrząśnie, a kiedy to nie nastąpiło, powiedział:

– A może powinnaś wrócić do pracy? – W napięciu obserwował jej minę, ale nie był w stanie niczego z niej wyczytać. – Zawsze kochałaś swój zawód. Uwielbiasz dzieciaki, z którymi pracujesz, więc dlaczego miałabyś kontynuować zwolnienie?

– Nie dam rady. – Podniosła na niego wzrok. W jej oczach był smutek spotęgowany brakiem wiary. – Nie potrafię – szepnęła.

– To jak z jazdą na rowerze – zażartował. – Tego się nie zapomina.

– Nie mam siły śmiać się razem z nimi. Nie mam siły słuchać ich pytań. Nie mam siły patrzeć na ich beztroskie miny. Nie!

– Dobrze, nie będę nalegał, ale obiecaj mi, że się nad tym zastanowisz.

W odpowiedzi jedynie pokiwała głową, po czym podniosła się i wyszła z sypialni.

W kuchni nastawiła wodę na herbatę i zabrała się za krojenie chleba. Jak każdego dnia nie miała ochoty na śniadanie, ale przestała walczyć z Kamilem, który wciąż jej powtarzał, że musi jeść.

Kiedy kilka minut później wszedł do kuchni ubrany w popielaty garnitur i śnieżnobiałą koszulę, śniadanie już na niego czekało. Kalina usiadła naprzeciwko i obserwowała, jak nadgryza pierwszą kromkę chleba.

– Nie będę jadł sam – ponaglił ją.

– Wiem – odparła z wyraźną rezygnacją w głosie.

– Smacznego.

– Nawzajem. – Sięgnęła po kanapkę.

Uszczknęła niewielki kęs i przez chwilę żuła go, zupełnie nie czując smaku.

– Może wyjdziesz na spacer? – zaproponował Kamil, patrząc na nią z troską. – Zapowiada się ładny dzień.

– Może – rzekła bez przekonania.

– Zostało trochę suchego chleba, może zaniesiesz go kaczkom?

– Może – powtórzyła bez większych emocji.

– Spróbuj spędzić trochę czasu na świeżym powietrzu – zachęcił, choć w jego głosie pobrzmiewała nutka rezygnacji.

– Postaram się – obiecała niechętnie.

– Biegnę, kochanie, żebym się nie spóźnił – oświadczył, próbując odzyskać spokój ducha. – Jeszcze tylko cztery dni, a później nie będę już musiał przed nikim się tłumaczyć.

Uśmiechnęła się niewyraźnie. W ostatnim czasie to było jedyne wydarzenie, które potrafiło poprawić jej nastrój.

– Zasłużyłeś na to. – Podniosła głowę znad talerza. – Będziesz świetnym szefem, mężem już jesteś, tylko masz beznadziejną żonę – dokończyła.

– Jeśli jeszcze raz coś takiego usłyszę, to obiecuję, że…

– Zostawisz mnie? – spytała natychmiast, a jej dolna warga zaczęła lekko drżeć.

– Nie licz na to. – Ukląkł przed nią i ukrył jej dłonie w swoich. – Nigdy tak o mnie nie myśl, bo sprawiasz mi ogromną przykrość.

– Przepraszam – zaczęła. – Ostatnio tylko to potrafię.

– Kocham cię najbardziej na świecie i nie wyobrażam sobie, że mógłbym cię stracić. Nieważne, co się stanie, jesteśmy razem i wspólnie przez to przejdziemy. – Mocno ją objął i pocałował w czubek głowy.

Szybko przywarła do jego ciała. Nawet przez koszulę i marynarkę poczuła ciepło i napięte mięśnie. Chciała tak trwać jak najdłużej, jednak czas ponaglał, dlatego po chwili bez słowa się odsunęła i podeszła do zlewu, by umyć naczynia.

– Do zobaczenia wieczorem!

– Cześć – odparła, nie odrywając wzroku od łyżeczki, którą właśnie płukała.

Kiedy drzwi trzasnęły, zapanowała kompletna cisza. Kalina przyzwyczaiła się do samotności. Mogła wtedy odpoczywać, choć nigdy tego nie robiła, mogła przemyśleć swoje położenie, choć nie dawało jej to nowych perspektyw. Mogła też snuć plany na przyszłość, choć nie widziała w tym celu.

