sobota, 3 marca 2018

[Audiobook. Patronat medialny] „Błazen. Wielki mąż. Opowieść o Tadeuszu Boyu-Żeleńskim”. Józef Hen. Prawdziwe odzwierciedlenie życia wybitnego twórcy?






StoryBox.pl 

Czas trwania: 15 godz. 21 min. 

Czyta: Ksawery Jasieński 




"Z tym największy jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz" 


Dla mnie tego rodzaju biografia, to zupełna nowość i coś kompletnie zaskakującego. Od razu muszę podziękować ogromnej pracy, wysiłkowi i intrygującej interpretacji Ksawerego Jasieńskiego. Gdyby nie on, marny byłby wydźwięk tej książki. Lektor wykonał tutaj tytaniczną pracę, czego nie można powiedzieć o autorze publikacji. Zbyt ogromne skupisko niuansów na całej otoczce postaci Żeleńskiego, jak dla mnie przytłaczająca i zbyt obszerna. Autor za bardzo skupił się na, moim skromnym zdaniem, wszelkich ścieżkach postronnych, niż na samym Żeleńskim. Zabrakło mi ewidentnie jego pierwiastka, jego osobowości, jego iskry przebojowości. Tadeusz Boy-Żeleński przemykał gdzieś obok, za mało było go w centrum. I kwestia najistotniejsza, dlaczego autor publikacji pominął prawdziwe pochodzenie Żeleńskiego? Jakby to miało zadecydować o odbiorze jego postaci. 


Wydaje mi się również, że zabrakło autorowi pewnej konsekwencji w zachowaniu chronologii zdarzeń. Przeskakiwanie z dygresji na dygresję, cofanie się do zdarzeń z przeszłości Żeleńskiego, potem wybieganie w daleką dorosłość, by znowu wrócić do jakichś wydarzeń z dawnej przeszłości, to strasznie wybija z pewnego przepływu informacji. Trudno skupić się na jednej rzeczy, kiedy przeskakuje się do drugiej, dodatkowo okraszonej dygresjami autora. Wymaga to ogromnego skupienia i pewnej, wstępnej wiedzy o życiu Żeleńskiego, by być już w temacie i wiedzieć o co w ogóle chodzi. 


Jaki miał Żeleński stosunek do kobiet? Czym dla niego była miłość, dlaczego nie udało mu się do końca małżeństwo? Jaki był pisarz prywatnie, a jakim prezentował się w roli znakomitego pisarza, wybitnego tłumacza, czy kronikarza? Jak jego rozrachunek wewnętrzny starł się z obrazem tragicznej śmierci? Tego dowiecie się z tej dosyć niecodziennej, innej niż tradycyjne biografie książki. 


Ksawery Jasieński to doświadczony, wielokrotnie nagradzany, odznaczony i znany powszechnie lektor, który przy tej pozycji wykonał niesamowicie ważny kawał dobrej roboty. Dzięki odpowiedniej interpretacji, wyrazistej, charakterystycznej barwie głosu, mistrzowsko oddzielonych sekwencji, to interpretacja na najwyższym poziomie, a z samej pozycji wydobywa to co najlepsze.

Polecam.


Za audiobooka dziękuję: 







„Impresje emigrantki” Aleksandra Englander-Botten. Szczerze o Anglii i Anglikach...






Wydawnictwo Novae Res

Ilość stron: 170

Nowość wydawnicza




„Dla zaradnych Polaków życie w Anglii jest zdecydowanie łatwiejsze niż w Polsce. Jednak UK to nie kraina mlekiem i miodem płynąca. Jak w każdym miejscu na ziemi, trwa tutaj nieustanna walka o byt.”

Po lekturze książki stwierdzam jednoznacznie, że ja raczej w tamtej, brytyjskiej rzeczywistości bym się nie odnalazła i zdecydowanie nie chciałabym tam żyć. Zbyt wiele nas dzieli kulturowo. Jeśli szkoła miałaby za mnie, jako matki, decydować, co będzie dla mojego dziecka lepsze, bądź najlepsze, to ja tej szkole mówię stanowcze „dziękuję”. Jest wiele podobnych niuansów, które zadecydowały o takim, a nie innym podejściu do sprawy. Przyznam, że autorka dzielnie podjęła się swojemu zadaniu. Dzielnie i odważnie. Nie każdy zdobyłby się na taki rodzaj szczerości. 


Zapytacie, jaki to rodzaj literatury? Na okładce wydawca zaznaczył, iż to „garść wrażeń i wspomnień”. Moim zdaniem, pierwsze określenie wpisuje się znakomicie, dodałabym od siebie - spostrzeżeń i licznych obserwacji. Autorka od wielu lat żyje w Wielkiej Brytanii, kraju, w którym Anglicy nie tolerują innych języków niż swój, pragną być tak bardzo hermetyczni, a otwierają granice na oścież. Muszę przyznać, że wiele rzeczy mnie irytuje w tej ich rzeczywistości. Służba zdrowia, podejście do chorych dzieci, rodziców, którzy nie mają praktycznie nic do gadania, jeśli chodzi o udział w życiu szkolnym. Czy wyobrażacie sobie np. żeby łykać antybiotyk przy zwykłej infekcji górnych dróg oddechowych, np. katarze? No właśnie. Anglicy łykają antybiotyki na potęgę. W dodatku chore dziecko, nawet przy poważnej chorobie, jak zapalenie płuc, anginie, ma prawo przyjść do szkoły. O tym, na jakim etapie dziecko będzie uczestniczyło w zajęciach decyduje pielęgniarka. 




Wiele rzeczy mnie irytuje, wiele szokuje, jeszcze więcej wywołuje mój kulturowy niesmak. W szkole nie deprecjonuje się dzieci, które źle się uczą, mają problem z nauką. Nawet, jeśli jest zagrożone, przepuszcza się do następnej klasy, żeby nie wpadło w depresję itp. Ech... nie do pomyślenia. Bardzo ciekawego podsumowania dokonała Aleksandra Englander-Botten w ostatnim rozdziale. Spostrzeżenia na temat Brexitu. Własne odczucia w konfrontacji z medialnymi doniesieniami.


„Impresje emigrantki” Aleksandry Englander-Botten to interesując lektura, która szczerze opowiada o życiu w Wielkiej Brytanii i jej mieszkańcach. Bez lukru, prawdziwie, bez skrepowania, dobitnie, odważnie. Autorka nie szczędzi nam swoich odczuć, obserwacji i czasami gorzkich, wewnętrznych rozterek. Szczerze polecam!


Za egzemplarz dziękuję:








czwartek, 1 marca 2018

[Patronat medialny] „Renezja” Renata Grześkowiak. Poezja, która zachwyca swą sensualnością, dźwiękiem wyrazistości oraz subtelnością przekazu...







Wydawnictwo Psychoskok 

Ilość stron: 88 

Nowość wydawnicza 




„Zabierz mnie, poezjo, do krainy,
tej wymalowanej na obrazie,
w której spokój jak powietrze
jest przejrzysty,
w której cisza śpiewa
w radosnej ekstazie [...]” 

Pięknie pisze o życiu autorka najnowszego tomiku „Renezja”, którego dawkowałam sobie zawsze na dobranoc, kiedy opadły emocje i mogłam delektować się ich specyficzną aurą. Nie będę ukrywała, że to moje pierwsze spotkanie z twórczością poetki, która na swoim koncie ma już kilka pozycji poetyckich. Kilka wierszy przewinęło się na stronie autorki, a ja uwielbiam blask, jaki za każdym razem towarzyszy zachwytom nad wersami pełnymi życiowej mądrości, poetyckim metaforom. Taka jest właśnie poezja pani Renaty, która zachwyca swą sensualnością, dźwiękiem wyrazistości oraz subtelnością przekazu. Widać, że poezję tworzy kobieta. Wrażliwość i specyficzny klimat, jaki rozsiewa się wokół, odczuwa się z każdym wersem, a wraz z zatapianiem się w poszczególne słowa, odczuwa się wielką przyjemność i radość, że są jeszcze na świecie poeci, tworzący coś tak pięknego, jak poezja. 


Tomik podzielony jest na trzy rozdziały. Każdy z nich poprzedzony jest piękną grafiką autorstwa Marka Haładudy. Cykle poszczególnych obrazów idealnie wpisują się w tematykę wierszy. Poczynając od pierwszego z nich, czujemy się zaabsorbowani ich lekkością, a przy tym ogromną głębią przemyśleń. Wiersz otwierający tomik doskonale odzwierciedla rozterki każdego człowieka. „Gdy mnie – tobie zabraknie” traktujący powierzchniowo o śmierci. Poetka przygląda się życiu w samotności bliskiej jej sercu osobie. Zadaje konkretne pytania, obrazuje przyszłość, kiedy Jej nie będzie już na świecie. 




Bardzo frapuje mnie w tych formach bliskość poetki z naturą. Wielokrotnie podkreślana jej rola w naszym życiu, strofowanie jej poprzez liczne zestawienia, porównania, metafory. Poetka doskonale obnosi się ze słowem, środkiem przekazu budując jego znaczenie i wielotorowość. Kilka z tych wierszy przetłumaczono na język angielski, zyskując w ten sposób szersze grono odbiorców. Są wiersze o prawdziwym, nieukrywanym życiu, emocjach, miłości, tęsknocie, nadziejach, marzeniach, a nawet oczekiwaniach. 


Są też wiersze o istocie poezji, potwierdzające stwierdzenie, że do jej tworzenia potrzeba chwili, pewnej wrażliwości, estymy, a nawet powściągliwości: „Może napisałbym dobry wiersz,/ ale dzieci krzyczą./ Spłodziłabym parę udanych zdań,/ gdyby nie cieknący kran./ Gotuje się zupa, w salonie/ herbata rozlana na obrus./ Może wystarczy poczekać/ na bardziej sprzyjający czas,/ na ciszę?” 

Poetka nie boi się zadawać pytań, stawiać przed czytelnikiem gotowe tezy, a jednocześnie intryguje swoją wielopłaszczyznowością, odzierając rzeczywistość ze złudności, ukazując jej prawdziwe oblicze. Bez fałszywych masek. Rzeczywistości, w której popełniamy błędy, stajemy na rozstajach, zastanawiamy się, zamartwiamy: „jeśli naprawdę chcesz gdzieś dotrzeć/ przyjrzyj się dokładnie/ wewnętrznej mapie/ darowane przez innych/ nie mają naniesionej drogi/ którą chcesz iść.” 