Od momentu, gdy wyszła ze szpitala, myślała o tym, by spotkać się z dwoma ofiarami wypadku. Wiedziała od policjantów prowadzących śledztwo, że starsza kobieta w ciężkim stanie wciąż przebywa w szpitalu na ulicy Banacha w Warszawie, nastolatka zaś po kilkudniowym pobycie na oddziale ortopedycznym ze złamaniem kości piszczelowej w lewej nodze i kilkoma otarciami opuściła szpital i powróciła do opiekunów. Właśnie ta ostania informacja nie dawała jej spokoju. Zastanawiała się, ile musiała znieść tak młoda osoba w swoim krótkim życiu, a teraz jeszcze wypadek.

Kalina wiedziała, że nie ma prawa burzyć spokoju którejkolwiek z kobiet, ale czuła, że dłużej nie zdoła się przed tym bronić. Jej serce drżało, gdy wyobrażała sobie, ile bólu im sprawiła. Wiedziała, że dopóki nie stawi temu czoła, nie odzyska spokoju.

Odstawiła na suszarkę wszystkie umyte naczynia i na moment przysiadła na krześle. Dokończyła pić herbatę, która zdążyła już przestygnąć, po czym na nowo podeszła do zlewu i przepłukała kubek, jednak myśl o spotkaniu stała się tak natrętna, że nie była w stanie o niej zapomnieć.

Wyszła do przedpokoju. Na moment zawiesiła wzrok na swoim odbiciu w lustrze. Zbyt długie blond włosy bezładnie opadały na czoło, zasłaniając piwne oczy. Cera pozostawała blada mimo letnich upałów. Choć ostatnio się nie ważyła, to i bez tego potrafiła stwierdzić, że schudła kilka kilogramów. Kości policzkowe uwydatniły się, dodając jej twarzy kilka dodatkowych lat. Odruchowo dotknęła brzucha, który wciąż był płaski.

Weszła do salonu i zaczęła nerwowo przeszukiwać górną szufladę stojącej w rogu komody. Po chwili odnalazła kopertę, która kilka tygodni temu była biała. Teraz jej kolor balansował pomiędzy beżowym z wyraźnymi śladami odcisków palców a brunatnym od plam po kawie. Wysunęła z niej kilka połączonych ze sobą czarno-białych kartoników. Przez dłuższy czas się w nie wpatrywała. Niewielka szara kropka w centralnej części wydruku przez niewprawionego obserwatora mogłaby nie zostać dostrzeżona. Ona jednak wiedziała, czym, a w zasadzie kim była. Doskonale pamiętała chwilę, gdy podczas badania USG doktor Stachlewski potwierdził to, o czym od pięciu lat marzyła. Wreszcie miała szansę poczuć się matką i ta myśl sprawiła jej nieopisaną radość, której zdawało się, że nic nie jest w stanie przyćmić. Oczyma wyobraźni widziała, jak jej dziecko się do niej uśmiecha, zachłannie wyciąga swoje małe, pulchne rączki, by się przytulić. Chciała je objąć, osłonić przed całym światem, ale to marzenie nie miało już szans na spełnienie.

Nie czuła, gdy bezradnie osunęła się na podłogę. Z rąk wysunęły się wydruki ultrasonografu, które były jedynym dowodem, że nie oszalała i nie wymyśliła sobie istnienia dziecka. Przez chwilę jej ciało drżało z zimna, a może z emocji, po czym poddało się konwulsjom, połączonym z coraz głośniejszym szlochaniem. Nie była w stanie zapanować nad uczuciami, które rozdzierały jej duszę na coraz mniejsze kawałki. Czuła się jak pogrążona w spazmatycznym tańcu, napędzanym przez cierpienie, z którym nie potrafiła się uporać.

Kiedy się ocknęła, nie wiedziała, ile minęło czasu. Starannie złożyła plik kartek i wsunęła je z powrotem do koperty. Całość ukryła w szufladzie pod obrusami. Nigdy nie przyznała się przed Kamilem, że posiada wydruki z ultrasonografu. To było coś, co należało wyłącznie do niej, co sprawiało, że choć przez moment czuła, że jej życie nabrało znaczenia.

Zupełnie rozbita usiadła na kanapie, podwinęła pod siebie nogi i wpatrywała się w ścianę, którą w ubiegłym roku wspólnie pomalowali na kolor ecru. Od tamtej chwili nosili się z zamiarem, by kupić jakąś reprodukcję lub jeden z bardziej nowoczesnych plakatów, który mogliby zawiesić w centralnym punkcie, ale dotychczas nie mogli się zdecydować na nic konkretnego. Póki co ściana pozostawała pusta, dostarczając mnóstwa możliwości nieokiełznanej wyobraźni ludzkiej.

Kalina nie miała siły marzyć. W jej głowie panował chaos, a myśli podążały w dwóch kierunkach: ku ofiarom wypadku i ku nienarodzonemu dziecku, jednak obydwie sprawy na końcu splatały się ze sobą w jedno słowo: ból.






Rozdział 1

wtorek, 20 lutego 2018

„W obcym domu” Sabina Waszut. Trudna śląska powojenna rzeczywistość i miłość, która przetrwała najgorsze...






Wydawnictwo MUZA S.A

Ilość stron: 320




Uwielbiam wracać do wcześniej poznanych bohaterów. Uwielbiam książki, w których emocje grają pierwszorzędne nuty, o których opowiada się ze łzami w oczach. Sabina Waszut po raz kolejny napisała piękną, epicką opowieść, nie szczędząc czytelnikowi licznych afektów, chwil refleksji, pewnej nostalgii. Autorka przywołuje trudną historię w tle powieści, nawiązuje do niedawno zakazanych tematów. Kreśli autentycznych bohaterów, których my jako czytelnicy staliśmy członkami rodzin, kimś bliskim, bo wciąż jesteśmy chłonni informacji o ich życiu i losach. Druga część śląskiej sagi „W obcym domu” to powrót do Zosi i Władka. Ileż to ja razy ryczałam, ileż zadumałam, ale też i uśmiechnęłam, bo przecież życie nie jest tylko zlepkiem ciężkich chwil w powojennych trudach rzeczywistości. W takich rodzinach, jak Zalescy wylewało się łzy, ale po nich wychodziło słońce niosąc nadzieję i radości ze zwykłych codzienności. 


Powojenny Śląsk był biednym, szarym wycinkiem na mapie ówczesnej Polski. Ludziom, którzy przeżyli ciężko udawało się wpasować w ten obraz nędzy i rozpaczy. Mężowie, narzeczeni, synowie nie zawsze wracali do domów. O wielu sprawach i rzeczach nie można było mówić. Górnicy wywożeni w głąb ZSRR, piętno obozu na Zgodzie. Zosia i Władek zmuszeni są budować swoją rodzinę w maleńkim, kilkumetrowym pokoiku starej kamienicy. Wkrótce na świat ma przyjść ich pierwsze dziecko. Czas nawiązywania nowych znajomości, szukania pracy. Władek z dawnym znajomym Paulkiem nieustannie próbują walczyć przeciwko nowemu systemowi. Pojawia się też Józef, brat Władka. Odmienne poglądy przy każdej możliwej okazji poróżniają braci. 




Codzienna walka o siebie, swoje życie na nowo, walka z przeciwnościami, ale i wartościowe „dzisiaj”. Sabina Waszut krok po kroku pokazuje swoich bohaterów w świadomych decyzjach, mimowolnych wyborach, nie szczędząc im i przy okazji nam ogromu emocji i odczuć. Przeżywałam razem z Zosią jej szczęśliwe chwile jako matki, jej tęsknotę i marzenia o pięknym, prawdziwym mieszkaniu. Ten przytłaczający nastrój w jednej ciżbie, zmagającej się z brudem, grzybem, wilgocią. Nie staram się niczego usprawiedliwiać w swoich oczach, niczego nie przypisywać. 

Wątek odradzającej się na nowo miłości Zosi i Władka na tle przemian polityczno-gospodarczych, trudnych, napiętych nastrojów społecznych i tlącej się w sercach nadziei, że to w końcu kiedyś musi się skończyć. Nieustanne kolejki w sklepach, rozpychanie się łokciami o dobrą pracę z godziwą zapłatą, pragnienie kawałka normalnego mieszkania. Tak, to był bez wątpienia ciężki czas, nie do wyobrażenia dzisiaj przez współczesnych. 