Przepięknie liryczny wiersz „Rozwieszona na sztalugach” od samego początku zasiał we mnie ziarenko swojej bliskości. Wpadł do mojego serca i został na zawsze. Rytm wiersza, jego kolor, dźwięk, głębia i refleksja. Tu jest wszystko, co doskonale opisuje mnie w tych wersach. Jestem ich częścią i indywidualnością. Bardzo do mnie przemawiają. 

Ostatnia część tomiku wieńczy wiersze niezwykle intymne, charakteryzujące samą ich autorkę, która określa siebie samą „Bezpańską Poetką”: „Bezpańska Poetka/ dzień w dzień/ chodzi po utartych ścieżkach.// Nie planuje zmiany trasy,/ bo na wybranej/ spotyka/ piękne anonimowe oczy.// Ona wie, że wszystko/ na tym świecie ma barwę/ ...i imię.” 

„Renezja” to tomik nastrojowy, wyjątkowy, pełen pasji, życiowej mądrości. Poetka obserwuje życie z nieco innej strony. Buduje emocjonalną więź z czytelnikiem, stawia pytania, zmusza do głębszych refleksji, przywołuje wspomnienia, sentymentalno – sensualne doznania. Prawdziwie szczery i intrygujący. Szczerze polecam! 


Za możliwość patronatu i tomik, dziękuję:










środa, 28 lutego 2018

„Szepty stepowe” Ewa Cielesz. O tym, jak codzienność szybko odkrywa prawdę, którą przysłoniła fałszywa maska...






Wydawnictwo Axis Mundi 

Ilość stron: 262 

Nowość wydawnicza 




„Widziałam piękne stepy, niebo tak usiane gwiazdami, jakiego tutaj nigdy nie ma. I wielbłądy, całe stada wielbłądów, kóz, jaków... Spałam w jurcie, takim namiocie...” 

Moja przygoda z twórczością autorki rozpoczęła się audiobookiem „Córka cieni. Siedem szmacianych dat”. Już wtedy wiedziałam, że jeśli tylko nadarzy się okazja wrócę do Jej prozy. „Szepty stepowe są kontynuacją „Słońce tańczy i umiera”. Piękna, ale dramatyczna historia kobiety, której miłość przysłoniła cały świat, ślepo brnąc w fałszywie podsycane pragnienia. Jagoda to postać autentycznie nakreślona, która zdobywa naszą sympatię już w pierwszej części, a przez wszelkie zawirowania losu ta sympatia zacieśnia się powodując, że zaczynamy jej współczuć, odczuwając wszelkie ciosy i kuksańce od życia. 

Ewa Cielesz nakreśliła bardzo wyraziste tło społeczne, które zdecydowanie wyróżnia się swoją specyfiką, klimatem, zwyczajami i kulturą mongolską. To obrazy niezwykle znaczące, stanowiące bazę pod fabułę. Jagoda zafascynowana Dymitrem z chęcią przyjęła propozycję wyjazdu do Mongolii, do jego rodzinnego kraju. To miała być podróż życia, miała dać zaczątek elektryzującego uczucia, wspaniałej znajomości. Tymczasem, okaże się traumatycznym faktem, o którym kobieta będzie chciała jak najszybciej zapomnieć, wykreślić z życiorysu. Owszem, Mongolia to piękny, dziewiczy kraj, jednak zbyt dużo jest pewnych niuansów, które nas, jako narody różni. Pod względem kulturowym, czy zwyczajowym. Jedno jest pewne, Jagoda dostanie od życia solidną lekcję. Targana emocjami, sprzecznymi uczuciami i nadzieją, że może jeszcze się wszystko wyklaruje. 

„Podobno podejmowanie decyzji jest w życiu najważniejsze. Całą resztą rządzą przypadki.” 




„Szepty stepowe” to wciągająca od pierwszych wersów opowieść, która zaskakuje i prowokuje do pewnych przemyśleń, może weryfikacji swoich działań i decyzji. Autorka postarała się w swojej powieści o wszystko. O emocje, sugestywną fabułę, płynną akcję, lekkość pióra, wyraziste postaci, psychologiczne aspekty portretów bohaterów i poukładaną akcję. Czytelnik poczuje specyficzną aurę mongolskich stepów, a dzięki obrazowym opisom wtargnie do świata bohaterów bez problemu. 


To powieść o wewnętrznym bólu, niepokoju, strachu, ale też nadziei, że jeszcze nie wszystko stracone. Jagoda długo dawała się zwieść, jednak intuicja jak zawsze wykazała się błyskotliwością i stanęła na wysokości zadania. Powieść o mistrzowskim maskowaniu prawdy, próbach jej zafałszowania. Nie przesłodzona, prawdziwa, dotykająca ważnych tematów, o których często ciężko dyskutować. 


Szczerze polecam! 




Za książkę dziękuję: 









wtorek, 27 lutego 2018

[Audiobook. Patronat medialny] „Wielka Księga Humoru” JACEK ILLG, ELŻBIETA SPADZIŃSKA - ŻAK





StoryBox.pl

Czas trwania: 13 godz. 53 min.

Czyta: Jacek Kiss 


Lektura niecodzienna, ale przyjemna, na poprawę humoru, odstresowanie się. 5000 najlepszych, polskich dowcipów, które zebrano w jedną publikację przez dwóch autorów. Właściwie nie ma się tutaj nad czym rozwodzić, czy polemizować. To był dla mnie i dla męża, bo rzecz jasna dzieciom raczej nie polecam włączać do słuchania, miło spędzony czas. Uśmieliśmy się po pachy. 


Jedne dowcipy bardziej trafione, drugie może mniej. Jedne znane szerszemu gronu odbiorcy, drugie nie, ale ze względu na obszerność, szeroki wachlarz tematyczny i ich bohaterów było naprawdę czego posłuchać. Myślę jednak, że ogromną rolę i znaczenie ma tutaj lektor. To dzięki niemu dowcipy te mają swoją barwę, urok, czy znaczenie. To moje pierwsze spotkanie z interpretacją Jacka Kissa. Tutaj zaważyła umiejętność lawirowania między pewnym dystansem do siebie i otoczenia oraz zaskakującymi finałami każdego z dowcipu. Kiss spisał się znakomicie, świetnie oddał ich przesłanie i wyrazistą indywidualność.


Gierki słowne, tradycyjne żarty, anegdoty z morałem, dialogi z życia wzięte oraz zagadki, to większa część tej niecodziennej, przyjemnej lektury. Humor płynie z niej zewsząd. Ubaw po pachy i mile spędzony czas. Warto!


Szczerze polecam!




Za audiobooka dziękuję:









„Odnaleziony po latach” Agnieszka Szygenda. Zaskakująca, intrygująca, bardzo wyrazista...








Wydawnictwo Edipresse Książki

Ilość stron: 184

Nowość wydawnicza




Muszę przyznać, że w takiej formie, taką książkę przeczytałam po raz pierwszy. Zaskakująco i bez emocji, bez roztkliwiania się nad sobą. Autorka genialnie wpasowała się z tematem w aktualne wydarzenia areny politycznej. Ale ona jest w tym momencie najmniej ważna. Merytoryka powieści zaskakuje brakiem dialogów. Dzięki plastycznym obrazom i opisom jesteśmy w myślach i odczuciach głównego bohatera. Życie go nie oszczędzało, ale większość kłopotów, jakie na niego spadły otrzymał na własne życzenie. To moje pierwsze spotkanie z prozą autorki. Jeśli nadarzy się okazja, sięgnę po kolejne, albo i wcześniejsze utwory.

Bohaterem powieści jest mężczyzna. Kolejne zaskoczenie, to jego anonimowość. Nie wiemy, jak ma na imię on, ani nawet ludzie z jego otoczenia. Wszelkie sytuacje i wydarzenia z jego życia widzimy tylko przez pryzmat jego odbioru. To on interpretuje rzeczywistość i fakty, jakie w niej zachodzą. Chłodno, zwięźle, bez emocji, niczym zapiski rachunku sumienia, bądź podsumowania dotychczasowego życia. Gorzko, zwięźle, powściągliwie, jak na faceta przystało. Bohater powieści nie roztkliwia się nad swoim losem. Żona od niego odeszła, dorastający syn sprawia same problemy, stracił pracę, a jakby tego wszystkiego było mało zaczęły się kłopoty ze zdrowiem.

Szygenda nie oszczędza swojego bohatera, który ewidentnie szuka swojego miejsca na ziemi. Wynajmuje swoje mieszkanie i przenosi się na wieś, by nie myśleć o swoich porażkach i błędach. Kupuje stary dom. A ten, kryje w sobie wiele tajemnic i zagadkowych wpisów na pożółkłych, przypadkowo znalezionych kartkach. Niechlubna historia Rajgrodu i trudne chwile dla mieszkańców z przeszłości. Druga wojna, której piętno odznaczyło na losie dwóch rozdzielonych w celach bezpieczeństwa sióstr bliźniaczek.




Taka niby niepozorna, prosta fabuła, a niesie w sobie ogrom ekspresji i ukrywanej przez lata prawdy, w obliczu których ciężko przyznać się, że kiedyś popełniło się jakiś dysonans. To trudna i niecodzienna pozycja, która odzwierciedla też poniekąd historię wielu podobnych miejsc, czy współczesnego braku odwagi, by poruszać drażliwe kwestie, nierzadko pokrywające się z prawdą.


Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona stylem autorki, pomysłem na fabułę, przybranej formy narracji oraz tego, że dla kobiety to sztuka nieprzeciętna, by oddać tak sugestywnie sposób widzenia jako mężczyzna, a jednak tutaj udało się to autorce znakomicie, bez potknięć. Bardzo polecam tę książkę i czekam na kolejne pozycje tej autorki!


Za książkę dziękuję:







poniedziałek, 26 lutego 2018

[Recenzja przedpremierowa] „Światło o poranku” Krystyna Mirek. Ciąg dalszy losów bohaterów willi pod kasztanem...