Sabina Waszut utkała piękną, epicką powieść o trudach minionych lat, na tle odradzającej się Polski, podnoszącej się z kolan wojennej zawieruchy. Powieść o trudnym zabarwieniu społecznym, okraszonej śląską gwarą i zwyczajami. Trudne wybory, jeszcze trudniejsze powroty i próby odnalezienia się w nowej rzeczywistości. Budowanie odpowiedniego nastroju poprzez znakomite, plastyczne opisy, dzięki którym czytelnik łatwo odnajduje się w tamtym świecie. I w tym wszystkim miłość, która musi znaleźć właściwą drogę, bo odpowiedzialność za nią, to coś ważnego. Piękna, emocjonalna, niezwykle sugestywna, intensywna, wielowątkowa, różnobarwna. O miłości, przyjaźni, śląskich zwyczajach, trudnych wyborach, świadomych decyzjach. 

Wspaniała! 

Gratuluję autorce znakomitego stylu, dzięki któremu książkę czyta się szybko. 

Przede mną ostatnia część „Zielony byfyj”. 







"O czym Ty człowieku opowiadasz..." - odcinek 7 - Małgorzata Urszula Laska :)








„Już od najmłodszych lat i jest połączona z kulturą osobistą, szacunkiem do drugiego człowieka. Nie wystarczy w tym przypadku poprawna polszczyzna, estetyka wypowiedzi, stylistyka, czy wiedza o języku.” - M.U. Laska


Kochani!

Cykl „O czym Ty człowieku opowiadasz...” rozkręcił się na dobre. Różne odpowiedzi, różne spojrzenia na problemy współczesnej polszczyzny i literatury, utwierdzają w przekonaniu, że każdy z nas szuka w niej czegoś innego, inaczej patrzy na język literacki, bo każdy z nas jest po prostu inny, ma inny gust i oczekiwania. Na podsumowania przyjdzie jeszcze czas. 

Dziękuję autorom, którzy już wzięli udział za chęci, poświęcony czas. Kto jeszcze chciałby wziąć udział, zapraszam do kontaktu. Cykl jest dla wszystkich, bez wyjątków, wyróżniania, czy segregowania autorów.


Dzisiejszy odcinek przeznaczony jest autorce, do twórczości której mam szczególny sentyment. Za poruszające książeczki dla dzieci. W każdej bowiem z nich potrafi wpleść mądre przesłanie, uczulając je na estymę, szacunek do świata zwierząt i natury, szczególnie zagrożonych gatunków.


Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki


Małgorzta Urszula Laska
Żyje i pracuje we Frankfurcie nad Menem. Debiutowała kilka lat temu bajką dla dzieci. Od zawsze lubiła rysować. Czytuje różnorodną literaturę. Potrafi ciekawie opowiadać, dlatego też z przyjemnością się Jej słucha. Prywatnie bardzo otwarta i zawsze z pozytywnym nastawieniem do świata. Jedna z Jej ostatnich pozycji - książka dla dorosłego czytelnika „Dziewcak” pretenduje do tytułu Książki Roku 2017 w Niezależnym Konkursie Literackim „Brakująca Litera 2017”. Można cały czas oddawać głosy. Ja już swój oddałam.



Życzę jak zawsze, miłej, inspirującej lektury!


Małgosiu, co rozumiesz pod pojęciem „kultura słowa”?

To zagadnienie towarzyszy nam już od najmłodszych lat. Największy wpływ mają na początku rodzice, później szkoła, środowisko i otoczenie. Znam małe dzieci, które nie nauczyły się jeszcze dobrze mówić, ale naśladując rodziców, potrafią już zakląć jak szewc. To są czasami przypadki patologiczne, ale w rodzinach inteligenckich zdarzają się również. Dziecko nie zna na przykład zwykłych słów grzecznościowych: proszę , dziękuję, pan, pani, dzień dobry, do widzenia.
Pamiętam jeszcze w szkole podstawowej, kiedy nauczycielka kładła na to duży nacisk, a ja później kłaniałam się nieznanym osobom na ulicy, ponieważ tak miałam wpojone. Teraz śmieję się z tego i uważam, że wystarczy zwykłe „dzień dobry”, a sąsiadce w zupełności wystarczy. Przypomniało mi się takie zdarzenie, kiedy stałam ze swoją znajomą przed jej domem, a chodnikiem przechodził syn jej sąsiadki (wójta gminy). Chłopiec prawie otarł się o nas, odwrócił jednak głowę w drugą stronę udając, że nie poznaje swojej sąsiadki (mnie nie znał).
Nie chodzi tu o „kulturę słowa”, ale moim zdaniem tak to się rozwija. Już od najmłodszych lat i jest połączona z kulturą osobistą, szacunkiem do drugiego człowieka. Nie wystarczy w tym przypadku poprawna polszczyzna, estetyka wypowiedzi, stylistyka, czy wiedza o języku. Jeżeli rodzice nie reagują, kiedy ich dziecko przeklina, odzywa się do starszych per „ty”, a do rodziców, czy dziadków zwraca się po imieniu, droga do „kultury słowa” będzie daleka. 