Wydawnictwo Edipresse Książki

Ilość stron: 352

Premiera: 28.02.2018




Ciąg dalszy losów bohaterów willi pod kasztanem, których zdążyłam już polubić i z chęcią zajrzałam do nich, jak do dobrych znajomych. Tak właśnie się czułam, jakbym odwiedziła wspaniałych znajomych, bądź krewnych. Wróciłam po jakimś czasie do babci Kaliny, która bardzo przypomina moją babcię i dziękuję autorce za tę postać. Wróciły wspomnienia, a dzięki specyficznej aurze, jaką nakreśliła autorka w swojej historii, wrócił sentyment do tamtych dni, których już nic mi nie zwróci, ani nie da szansy na powtórkę. Pokochałam tę postać za ogrom ciepła, swojskość, dobroć i zupełny indywidualizm, którego w dzisiejszych czasach próżno szukać, bo jest jedyny i niepowtarzalny. 


W drugiej części powieści Krystyna Mirek dała szansę również postaciom drugoplanowym, których odrobinę pokazała w pierwszej części. Pozostali, to młodzi, niepokorni, ale pragnący kochać i być kochanym. I ta miłość w tej części przemyka gdzieś pod ścianą na paluszkach, po cichutku, niepostrzeżenie. Magdzie trudno poradzić sobie po tym, jak Konstanty zostawił ją dla bardzo wyzywającej i oryginalnej Luizy, która kompletnie przed niczym się nie cofnie, żeby osiągnąć swój cel. Bracia Łaniewscy szukają radości w zwykłych codziennościach. Michał w głębi duszy zamartwia się nieodwzajemnionym uczuciem, Bartek mimo swej duszy buntownika i rozpierającej charyzmy nieco się wyciszył i by nie przysparzać Michałowi dodatkowych zmartwień dzielnie wykonuje swoją pracę, kompletnie sprzeczną z jego oczekiwaniami. Antek nie ukrywa się z uczuciem, jakie narodziło się w nim do pięknej Magdy. Zaś Bianka, rozdarta między miłością matki a ciepłem rodzinnej atmosfery, wciąż przedłuża pobyt w willi pod kasztanem. Kiedy dziewczyna wraca do Warszawy, rzeczywistość nieco ją przygnębi.




Tym razem dojdą do głosu również matka Bianki, Luiza, a nawet sam Mirski, którego syn zaskoczy swoją postawą na przyszłość. Będzie zaskakująco, sentymentalnie, ale przede wszystkim odmiennie od tego, co zaserwowała nam autorka w pierwszej części. Cieszę się, że postawiła na nie taką jednoznaczność, jakiej oczekują może inni czytelnicy. Dla mnie takie właśnie powieści zyskują na autentyczności. Tu nie ma spektakularnych zwrotów akcji, ani sensacji, jaką dostarczają powieści z kategorii pokrewnych. Cieszę się, że autorka pozostała wierna swojemu lekkiemu stylowi, wprawiła swoich bohaterów w dłuższe chwile refleksji, że mają oni swój konkretny czas na przemyślenia, podsumowania, zastanowienie się. Tym bardziej, że tłem powieści jest okres poświąteczny, kiedy pierwsze miesiące nowego roku idealnie zgrywają się nie tylko ze stanem naszej duszy, ale i bohaterów. Tutaj fabuła jest od początku przemyślana, dopracowana. Zadbano o każdy niuans i specyficzną atmosferę, która owiewa czytelnika od pierwszych wersów.


Mnie ta opowieść porwała i skradła serce już przy pierwszej części. Nie będę ukrywała, że uśpione na jego dnie emocje przy każdym wątku pobudzały sentymentalne obrazy i refleksyjne wywody. Autorka zdecydowanie kreśli portrety swoich bohaterów, skupiając się na ich psychologicznych, indywidualnych aspektach. Lekkie pióro wyraziście wyostrza plastyczne opisy, które znakomicie oddają klimatyczny nastrój powieści, która dotyka z kolei ważnych, często trudnych tematów skupiających się na budowaniu relacji między bohaterami. Poznajemy skrupulatnie ich myśli i światopogląd.


„Światło o poranku” Krystyny Mirek to powieść o prozie życia, ukrytych nadziejach, weryfikacji stanów emocjonalnych i uczuciowych, o skradającej się miłości, żalu, tęsknocie, sentymentalnych powrotach do tego, co było, o próbach odkrycia prawdy, ułożenia relacji z otaczającą rzeczywistością. Intrygująca, sugestywna, przywołująca wspomnienia. Powieść, która uwypukla słynne powiedzenie, że aby być szczęśliwym trzeba poznać najpierw samego siebie.

Szczerze polecam!



Za książkę dziękuję:









"O czym Ty człowieku opowiadasz..." - odcinek 9 - Karolina Wiaczewska :)






Kochani!

Cieszę się, że mój cykl przypadł nie tylko autorom do gustu, ale również Wam – czytelnikom. Dziękuję za wszelkie dowody sympatii. Cieszę się, że czytacie, obserwujecie, wyrażacie swoje opinie, jeśli nie na szerszym forum, to w prywatnych wiadomościach. Dla takich chwil warto się poświęcać, bo widać ewidentnie, że mają sens i wartość dla mnie przeogromną.

Jeśli ktoś chciałby również wziąć udział, zapraszam do kontaktu. Projekt trwa i długo jeszcze potrwa. Zapraszam.

„Słowa stanowią oczywiście zbiory z jakich czerpie język, jako narzędzie wyrazu, ale on sam precyzowany i kierunkowany jest przez szereg dookreślających go zasad. W słowa zaś niejako wpisane są emocje.” - K. W.

Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki



Odcinek 9 poświęcony jest twórczyni wyjątkowo uzdolnionej. Autorce, której pozycje książkowe wyróżniają się filozofią słowa, mądrością życiową i wyjątkowością w obserwacji rzeczywistości. Każda z nich, to osobny organizm, w którym czytelnik zmuszony do głębszych refleksji zaczyna dostrzegać pewne zależności zachodzące w jego życiu. Każdy z Jej bohaterów ma do powiedzenia co innego i to samo chce przekazać nam. 

Karolina Wiaczewska

Śpiewaczka operowa. Swój głos szkoliła w Polsce i Szwajcarii. Pisarka powieści i opowiadań. Absolwentka Wydziału Filozofii. Interesuje się historią i fotografią. Prywatnie bardzo pozytywnie zakręcona na punkcie psów, sympatyczna, otwarta i uśmiechnięta.

Życzę Wam przyjemnej, inspirującej lektury! Moją uwagę przykuł ostatni punkt i filozoficzne obserwacje codzienności. 



Karolino, co rozumiesz pod pojęciem „kultura słowa”? 

Samo pojęcie kultury jest bardzo szerokie, przez co mieści w sobie wiele dopełniających się elementów. Dorobek cywilizacyjny to jedno, ale wynikające z niego możliwości, to cecha dodana. Pewne bowiem składowe kultury dają mniejszą lub większą możliwość ekspresji, inne zaś stanowią osiągnięcie ściśle materialne, magazynujące w sobie określone dobro, często mające odniesienie w konkretnym przedmiocie. Dodatkowo odróżniłabym kulturę języka od kultury słowa. To w mojej ocenie dwie różne kategorie. Słowa stanowią oczywiście zbiory z jakich czerpie język, jako narzędzie wyrazu, ale on sam precyzowany i kierunkowany jest przez szereg dookreślających go zasad. W słowa zaś niejako wpisane są emocje. Jeśli jednak za jedną z definicji kultury uznać gotowość człowieka do pozytywnego reagowania na niesłabnącą w nim potrzebę twórczą, to kulturę słowa traktować można jak naturalną predyspozycję do działania i wrażania siebie. 

Czym dla Ciebie jest – słowo? Czy masz jakieś swoje ulubione?

Słowo, w moim rozumieniu ma nie tylko wagę, ale charakteryzuje się także energią. Z jednej strony samo w sobie niesie określony sens, z drugiej zaś nadaje go ludzkim stanom ducha. Szczęśliwie człowiek może, nie zawsze potrafi, ale właśnie może ubrać swe uczucia, otaczającą go rzeczywistość, a wreszcie samego siebie w słowa. Ponieważ słowa dają lub odbierają człowiekowi moc staram się je w swoich wypowiedziach różnicować, może nawet hierarchizować. Uciekam zatem od powtórek, czy wręcz stosowania w sąsiadujących zdaniach takich samych określeń. Im bardziej kolorowy wachlarz, tym większa sposobność oddania bogactwa intencji, nawet tej symbolicznej w wymiarze.
Kiedy zastanawiam się nad wyborem ulubionego słowa/ulubionych słów, to uświadamiam sobie, że nie mam takich. Traktuję je raczej w kategoriach przydatności i funkcjonalności. W zależności od potrzeb pojawiają się takie, a nie inne. Uważam, że pisarz nie musi być absolutnym ekspertem w tematyce, jaką aktualnie podejmuje. Musi mieć wiedzę, świadomość kluczowych zagadnień, rozumieć niuanse, jakie się za nimi kryją, ale i tak ostatecznie dobór, pula słów decyduje o klimacie utworu. 

Zdj. nadesłane 
Jak Twoim zdaniem zmienia się język literacki? Czy ta zmiana zmierza w dobrym kierunku?

Szczęśliwie język polski nie ogranicza człowieka. Przeciwnie, daje mu wiele narzędzi przekazu i co istotne dozowania jego natężenia. Sądzę, że język literacki przejmuje liczne elementy z mowy potocznej, czy może szerzej - codziennej, a na tę należy patrzeć nie tylko przez pryzmat użyteczności, ale także szeregu uproszczeń. Nie lubię jednak generalizować. Ilu twórców literackich tyle spojrzeń na rolę i funkcjonalność języka. Jego kształt, jak osobnicze cechy jest kwestią indywidualną. Co do istnienia samej zmiany to zachodzenie jej jest procesem nieuniknionym. Oczywiście, że pewne elementy uwydatniają się częściej na przestrzeni dziejów ewolucji słowa, a inne całkowicie zanikają, ale przed ruchem tym nie sposób uciec. Tym samym ciężko jest jednoznacznie ocenić czy zmiana zmierza w dobrym kierunku. Sednem jest bowiem cel, jaki język zdoła osiągnąć. Ten proces wymaga czasu i najlepiej ocenia się go właśnie z tego dystansu. 

Co myślisz o wulgaryzmach, potoczności słownej stosowanej coraz częściej w książkach? 