Czym dla Ciebie jest – słowo? Czy masz jakieś swoje ulubione? 

Na pewno wiem, których słów staram się nie używać, a jednak automatycznie je wymawiam. Są to: narka, no (zamiast tak), fajnie, świetnie. Chociaż człowiek broni się jak może, słysząc we współczesnym świecie codziennie takie słowa, automatycznie je powtarza. Są jednak również takie, których nigdy nie będę wypowiadać. Wzbudzają u mnie niesmak; zajebiście, zajefajnie, czy „ciapaty”.

Zdj. nadesłane
Słowa ulubionego nie mam, albo mam i nie zdaję sobie z tego sprawy. Zauważyłam jednak słowa, które z przyjemnością powtarzają moi znajomi, zwłaszcza te: „generalnie” lub „de facto”… Pewnie są ich ulubionymi. 
W słowie można wiele przekazać, wiele wyrazić. Jeżeli się uda, zostanie też tak „de facto” odebrane. 

Jak Twoim zdaniem zmienia się język literacki? Czy ta zmiana zmierza w dobrym kierunku?

Inaczej wyglądał język literacki przed wojną, po wojnie i w latach kolejnych. Ze względu na cenzurę, literatura nie była jednolita, ulegała zmianom ze względu na przemiany polityczne. Dzisiaj mamy dostęp do Internetu, panuje wolność słowa, powstaje wiele wydawnictw, gdzie wydać książkę może praktycznie każdy, kto posiada możliwości finansowe. Dlatego powstaje wiele „dzieł na czasie”. Przemoc, gwałt, narkotyki, wojna, uchodźcy… Autorzy starają dopasować się do współczesnego czytelnika, pisząc otwarcie na tematy, których nie można sobie wyobrazić w dziełach przedwojennych. Moim zdaniem język literacki wielu polskich autorów zmierza w dobrym kierunku, niektórzy jednak stawiają na komercję, pisząc swoje książki prawie jakimś slangiem młodzieżowym. Tych unikam. 

Co myślisz o wulgaryzmach, potoczności słownej stosowanej coraz częściej w książkach?


„Cool” , „zajebiście” i tak dalej. Oczywiście, bardzo mnie razi, kiedy w pierwszych zdaniach książki, powtarza się kilkakrotnie „kurwa”. Sama mam czasami problem, aby wyrazić się w zdaniu, podkreślić wypowiedz, kiedy staram się przedstawić bohatera z marginesu społecznego, a taki nie używa pięknych słów. Ostatnio, coraz częściej wpadają mi w ręce książki autorek, które bardzo skupiają się w swojej twórczości na doznaniach cielesnych. Nie wiem, czy jestem już „starej daty”, ale nie wprawiają mnie w zachwyt takie treści. W literaturze szukam czegoś innego, nie muszą to być naciągane wulgaryzmy, sceny erotyczne, czy potoczność od deski do deski. 

Fragment książki znanego, współczesnego autora:

„Mimo to, paradoksalnie, masturbacja
ogromnie go zajmowała. Wyspiański był zapobiegliwym, sprawnym
technicznie, empatycznym, cierpliwym, gdy trzeba wyuzdanym, gdy
trzeba czułym, otwartym na wszelkie eksperymenty kochankiem.
Jednakże w większości przypadków nie osiągał orgazmu, dopóki nie
zaangażował swojej ręki. Ani dłonie Weroniki, ani nawet długotrwałe
i urozmaicane analnymi penetracjami jej palców fellatio, które podobnie
jak jej mąż preferował, prawie nigdy nie dawały mu tego, co
mógł sobie dać sam. Nie była pewna, ale coś podpowiadało jej, że to
kolejny przejaw jego narcyzmu. Nie przeszkadzało jej to szczególnie.
Ona orgazmy i następujące po nich odprężenia z nim i przy nim
zaliczała prawie za każdym razem”.
Czy o współczesną polszczyznę można być spokojnym?

Mam nadzieję, że tak. Jest na szczęście wiele osób, które zwracają uwagę, jak mówią i jak piszą. Obserwuję na fb prof. Miodka (słownik polsko@polski). Jego wypowiedzi są trafne, nikt inny jak on, nie potrafi w jednym zdaniu uchwycić istoty problemu, który zagraża naszej polszczyźnie.

Fragmenty ze spotkania z krakowskimi studentami:
„Sorry, ciężko, dokładnie, cze… to tylko niektóre z wyrazów robiących furorę. „Miejmy modne krawaty, marynarki, spodnie, sukienki, żakiety, tylko wystrzegajmy się jak ognia modnych wyrazów” 
„Przykładem brutalizacji są np. określenia w relacjach sportowych, w których często zamiast „pokonania" przeciwnika, pojawia się „zmiażdżenie”, „stłamszenie”, „skasowanie”, a nawet „rozstrzelanie” przeciwnej drużyny. Agresja słowna dotyczy nie tylko boiska sportowego, ale i zjawisk kulturalnych – określenia takie jak np. „będzie bolało", "poleje się krew” mają zachęcić do przyjścia na… koncert”.





A teraz spróbuj „naprędce” wymyślić krótką historyjkę, która zaintryguje czytelników - w myśl tytułu projektu. O czym ona będzie, czy to zmyślona, czy autentyczna, to zależy od Ciebie.

Powodzenia!


Niestety nie zdążyłam wymyślić historyjki w myśl tytułu projektu. Poniższy fragment, to scena z książki, którą właśnie piszę. Tu bohaterka wyjeżdża w latach 90-tych do Niemiec za chlebem. Mały pokoik dzieli z innymi rodakami. Do kultury słowa trochę tam daleko, mam nadzieję, że nie przesadziłam z wulgaryzmem, ale w życiu spotykamy się z takimi realiami.


„Jednak od rana i po całym dniu, marzeniem Hanki było się wcześniej położyć, bo następny dzień zapowiadał się tak samo. Kiedy weszła na klatkę późnym wieczorem, usłyszała śpiew Wieśka. Darł się pijany na całe gardło: „Daj mi tę noc”. Wchodząc do pokoiku usłyszała, że zmienił repertuar na: „Upływa szybko życie”. Była załamana. Halina była także pijana, Markowi nic nie brakowało, a Janina spała, prawdopodobnie nieźle wstawiona, bo nie reagowała na nic. Trójki nowych współlokatorów jeszcze nie było. 
– Uspokój się do cholery! –krzyknęła wściekła do Wieśka, nie przebierając w słowach. –Zamknij ten ryj, bo inaczej wszystkich nas stąd wywalą na ulicę. Na zbity pysk! Zaraz sąsiedzi zadzwonią na policję. Nie mieszkasz tu sam!  
Na Wieśka podziałało to jak płachta na byka. Jeszcze bardziej zaczął się awanturować i wyzywać Hankę. 
– Ty szmato! Jak śmiesz! Pieprzysz się z Turasami, a mnie będziesz uczyła porządku! – Wyp…dalaj! –wrzasnął na całe gardło. Tego było jej za wiele. To, że u Turka pracowała, nic nie znaczyło, chociaż jego żonaty brat próbował ją uwieść. Zaprosił na kolację, wymyślił pretekst do pojechania w nocy do biura, rzekomo po jakieś dokumenty. Próbował, ale kiedy się rozpłakała, przeprosił i grzecznie odwiózł ją do domu. Nie straciła pracy, a Turek więcej jej nie nagabywał.

Nie wytrzymała i uderzyła otwartą dłonią Wieśka w twarz. On nie zastanawiając się, złapał ją za włosy i z całej siły popchnął w kierunku kuchenki stojącej przy drzwiach. Na całe szczęście właśnie weszli bracia. Kazik automatycznie powstrzymał lecącą Hankę na wielki garnek z gotującą się do mycia wodą. Palniki były rozżarzone, bo spełniały rolę także grzejników. Gdyby nie jego silne ramię, byłaby teraz cała poparzona. Bracia odsunęli ją na bok i wyciągnęli na korytarz Wieśka. Nie wiedziała co się dzieje. Trwało to zaledwie kilka sekund. Słychać było tylko jakieś uderzenia i klaskania. Z wrzaskiem rzuciła się do drzwi Halina, mając zapewne na celu ratowanie kochanka. Powstrzymał ją Marek i zdecydowanie posadził na krześle. Po chwili zakrwawiony Wiesiek wkroczył pokonany do pokoju. Usiadł spokojnie na materacu, a Halina troskliwie opatrywała mu rozbity nos”.