Uproszczenia, szybkość przekazu nie usprawiedliwiają ani wulgarności, ani potoczności - pewnego rodzaju niechlujstwa wypowiedzi. Na te pierwsze zazwyczaj przychodzi i odchodzi moda. Bywa, że uchodzą za tożsame z zagadnieniem wolności. Moim zdaniem to mylny kierunek. Wulgaryzmy są grupą słów należących do języka, to fakt, ale nigdy nie powinny być promowane w zastępstwie. Język literacki rządzi się swoimi prawami i tę klasyczność warto jest cenić i zauważać. Sięgając po książkę określonego gatunku Czytelnik oczekuje zaspokojenia własnych potrzeb. Język więc musi sprostać wyzwaniom czasów, ale także być na swój sposób niezawodnym, nierozczarowującym. 

Czy o współczesną polszczyznę można być spokojnym?

Ów spokój zależy od nas. Od użytkowników słów. Od pisarzy, krytyków, czytelników. Nie ma wyjątków, ani usprawiedliwień. Myślę, że jak wszystko w otaczającej nas rzeczywistości, tak i język polski ma swoje wzloty i upadki. 
 
Ale mimo wszystko trwa, w jakiejś dynamice, która w dużej mierze zależy od ewolucji cywilizacji w ogóle. W murach Biblioteki Aleksandryjskiej w epoce hellenistycznej pierwsi mędrcy pochylali się nad analizą języka. Po dziś dzień ta profesja ma się dobrze i jest potrzebna. I myślę, że nigdy nie zabraknie jej pola do badań. Pytania więc, jakie zadajesz będą powracać, w nowych, aktualniejszych odsłonach, ale nie znikną, tak samo jak nie zniknie język, jako taki i trapiące go bolączki. Ja jednak dość optymistycznie patrzę w przyszłość. I optymizm ów ma jedno konkretne źródło - pamięć historyczną. Na przestrzeni dziejów polszczyzna zmagała się z przeróżnymi naleciałościami - makaronizmami, francuszczyzną, czy angielskimi zapożyczeniami. Arystotelesowski środek pojawi się sam. Język, jako ogromny, wieloskładowy twór przyjmie schematy, dostosuje je, zmieni, odrzuci. Po prostu żyjąc, paradoksalnie nieco poza świadomością człowieka, bez jego precyzyjnej ingerencji, skupi się na tym co dla niego dobre i wygodne. Nie zwalnia to ludzi z pracy nad osobistą wymową, ale język poradzi sobie sam i przeżyje niejednego, który próbuje zaburzyć jego tor.


A teraz spróbuj „naprędce” wymyślić krótką historyjkę, która zaintryguje czytelników - w myśl tytułu projektu. O czym ona będzie, czy to zmyślona, czy autentyczna, to zależy od Ciebie. Powodzenia!


Odpowiadam na Twoje pytania jadąc pociągiem. W związku z tym pozwolę sobie zaczerpnąć z otaczającej mnie rzeczywistości garść informacji, które myślę dość celnie zdołają rozwinąć postawioną przez Ciebie tezę. 

Peron, pełen oczekujących na wjazd pociągu ludzi jest tak właściwie miejscem niezwykłym. Obserwacja ich uczy i daje natchnienie. Początkowo widać jedynie znużonych, trochę może niecierpliwych, skupionych głównie na telefonach komórkowych osobników, którzy tworzą zamknięte światy. Ta izolacja jednak wygasa całkowicie wraz z piskiem hamulców potężnej maszyny z impetem mknącej ku semaforowi. I tu zaczyna się moja historia, tak właściwie drobny wywód filozoficzny, oparty na próbie dokonania pobieżnej analizy psychologicznej. Poniosę jednak porażkę. Jestem tego zupełnie świadoma już na wstępie. Od dobrych dwudziestu lat jeżdżę przeróżnymi pociągami i za każdym razem zastanawiam się nad tym samym. Tym razem także moje pytania pozostają bez odpowiedzi. Może Czytelnik tegoż tekstu zdoła zaspokoić moją ciekawość, pobudzony do refleksji, także nad samym sobą? 

Dlaczego mimo, iż każdy pasażer ma nie tylko bilet, ale i przypisaną sobie miejscówkę, biegnie wzdłuż pociągu, jeszcze w pędzie chwyta za poręcz, niemalże wyrywa klamkę, sfrustrowany i wylękniony o swój los?
Kolejno narastający stres daje o sobie znać, z każdą chwilą bardziej. Płacz dzieci sygnalizujący, że napięcia nie da się już powstrzymać, staje się nie do zniesienia. Strach w oczach niewielkiego pieska, który widzi niezliczoną ilość nóg jest szalenie wymowny. Te nogi należą do tych, którzy mając pewność, że wsiądą, usiądą i pojadą do docelowego miejsca, rozpychają się łokciami, nawołują, krzyczą na siebie nawzajem. Pot, łzy, powykrzywiane z bólu twarze. Ogromne walizki, to znów jedynie drobny, podręczny bagaż przerzucany nad głowami innych ludzi - wszystko to składa się na obraz akcji rodem z katastroficznego filmu.


Ja zaś. Nie szukam okazji do ewakuacji. Nie poluję na nią. Czekam cierpliwie, aż tumany kurzu opadną. Stoję nieco z boku. Obserwuję ludzkie zachowania, bo czymś twórczym warto jest zająć te kilka sekund. Następnie, jak gdyby nigdy nic wchodzę do wagonu. Jako jedna z ostatnich zajmuję przynależne sobie miejsce. Ono tam przecież na mnie czeka. Towarzyszy mi przy tym, jak zawsze ta sama refleksja. Mianowicie, czy wyzwaniem nie jest już tylko próba odpowiedzi na pytanie "o czym mógłby opowiedzieć każdy, podróżujący wraz ze mną człowiek", ale także rozwikłanie zagadki, jak wielkim wyzwaniem dla niego samego jest wędrówka przez codzienność. W tym przypadku tę kolejową ;)

niedziela, 25 lutego 2018

[Recenzja przedpremierowa. Patronat medialny] „Facet z pocztówki” Elżbieta Ceglarek. Prawdziwa miłość, zagadkowa śmierć i próby poukładania świata na nowo...






Wydawnictwo: rozpisani.pl

Ilość stron: 200

Premiera 01 marca 2018r.




To moje pierwsze spotkanie z prozą Eli Ceglarek, z którą znam się od jakiegoś czasu wirtualnie. Cieszę się, że mam okazję patronować Jej trzeciej pozycji, która pod pozornie prostą fabuła kryje ogrom emocji, jakie czytelnik współodczuwa z główną bohaterką Joanną. Kobietę poznajemy w trudnym momencie. Jest młoda, atrakcyjna, jednak bardzo rozbita wewnętrznie, bo co zrobić z sercem, które kocha miłością nieograniczoną i wyrywa się do tego, co całkiem niedawno przeżywało? Po trzech latach małżeństwa, mąż Joasi Paweł ginie w tragicznym wypadku. Kobieta nie ukrywa, że kochała męża mocno, tak prawdziwie i trudno jej się z tą niespodziewaną śmiercią pogodzić.


Elżbieta Ceglarek nie szczędzi emocji nikomu. Rozpoczynając od bohaterki, która w miarę upływu czasu będzie starała się poskładać swój rozbity świat na nowo oraz nam, czytelnikom. Nakreśliła bardzo autentyczną fabułę, co rusz podkręcając jej napięcie coraz to nowszymi wątkami. Ta pozornie prosta historia, kryje w sobie wiele psychologicznych aspektów, skupionych na postaci Joanny oraz pośrednich relacji, przed jakimi Jej bohaterka stara się bronić. Wszystko jest tutaj ważne, bo poszczególne szczegóły i detale przybierają na znaczeniu, kiedy odkrywamy wszelkie tajemnicze elementy śmierci ukochanego męża Joanny.




Kobieta próbuje pozbierać się po jego śmierci, jednak nie wychodzi jej to najlepiej. Widzą to jej bliscy, przyjaciółka i zagadkowy nowy lokator, mieszkający tuż obok. Joasia zatraca się w żałobie, zobojętniała na otaczającą rzeczywistość. Pory roku mijają, czas płynie swoim rytmem, a ona ciągle rozpacza. Na dodatek dręczą ją sny ze zmarłym mężem. Pewnego dnia poznaje przystojnego Adama. Mężczyzna z czasem zyska ufność Joasi, zdradzi jej swoją przeszłość, jednak nastąpi to długimi etapami. Tymczasem na światło dzienne wyjdą pewne nieścisłości związane z zagadkowym wypadkiem i śmiercią męża. 


Autorka znakomicie dawkuje nam odczucia. Przeprowadza swoją bohaterkę przez różnorodne sytuacje i wydarzenia. Joasia jest piękną kobietą i wzbudza zainteresowanie wielu mężczyzn. Nie tylko Adam będzie zauroczony jej osobą, ale i Darek, jej szef. Mężczyźni wszelkimi sposobami będą walczyć o jej uwagę i uczucie. Bardzo wyrazisty porter psychologiczny i studium osoby, zmagającej się ze stratą, to obok zmiennych stanów i próbą otworzenia się na nowe znakomicie nakreślone wątki fabuły, która intryguje swoją płynnością i sugestywnością. Autorka też wyraźnie pokazuje historią Joanny, że nie warto marnować życia. Ono jest za krótkie na rozgoryczenie. Przecież trzeba spełniać swoje marzenia, pozwolić szczęściu wykiełkować na nowo.


„Facet z pocztówki” Elżbiety Ceglarek, to powieść o ułudzie, pozorności, fałszywych maskach codzienności, głębokim uczuciu i odkrywaniu go na nowo, z wszelkimi jego konsekwencjami i profitami. To także powieść niosąca nadzieję i pozytywną energię, przesłanie, które brzmi jasno i dokładnie, że życie jest tylko chwilą, o którą warto powalczyć. Znakomicie nakreśleni bohaterowie, którzy stają się naszymi bliskimi, dobrymi znajomymi spełniający swoją określoną w powieści rolę, lekkość pióra i inspirująca fabuła, to tylko niektóre cechy tej intrygującej powieści. Do odkrycia pozostałych zachęcam Was. Ja książkę szczerze polecam i bardzo cieszę się, że mam przyjemność patronować jej medialnie.


Za możliwość patronatu i zapoznaniem się przedpremierową treścią książki, dziękuję autorce oraz: