sobota, 28 października 2017

[Przedpremierowo. Patronat medialny] „Wcale mi nie zależy” Mira Białkowska. Nigdy nie jest za późno na spełnianie się...






Wydawnictwo Literackie Białe Pióro

Premiera 26 listopada



Po raz kolejny Mira Białkowska mile mnie zaskoczyła. Widać, że autorka ma niezwykle lekkie i elastyczne pióro dostosowując się niemal do każdej formy treści. Dała się poznać jako autorka „Fraszkowej uczty”, potem jako autorka dwóch pozycji dla dzieci, teraz debiutuje dłuższą formą - przepiękną, mądrą i refleksyjną powieścią o kobietach, odniosłam wrażenie, jakby ze specjalną dedykacją dla kobiet, że nic w życiu nie jest stracone, że wszystko zależy od nas, bo w końcu to my musimy dostrzegać jego piękno i czerpać z niego pełnymi garściami.


Mira ma ten nieliczny dar, że nawet jak pisze z przymrużeniem oka, albo z humorem, to zawsze pod płaszczykiem tej pozornej warstwy kryje się głębia jej talentu, doświadczenia życiowego, ale nade wszystko sugestywność poruszanych wątków. A pisze o skrajnie różnych kobietach, ich sposobie postrzegania świata, poglądach i łapania podrygów życia w odmienny sposób. Jak to w życiu, jednego coś zadziwia, drugiego coś bawi, a jeszcze innego wprawia w głębszą refleksję.


Bohaterki Miry są paniami w kwiecie wieku, gdzie już nic nie muszą, a jedynie mogą, kiedy dzieci już mają swoje rodziny, a one mają czas tylko dla siebie i na pielęgnowanie swoich pasji. Jedna bardzo kreatywna, ale zamknięta w sobie, skromna, wrażliwa, powściągliwa w okazywaniu uczuć. Druga zaś bardziej otwarta na świat i jego ofertę, aktywna, takie indywiduum, które dąży do realizacji swoich marzeń i założeń za wszelką cenę. Obie panie łączy przyjaźń niemal od zawsze. 

Mira pozwoliła swoim bohaterkom na śmiałe, odważne życiowe decyzje, obdarzyła je swoimi pasjami, wkręciła w emocjonalno - uczuciowy kołowrotek dając tym samym do zrozumienia, że wiek w obliczu miłości nie jest ważny. Serce kieruje się swoimi podrygami i my nie mamy na nie najmniejszego wpływu. 




Mimo tych wielu skrajnych sytuacji, w jakich przyjdzie im się znaleźć, autorka znakomicie buduje nić ciekawości i emocjonalności. Stajemy blisko bohaterek, współodczuwamy ich emocje, towarzyszymy im w trudnych i radosnych momentach. Autorka plastycznie opisuje również tło powieści, nie szczędząc nam sentymentalnych chwil, sensualności, subtelności. Tak, jakby wszystko wokół dźwięczało, wybuchało swoją zmysłowością.

„Maj, wiosna, soczysta, świeża zieleń, długie dni i piękne wieczory. Ptaki radosnym śpiewem, żaby swym rechotem zapraszają, by cieszyć się razem z nimi. Zewsząd biją dzwony przyrody, sławiące życie. Nawet deszcz jest wesoły. Deszczowe staccato na daszku nad tarasem zawsze mnie cieszyło, dziś denerwuje. Jestem oporna i odporna na te wiosenne pienia. Czuję się tak, jakby mnie na wskroś przemoczył zimny, nieprzyjemny, deszcz listopadowy.”


„Wcale mi nie zależy” Miry Białkowskiej to autentyczna powieść o prawdziwym życiu. Jego wielobarwności, przyziemności, smutkach i radościach. Wesoła, momentami skoczna, ale też refleksyjna i nietypowa opowieść o nieskrywanych uczuciach oraz o tym, że na miłość nigdy nie jest za późno. Można się pośmiać i powzruszać. Mira autentycznie pisze o życiu, nie zacierając przy tym jego śladów, skrzętnie obdarzając swoje bohaterki swoimi talentami. Zazdroszczę im charyzmy, przebojowości, one chłoną życie niczym gąbka, a swoją aktywnością zawstydzają niejednego młodego człowieka. Mira w znakomitej formie literackiej! 


Szczerze polecam!


Patronat i rekomendacja



Za tekst przed premierą i możliwość patronatu dziękuję autorce oraz:




piątek, 27 października 2017

„Berło zniszczenia” Eliza Drogosz. Intrygująca opowieść o przenikających się światach...






Wydawnictwo Poligraf

Ilość stron: 327

Rok wydania: 2017



Ta książka to świetna propozycja dla tych, których interesuje starożytny Egipt. Akcja powieści dzieje się we współczesnym świecie przedstawionym, bohaterami są nastolatkowie, ale dzięki plastycznym opisom i sprawnie poprowadzonym wątkom ze szczyptą magii, powieść intryguje od pierwszych wersów, zestawiając wiele ciekawych informacji z pradawnego świata, który obudził drzemiące od wieków demony w ciałach nieświadomych do końca nastolatków.



W poprzedniej części Sonia zabrała nas w podróż po Egipcie, jego tajemnicach, ciemnych zakamarkach, poznała wielu ciekawych towarzyszy tej frapującej wycieczki, w których ciałach odżyli dawni bogowie. Szczególnie interesująca postacią, ale też i zagadkową, kryjącą wiele tajemnic jest Briant. Sonia po jakimś czasie orientuje się, kim tak naprawdę jest chłopak i pragnie pomóc mu w odzyskaniu wspomnień. Briant jest świadomy tego, że jeśli uda mu się odszukać berło zniszczenia, wrócą jego wspomnienia i dawna moc. Sonia, jako dobra współtowarzyszka nie zostawi chłopaka na pastwę innych bóstw, pomoże mu w poszukiwaniach. Bohaterowie poprowadzą Was przez pustynię pełną niespodzianek. Jestem ciekawa, czy Wasza czytelnicza odwaga będzie w stanie zmierzyć się z tajemnymi duchami, ciemnymi mocami, mrocznymi korytarzami czy komnatami kuszącymi skarbami?




W tej części zdecydowanie autorka nie pozwoliła nawet na szczyptę nudy. Akcja goni akcję, przygoda przygodę. Momentami zjeży Wam się włos, jeszcze bardziej napną emocje. To jak w trakcie filmu przygodowego. Delektujemy się ciekawym zamysłem fabuły, rozkoszując się każdym kolejnym kawałkiem zaskakującego zwrotu akcji i niebanalnością bohaterów, którzy z każdym swoim krokiem zdobywają naszą sympatię, a my z przyjemnością obserwujemy ich poczynania.



„Berło zniszczenia” Elizy Drogosz to książka, która dzięki prostocie języka, zrozumiałej treści pokazuje różne obrazy przenikających się światów, takich nie do końca poznanych, czy namacalnych, ale ich granica wyraźnie się zaciera. Książka, obok której ciężko przejść obojętnie, bo zachwyca plastycznymi opisami, imponującym zasobem wiedzy i pasji, jaki autorka zręcznie wplotła w akcję, tym samym podwyższając jej wartość merytoryczną, sprawiając, że czyta się ją z przyjemnością. Widać też znaczny postęp młodziutkiej autorki w kreowaniu wyobrażeń, świata przedstawionego oraz postaci bohaterów, którzy szybko zyskują naszą sympatię. Musicie jednak pamiętać, że aby czytać „Berło zniszczenia” należy zapoznać się z pierwszą częścią „Władcą piasków”, by mieć jasny przegląd wszystkich dopinających się wątków i po prostu wiedzieć o co chodzi. 


Polecam!


Za egzemplarz dziękuję:







czwartek, 26 października 2017

„Podarunek” Krystyna Mirek. Emocjonalna historia o prawdziwym szczęściu, które czasami może gdzieś ulecieć, jednak wraca do dobrych ludzi...







Wydawnictwo Filia

Ilość stron: 376

Rok wydania: 2014



Moja przygoda czytelnicza z twórczością Krystyny Mirek zaczęła się „Pojedynkiem uczuć”. Już wtedy wiedziałam, że autorka skupia się nie tylko na pozornych, prostych scenach, w których występują bohaterowie podobni do nas, ale na głębszych refleksjach, którym nie brakuje emocjonalnych momentów, zmuszających nas do pewnych przemyśleń, impulsów do zastanowienia się nad swoim życiem.


Pani Krystyna budzi w nas wiele znaków zapytania, nie podsuwając gotowych rozwiązań. Wikła swoich bohaterów w tak skrajnie różne sytuacje, że aż chce się wejść do ich świata nie odrywając się ani na sekundę od ich problemów, kłopotów, wewnętrznych przepychanek między głosem serca a rozsądkiem, a nawet delikatnie potrząsnąć, by wreszcie zaczęli dbać o własne szczęście, a nie skupiali się tylko na chwilach rezygnacji i niemożliwym, często będącymi tylko naszym wytworem myśli.


Tak właśnie jest z bohaterkami „Podarunku”. Akcja całej książki dzieje się w okresie około świątecznym, co dodatkowo ubogaca klimat tej jakże życiowej opowieści. Marta ma dość wiecznie skrępowanej konwenansami swojej teściowej, która na każdym kroku próbuje jej udowodnić, iż profesjonalizm w życiu jest najważniejszy i to zarówno w sferze rodzinnej, jak i społecznej. Wedle Eleonory kobieta musi być podporą swojego mężczyzny, stanowczo i twardą ręką wychowywać dzieci, prowadzić profesjonalnie dom bez walających się po kątach bałaganów, bez grama kurzu, zawsze z przygotowanym ciepłym posiłkiem. Jednak, w ferworze codziennych obowiązków, Marta najzwyczajniej nie ma wszystko czasu. Wydawałoby się, że opamiętanie dla tych dwóch kobiet przyjdzie w chwili, kiedy staruszka trafi do szpitala. Nic bardziej mylnego. 




Wydawałoby się, że autorka skupiła się na znanym od lat konflikcie między teściową a synową, a wcale tak nie jest. Ten rozbieżny gust charakterów obu kobiet wcale nie prowadzi do zaciętej walki z użyciem pełnych jadu słów. Ten konflikt to takie słowne przepychanki i docinki Eleonory, która z racji swojego wieku i statusu ma przecież więcej doświadczenia, wszystko wie lepiej. Zatem nic dziwnego, że Marta czuje się urażona. Najbierniejszą w tej całej sytuacji postacią jest Krzysztof. Chociaż, gdyby na to spojrzeć z nieco innej strony, to wcale mu się nie dziwię. Po której stronie się opowiedzieć, kiedy kocha się obydwie te kobiety równo?


Krystyna Mirek nie szczędzi czytelnikom emocji, wystawiając je wręcz na próbę. Wniknęłam w świat Marty szybko i ciężko było się z niego wyrwać. Miałam wrażenie, że znamy się od lat. Pod pozorną warstwą znanego wszystkim konfliktu między teściową a synową, autorka zbudowała mnóstwo wątków pobocznych, które są ważne i nadają akcji określonej płynności. Ważny głos w książce zabiera również Kaja, koleżanka Marty, kierując naszą uwagę na bardzo powszechny ostatnio problem popadania ze skrajności w skrajność. Zaś w życiu Marty zajdzie wiele zmian, życie przyniesie jej kilka niespodzianek. 


Autorka uraczyła mnie wspaniale intrygującą powieścią pokazując realne, aktualne problemy, łatwo wniknąć do rzeczywistości bohaterów poprzez plastyczne opisy, autentycznie nakreślone postacie. Powoduje chwile zatrzymania się, głębszą refleksję. Krystyna Mirek żongluje naszymi emocjami, zmuszając poniekąd do spojrzenia na poruszane drażliwe tematy z różnych perspektyw. Ciekawie przeplatana narracja pozwala na zbudowanie obrazów i ich odczyt z innych stron.


„Podarunek” Krystyny Mirek to opowieść niezwykle klimatyczna, która szybko wpada do naszego serca, poruszając jego najważniejsze struny: empatii, refleksyjności oraz niezwykłej przebiegłości losu, który potrafi szczęście wodzić nam przed nosem. Ono tylko pozornie oddala się od nas. Autorka udowadnia to zręcznie, pokazując jego różne perspektywy, a jednocześnie dając nam nadzieję, że wraca zawsze do dobrych ludzi.


Szczerze polecam!






[Zapowiedź premiery] Anna Bishop ostatnia część bestsellerowej serii Inni „Zapisane w Kartach"








Tłumaczenie: Emilia Skowrońska
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Ilość stron: 528
Premiera 01.11.2017 r.


Anne Bishop – najpopularniejsza autorka według „New York Times'a” – powraca do świata Innych, by pokazać, w jaki sposób ludzie starają się przetrwać w świecie zmiennokształtnych i wampirów.


Po tym, jak ludzkie powstanie zostało brutalnie stłumione przez Starszych – prymitywną i śmiercionośną postać Innych – miasta kontrolowane przez ludzi zostały rozrzucone po całym świecie. Ich mieszkańcy doskonale wiedzą, że powinni się bać ziemi niczyjej poza granicami ich osad i że zagraża im ciemność…

Dziedziniec w Lakeside nie musi się odbudowywać z gruzów, tak jak niektóre społeczności, ale Simon Wilcz Straż i Meg Corbyn stają przed zadaniem utrzymania kruchego pokoju. Ich wysiłki spełzają jednak na niczym, gdy do miasta przybywa brat porucznika Montgomery’ego, szukający pola do łatwego zysku i szemranych interesów.

Ludzie zaczynają się bronić przed przedstawicielem własnego gatunku, co zwraca uwagę Starszych, którzy są ciekawi, w jaki sposób jeden mało znaczący drapieżnik może mieć tak ogromny wpływ na całe stado. Meg, która zna wszystkie zagrożenia, wie, jak się zakończy ta historia – w swoich wizjach widzi grób…



„Fantastyczny wgląd w brutalną, mroczną politykę i wojnę międzygatunkową. Naprawdę absorbująca seria”.

Fresh Fiction




„Jedna z najoryginalniejszych i najlepszych serii fantastycznych…
Rewelacyjna i ekscytująca historia”.

RT Book Reviews




„Świetnie wykreowany świat”.

Smexy Books





środa, 25 października 2017

WYNIKI KONKURSU z książką "Udomowiona" Haliny Waszniewskiej :)








Kochani!

Dziękuję wszystkim za udział. Jako, że pytanie konkursowe było dosyć ogólne i każdy z Was miał możliwość zinterpretować je po swojemu, przysporzyliście mi nie lada kłopotu w wyborze zwycięzców. Na szczęście od czego ma się znajomych. Kilku nie związanych kompletnie z blogiem, a już w ogóle z konkursem, dobrych znajomych pomogło mi wytypować dwoje z Was. Zsumowałam ilość punktów, dołożyłam swoje typy i mam!


Dzisiaj wygrywają dwie panie:

Justiti i Marzena Jaroszek




Bardzo żałuję, że nie mogę wszystkich nagrodzić, bo wierzcie mi, zrobiłabym to. 

Gratuluję serdecznie!

Czekam na adresy pań na: stokrotka954@wp.pl przez 48 godz. Sponsorem nagród jest Wydawnictwo Novae Res, które również rozsyła nagrody.





Jeszcze raz dziękuję za udział i pozdrawiam Was serdecznie :)






[Przedpremierowo] „Wierszyki dla dzieci” Jakub Narloch






Wydawnictwo Novae Res

Ilość stron: 88




Dobry przyjaciel to skarb największy
Z nim właśnie świat Twój będzie
piękniejszy
A zwierzęta, jeśli nie będziesz ich
krzywdzić
Będą przy Tobie. I ty to widzisz
Ich świat poznawaj, ucz się jak żyją
Czy są może z krótką czy długą szyją
A ta księżniczka jeszcze pomoże
Wiedzieć gdzie żyją. W parku czy nad
morzem.

Tym właśnie „Krótkim wstępem” autor tych nieco rymowanych i ciekawie zestawionych wierszyków dla młodszych dzieci rozpoczyna swą przygodę ze światem zwierząt, dzieląc książeczkę na te o małych i dużych. A są to wiersze krótkie, dźwięczne i co najważniejsze z mądrym przesłaniem, bo każdy z nich opowiada o innym zwierzaku, rozpościerając przed małymi czytelnikami ich świat i rolę w przyrodzie.


Wierszyki są ciekawe, łatwo wpadają w ucho, łatwo się ich nauczyć na pamięć, ale przede wszystkim zachęcają do tego, by na te mało zauważalne na co dzień zwierzątka spojrzeć innym okiem, a nawet dostrzec je, poznać, posłuchać co mają nam do powiedzenia, bo każde z nich, w każdym wierszyku mówi o sobie w zupełnie inny sposób.



Czytałam i przeglądałam książeczkę z młodszym synem. Trochę był zły na mnie, że mu ją podsunęłam, bo przecież on już takich wierszyków nie czyta, jest za duży (9 lat, sic!), ale największą jego uwagę przykuły przepiękne ilustracje w wykonaniu Anny Kania i chcąc nie chcąc czytał potem i wierszyki. Stwierdził, że fajne. Najbardziej podobały mu się: „Kret”, który skojarzył z bajką o małym, ujmującym za serce kreciku, ten o wiewiórce, koniu, dziku, czy wężu. No i oczywiście ten o piesku.

Pies
Chcę być Twoim przyjacielem,
Chcę chwil z Tobą spędzać wiele,
Czuć, jak mnie za uszkiem drapiesz.
Rzuć mi patyk, to go złapię.
I ważnego coś Ci powiem:
Chcę na zawsze być przy Tobie.






„Wierszyki dla dzieci” wzruszają, ale też są świetną alternatywą dla zabieganych rodziców, pretekstem do tego, by usiąść z dzieckiem i wspólnie spędzić ze sobą czas. Wierszyki pod pozorną prostotą słowa przemycają wiele mądrości i cennych informacji o nietypowych zwierzętach, uczą empatii i otworzenia się na świat mniejszych stworzeń, spojrzenia na ich świat z nieco innej strony.


Polecam!



Za egzemplarz dziękuję:








wtorek, 24 października 2017

Najbliższe patronaty Recenzji Agi :)




Kochani!

Już 26 listopada b.r. będzie miała miejsce premiera dwóch wspaniałych powieści, wydanych przez Wydawnictwo Literackie Białe Pióro, które mam przyjemność objąć patronatem medialnym, a nawet opatrzyć swoim skromnym słowem rekomendacji. Bardzo się cieszę, że takie powieści wychodzą Wam naprzeciw i wierzę, że znajdą szeroką grupę odbiorców. A dlaczego wyjątkowe?

Spójrzcie na rekomendacje okładkowe. W takim gronie, to dopiero wielkie wyróżnienie!




Emerytura wcale nie oznacza siedzenia w fotelu z ciepłymi kapciami na stopach. Najlepszym tego dowodem są dwie bohaterki najnowszej powieści Miry Białkowskiej. Aktywne seniorki chłoną życie niczym gąbka, swoją charyzmą i aktywnością zawstydzając niejednego młodego człowieka. Wesoła, momentami skoczna, ale też refleksyjna i nietypowa opowieść o prawdziwych, nieskrywanych uczuciach oraz o tym, że na miłość nigdy nie jest za późno. Można się pośmiać i powzruszać. Mira autentycznie pisze o życiu, nie zacierając przy tym jego śladów, skrzętnie obdarzając swoje bohaterki swoimi talentami. 




Szczerze polecam!






Kiedy współcześnie sztuka pisania listów wypierana przez medialne środki urasta do rangi wyjątkowości, Ryszard Wojnowicz przypomina nam o tym, co dawniej było czymś najnormalniejszym. Piękna powieść o dojrzałej miłości. Narrator z perspektywy parkowej ławki maluje przed nami obrazy metaforą, przemycając wiele życiowych mądrości i skłaniając do głębszej refleksji, korespondując jednocześnie z pewną Jagódką. Ciepła, sugestywna, wzbudzająca wiele pozytywnych emocji. 




Szczerze polecam!

[Audiobook] „Maski zła” Iwona Banach. Wielowątkowa powieść napinająca nici intrygi i traumatycznej przeszłości, której oddech czujemy na karku w najmniej oczekiwanym momencie...





StoryBox.pl

Czas trwania: 10 godz. 42 min.

Czyta: Magdalena Karel


Ta książka jest wyjątkowa pod wieloma względami. Mówi o trudnych sprawach, budzi współczucie wnikającej do naszej świadomości czytelniczej opisywanej historii, napina naszą wrażliwość, konstruktywnie buduje bohaterów, nadając im wyrazistego charakteru, skupia się na ich psychice ukazując maski przywdziewane w zależności od sytuacji, ale przede wszystkim wielowątkowość pozwala na podążanie tropami w różnym czasie i przestrzeni, momentami ma się wrażenie, jakby odległej, zamkniętej w pudełku psychicznej zależności oraz rozgrzebywaniu ran obudzonych demonów z przeszłości. 


Na wysokości zadania stanęła również Magdalena Karel, którą bardziej znam z jej interpretacji komedii. Tutaj po prostu wykonała kawał dobrej roboty – majstersztyk! Takiego audiobooka słucha się z przyjemnością. Lektorka balansowała głosem, nadawała mu kolorytu i odpowiedniej tonacji, dostosowując jego barwę do każdej, indywidualnej postaci osobno akcentując opisy. Emocje, jakie towarzyszyły Jej i wynikające z treści książki odczuwało się wręcz na własnej skórze. Znakomicie, po prostu pełen profesjonalizm! 


Iwona Banach stworzyła bardzo dobrą mieszankę gatunkową. Jest w tej historii napięcie, które momentami sięga zenitu naszej ciekawości. Jest tajemnica, którą zaczyna się rozgryzać po dwudziestu latach. Są manipulacje ludźmi, owiana niechlubną przeszłością zagadka instytutu. Są wyraziści bohaterowie, których poznajemy dzięki kombinacji narracyjnej. Są też morderstwa, niczym szarady, których rozwikłanie w tak małym miasteczku, gdzie stereotypowość i zabobonność lubi mieszać się z dozą przyzwyczajeń i bezkrytycznego braku przyzwoitości, stanowi wręcz łamigłówkę na miarę Szerloka Holmesa. I takim bez wątpienia jest aspirant Małecki z Wrocławia. Bezstronny, dociekliwy i nie dający sobie w kaszę dmuchać rozmemłanymi kłamstwami podwładnych, które piętrzą się od tych nieszczęsnych dwudziestu lat.



W maleńkim Zawiszynie dochodzi do dwóch morderstw niepozornych staruszek. Śledztwo zawiszyńskich policjantów nie przynosi pozytywnych skutków. Kiedy do całej akcji wkracza Małecki rozpoczyna się gra, gra pozorów i wyciągania ze świadomości uśpionej przeszłości. Akcja powieści toczy się dwutorowo. Jesteśmy świadkami podążania za prawdą dociekliwego aspiranta oraz dziecięcych głosów z mgły przeszłości. Autorka bardzo skrupulatnie i wnikliwie rozpościera przed czytelnikiem obrazy trudnego dzieciństwa pozbawionego rodzicielskiej miłości i opieki, przemocy fizycznej i psychicznej, zacierając jednocześnie tę ewidentną granicę między prawdą, a wyimaginowaną wyobraźnią, co powoduje, że fabuła opowieści jest jeszcze bardziej intrygująca. Stare sprawy i sprawki urastające do rangi przestępstwa odżyją wraz z nienawiścią i brutalnością. Autorka misternie skupiła się na psychice swoich bohaterów odkształcając ich świadomość i powracające w snach demony.


Jestem pod wielkim wrażeniem zręczności fabuły, takiej onirycznej akcji, która odnosi się wrażenie, jakby rozgrywała się w snującej się od rana mgle, w której bohaterowie błądzą próbując odnaleźć właściwe ścieżki. Iwona Banach zaskakuje i napina nić wrażliwości do najwyższych granic. Odważnie kreuje charakternych bohaterów, podsuwa nam co i rusz mylące tropy, by jeszcze bardziej podkreślić wagę poruszanych przez siebie tematów. To nie jest łatwa książka, taka na jeden raz. To książka, w którą trzeba się dobrze wczytać, by odczytać jej podwójną warstwę merytoryczną i przekaz, jaki autorka zostawia nam między wierszami.

„Maski zła” Iwony Banach to książka, która zostanie z Wami na bardzo długo. Porusza ważne, trudne tematy, pokazuje różnorodność ludzkiej psychiki, wytwarzającej w naszej świadomości przetworzone obrazy skrzętnie zacierając granicę między wytworem wyobraźni a prawdą. To powieść wielowątkowa, z budzącą demony przeszłości tajemniczą zagadką, zmową milczenia wśród mieszkańców małej miejscowości. Autorka znakomicie piętrzy tropy, skutecznie mija nas z rozstrzygnięciem, by w finalnej scenie odsłonić karty i tym samym wzbudzić nasz podziw i totalne zdziwienie.

Majstersztyk w wykonaniu Magdaleny Karel dopina całość. Ona genialnie nawet oddała przybyłą do Zawiszyna Francuzkę, stosując akcent z charakterystycznym „s”, czy "r". Słuchałam z przyjemnością i z jeszcze większą polecam Wam. 


Za audiobooka dziękuję:






poniedziałek, 23 października 2017

„Były lata, że waliło mi się wszystko, a świat widziałam jedynie w czarnych barwach.” Wywiad z Anną Sakowicz :)






„Były lata, że waliło mi się wszystko, a świat widziałam jedynie w czarnych barwach.”


Zdj. nadesłane. Z prywatnego albumu autorki


Twórczość Anny Sakowicz poznałam przez przypadek, jednak zaliczam ten przypadek do konkretnych i bardzo udanych. Ania jest szczera i bardzo sympatyczna. Nigdy nie odkłada niczego na później, tylko rzetelnie, z sercem przykłada się do każdego projektu i swojego założenia. Dokonała w swoim życiu wielu zmian, co dowodzi tezie, że na nie nigdy nie jest za późno. Wręcz przeciwnie, warto zaryzykować, bo może odmienić się przez to nie tylko sposób postrzegania przez nas świata, ale i nastawienia do samych siebie. Pracowita i sumienna. Jednak, jak sama wyznaje, w Jej życiu nie zawsze było kolorowo. 


Anna Sakowicz zdradza Wam, co Ją urzekło w Kociewiu, czym się aktualnie zajmuje, jakie ma pomysły na dalszą twórczość.


Zapraszam :)


Dziękuję Aniu, że zechciałaś poświęcić mi chwilę na naszą rozmowę.

Często w wywiadach podkreślasz, że pisanie uratowało Cię przed depresją. Najpierw blog, potem książki. Ale... No właśnie. Jak to się stało, że z wielkiego miasta przeniosłaś na Kociewie?

Przeniosłam się ze Stargardu (wtedy Szczecińskiego), nie jest to aż tak wielkie miasto, zaledwie chyba o 25 tysięcy mieszkańców większe niż Starogard Gdański. Różnica oczywiście jest i początkowo faktycznie ją zauważałam, zresztą oba miasta mają zupełnie inny klimat, ale to nie tak, że musiałam się jakoś specjalnie przestawiać. A dlaczego się przeprowadziłam? Odpowiedź będzie niezwykle banalna. Serce mnie poniosło za Kociewiakiem. Poznałam swojego przyszłego męża, zakochałam się w nim i wszystko postawiłam na jedną kartę. Okazało się to bardzo dobrą decyzją, bo przeprowadzka odmieniła moje życie. Jednak, jak się okazało, sama miłość to nie wszystko. Przez to, że w nowym miejscu nie mogłam znaleźć pracy, czułam się zawodowo niepotrzebna, byłam bliska załamania. Wcześniej pracowałam jako nauczycielka, doradca metodyczny, redaktor naczelna pisma pedagogicznego i nagle szklana ściana. Nikt mnie nie chciał do pracy. Kończyłam właśnie czterdzieści lat. To wszystko frustrowało. Zaczęłam więc pisać. Początkowo tylko dlatego, by narzucić sobie rytm dnia. Wstawałam o siódmej, tak jakbym szła do pracy, siadałam do komputera i pisałam. Siedem dni w tygodniu dodawałam posty na blogu. Ta systematyczność pozwoliła mi przetrwać i odnaleźć sens życia (tego zawodowego). Teraz natomiast mam wrażenie, że każdą książką załatwiam jakieś swoje małe bolączki skryte na dnie serca. Pisanie jest więc bardzo mi potrzebne.

Co w tym regionie tak bardzo Cię zaintrygowało, że postanowiłaś napisać sagę kociewską? I teraz drugie pytanie, czy od razu wiedziałaś, że będzie to saga, czy miałaś zarys tylko jednej książki?

Przede wszystkim zaczęłam postrzegać Kociewie oczyma mojego męża. To on pokazał mi najpiękniejsze miejsca. Zakochałam się w łąkach, jeziorach i lasach. Tu są tak piękne okolice, że serce ściskało na widok kociewskich pejzaży. Nie wiem, może moje ukochane szczecińskie też było takie piękne, lecz tego nie zauważałam, bo nie miałam czasu, ciągle byłam w pracy, ponadto miałam wiele kłopotów osobistych, więc głowa była zajęta czym innym. A kiedy pojechałam za mężem, poczułam, że żyję i mogę wreszcie cieszyć się swoim życiem. Jedyne zmartwienie wtedy to była praca.
Zdj. nadesłane.
Z prywatnego albumu autorki

Zafascynowała mnie jeszcze gwara kociewska. Jako polonistka chłonęłam inne słówka, specyficzne powiedzonka, a nawet to charakterystyczne dla tego regionu „jo”. Spodobały mi się stroje, hafty, przyśpiewki itp. W Zachodniopomorskiem każdy był skądś, przynajmniej nasi rodzice czy dziadkowie skądś przyjechali, a tu to osadzenie w jednym miejscu z pokolenia na pokolenie też okazało się w jakiś sposób fascynujące. Wymyśliłam więc opowieść o Joannie, oczywiście mocno inspirowaną moim życiem. Na początku zamierzałam napisać trylogię. „To się da!” miało być ostatnią częścią, przed trzecią broniłam się, choć pani redaktor z wyd. Szara Godzina od razu po przeczytaniu powieści zasugerowała napisanie trzeciej. Dopiero rozmowa z wydawcą ostatecznie skłoniła mnie do napisania „Już nie uciekam” i przyznam, że kiedy ją pisałam, żal było się rozstawać z Aśką. Polubiłam ją. To moja pierwsza bohaterka, mam więc do niej sentyment. Ponadto później okazało się, że ja owszem ją wymyśliłam i miałam wpływ na jej losy, ale ona nie pozostała mi dłużna. To dzięki niej powstały przecież „Leniusiołki”, które będą taką kropką nad „i” trylogii kociewskiej.

Debiutowałaś trzy lata temu zbiorem opowiadań „Żółta tabletka”. Jak ten czas wpłynął na Ciebie twórczo? 

Trudno mi to ocenić, ale mam nadzieję, że widać w moich książkach ewolucję mnie jako pisarki. Sporo douczałam się na temat konstrukcji powieści, budowania postaci, przecież nigdy wcześniej nie uczyłam się, jak pisać książki. Nie chcę też stać w miejscu, chcę się rozwijać. Ćwiczyć swój warsztat. Zaczęłam też żyć z pisania. Tworzę nie tylko książki, piszę opowiadania do czasopism kobiecych, bywam też naczelną pisma pedagogicznego (bywam, ponieważ pismo ukazuje się dwa razy w roku). Mam nadzieję, że moi czytelnicy z każdą moją książką dostrzegają postępy.

Zdj. nadesłane.
Z prywatnego albumu autor
I co najważniejsze! Uczę się radzić sobie z krytyką. To niełatwe, bo książki traktuje się emocjonalnie. Pracuję nad każdą powieścią mniej więcej pół roku (nad ostatnią, która ukaże się w lutym – ok. 10 miesięcy) i kiedy ktoś powie czy napisze coś przykrego, najzwyczajniej w świecie robi się smutno, to nie motywuje. Cenię jednak konstruktywną krytykę, dzięki której mogę się rozwijać.

Zawsze, kiedy Cię pytałam, Aniu, skąd Ty wzięłaś materiał na tę książkę, zawsze odpowiadałaś, że życie podsuwa tyle tematów na ciekawe historie. O ile kociewska trylogia wiązała się z Twoimi prywatnymi zmianami w życiu, o tyle „Szepty dzieciństwa” to jest tak odrębna historia, którą warto przypomnieć czytelnikom. Jak ona powstawała?

Pomysł na „Szepty dzieciństwa” nosiłam w sobie długo. Byłam świadkiem przykrej historii. Pewni (bliscy mi) ludzie stracili dom, ponieważ przyjaciółce żyrowali kredyt. A ta cichaczem sprzedała mieszkanie, przestała płacić raty i wyjechała za granicę, nic sobie nie robiąc z tego, że doprowadziła ludzi do katastrofy. Nie mogłam tego zrozumieć, że można tak kogoś oszukać. Wiedziałam, że kiedyś o tym napiszę. Nie wiedziałam tylko jak. I pewnego dnia jechałam samochodem, w radiu leciało słuchowisko, w którym narratorką była bezdomna kobieta. Doznałam oświecenia. Chciałam to napisać z pierwszoosobową narracją, z bardzo wyraźną, ale specyficzną bohaterką. Tak powstała Baśka. Potem napisałam na podstawie tej powieści monodram (pod okiem Remigiusza Grzeli). Tekst ma bardzo dobre opinie, może kiedyś uda się go wystawić na scenie. To moje największe marzenie.

Debiutowałaś zbiorem opowiadań, piszesz powieści, jak to jest. W której z form czujesz się najlepiej? Przy opowiadaniach trzeba być trochę powściągliwym, przy tworzeniu powieści można pozwolić sobie na więcej. Wrócisz jeszcze do krótkich form? A właśnie. Czy lepiej pisało Ci się opowiadania, czy jednak dłuższe formy?

Na pewno opowiadanie ma inną dramaturgię. Tutaj każde słowo musi być odpowiednio wyważone, nie można pozwolić sobie na przegadanie. Oczywiście bardzo ważna jest także puenta. W powieści autor ma więcej miejsca na rozciąganie wątków, może ich wprowadzić też bardzo dużo, ciągnąć akcję wielowątkowo. 
W zasadzie od opowiadań nie odeszłam, bo piszę je do prasy kobiecej, lubię tę formę wypowiedzi, jednak chyba rozsmakowałam się w powieści. Mam kilka pomysłów, które czekają na realizację, więc zostanę przy dłuższej formie.

Twój blog jest miejscem, w którym piszesz o swojej codzienności, radościach, smutkach, ale to też swego rodzaju komunikacja z Twoimi czytelnikami, którzy stali się pośrednimi obserwatorami tego życia. Planujesz zmianę formuły bloga?

Z blogiem jest tak, że on chyba żyje własnym życiem. Sam zmienia swoją formułę. Pamiętam, że na początku to miała być odskocznia od mojej codzienności. Poczułam się jak kura domowa, gdy nie mogłam znaleźć pracy i chciałam o tym pisać, trochę na przekór stereotypom. Przecież współczesna kobieta musi być samodzielna, niezależna, powinna robić biznesy itp. Bycie kurą domową nie było na szczycie moich marzeń, ale jeżeli już nią zostałam (na krótko, ale zawsze), to trzeba było to przekuć w absurd i groteskę, ale i znaleźć w tym przyjemne momenty. Potem blog nagle sam poszedł w zupełnie innym kierunku. Dzisiaj ma już zupełnie inną formę niż dawniej. Być może nie mam już w sobie tyle energii, co na początku. Nie mam też potrzeby uciekania w absurd, bo moje życie zawodowe zaczęło się układać. Założyłam firmę, piszę, wreszcie zarabiam pieniądze. A jak będzie wyglądał za kilka lat, nie wiem. Wydaje mi się, że akurat tego nie warto planować.

W listopadzie ukaże się Twoja siódma książka „Leniusiołki”. Dotychczas skupiałaś się na dorosłym odbiorcy, tym razem to pozycja skierowana do najmłodszych. Co Cię skusiło, a może zainspirowało, żeby napisać bajkę dla dzieci?

W zasadzie to ósma książka, bo „Żółtą tabletkę plus” traktuję jako oddzielną pozycję.
A co mnie skłoniło? Jak zwykle przypadek. Dawniej, kiedy moja córka była małą dziewczynką, wymyślałam dla niej bajki. Mam marzenie (drugie!), żeby kiedyś jedna z nich ukazała się z ilustracjami mojej córki. Studiuje animację, więc jest potencjał i szansa, że być może damy radę. Problem polega na tym, że ona ciągle nie ma czasu i odkłada to na później.
Co do „Leniusiołków” to inspiracji było kilka: bałagan w pokoju córki, mój gruby kot siedzący w pozycji buddy i Joanna – bohaterka trylogii kociewskiej. Kiedy pisałam „To się da!” wymyśliłam na potrzeby Joanny bajkę o leniusiołkach. Aż żal było tego nie wykorzystać. Spisałam historię, a przypadek sprawił, że na blogu odezwał się do mnie wydawca z pytaniem, czy nie mam czegoś dla dzieci. Wysłałam. Książkę przyjęto do druku, wpisano ją jednak w plan wydawniczy prawie dwa lata później. Nie spieszyło mi się jednak, wręcz myślałam, że to idealny czas, bo w marcu ukazała się ostatnia część trylogii, a w listopadzie pojawi się kropka nad „i” – zwieńczenie tej opowieści i podziękowanie dla Joasi, że odmieniła moje życie.
Dzięki temu, że pojawiła się w mojej wyobraźni, zaczęłam pisać powieści. Należało więc bajkę wydać, tak jakby zrobiła to Aśka, a dochód przekazać dzieciom chorym na białaczkę. Tak się stało. Zaliczkę już oddałam na rzecz Stowarzyszenia Rodziców Chorych na Białaczkę i Inne Choroby Nowotworowe w Szczecinie. Myślę, że Asia byłaby zadowolona. Nie przypuszczałam, że przyniesie mi to tyle satysfakcji, z za bajką pójdą pluszaki. Wymyśliłam, że kiedy zawiozę do Szczecina dla dzieci z Oddziału św. Mikołaja bajki, to wręczę też każdemu małemu pacjentowi onkologii jednego małego leniusiołka. Mam nadzieję, że to dzieciakom sprawi przyjemność.

Zastanawiasz się, jak książeczka zostanie przyjęta przez młodsze grono czytelników? Masz jakieś obawy?

Jasne! Mam tremę! To przecież moja pierwsza książka dla małych czytelników! Co prawda eksperymentowałam już, czytałam fragmenty dzieciom w szkołach, ale nie wiem, jak zostanie przyjęta całość. Dzieci są szczere w swoich opiniach, więc nie będą przebierać w słowach. Jak im się nie spodoba, powiedzą to wprost. Mam jednak nadzieję, że bajka zostanie dobrze przyjęta i dzieci pokochają leniusiołki.

LENIUSIOŁKI
Zdj. nadesłane. Z prywatnego albumu autorki

Stworzyłaś nawet swój projekt Leniusiołków, sama szyjesz pluszowych bohaterów swojej bajki. Zamysł z góry zaplanowany?

Nie. U mnie zawsze wszystko pojawia się spontanicznie. Zamarzyłam, że jeżeli już te moje leniusiołki wymyśliłam, a ilustrator je narysował, to miło by było, gdyby stały się bardziej realne. Pisałam do różnych firm i osób szyjących maskotki, czy by mi nie uszyły takiej postaci na podstawie rysunku. Najpierw myślałam o dwóch pluszakach: leniusiołku i pracusiołku, by pokazywać je dzieciom w trakcie spotkań autorskich. Jednak nikt się nie zgodził. Jedna pani chyba tylko potwierdziła, że to zrobi, ale cena była zaporowa. Nie stać mnie było, żeby zamówić u niej nawet jednego. Potem koleżanka z FB zrobiła mi jednego na szydełku, był przesłodki, ale niestety nie był tak mięciutki i pluszowy, jak powinien. Zawzięłam się więc i stwierdziłam, że sama to zrobię. Maszynę do szycia potrafiłam obsłużyć, bo kiedyś obszywałam zasłonki, ale nie bardzo znałam się na wykrojach itp. Miałam uszyć dwa leniusiołki i jednego pracusiołka. Udało się. Może nie wyszło perfekcyjnie, ale mnie to usatysfakcjonowało, bo przecież nikt z nas nie jest idealny, idealni nie musieli być więc moi bohaterowie.
LENIUSIOŁKI
Zdj. nadesłane.
Z prywatnego albumu autorki
Potem poprawiłam wzór i stwierdziłam, że przecież mogę uszyć mniejsze dla dzieciaków z onkologii. Zaczęłam szyć. Niestety tkaniny, bezpieczne oczka i noski to duży koszt. I wydawało się już, że nie sprostam zadaniu, bo jednak autor od czasu do czasu do garnka też musi coś wrzucić. Na szczęście znalazła się dobra dusza – założycielka mojej grupy fanów na Facebooku – Bożenka, która podarowała mi sporo kawałków puchatej tkaniny. Dokupiłam brakujące kolory, noski i oczka i mogłam szyć. Bożena uratowała mój domowy budżet i dzięki niej mogę sprawić przyjemność dzieciom.

Coś od siebie:

Od siebie dodam jedno: moje życie jest doskonałym przykładem na to, że nigdy nie jest za późno na zmiany. Naprawdę! Były lata, że waliło mi się wszystko, a świat widziałam jedynie w czarnych barwach. Nie chcę tu zdradzać szczegółów, ale było źle. Zaryzykowałam. Przeprowadziłam rewolucję i zyskałam nowe życie. Chciałabym, aby kobiety (i nie tylko one) wierzyły, że czasami warto coś zmienić, warto zaryzykować, bo życie mamy tylko jedno!
Serdecznie pozdrawiam wszystkich czytelników Twojego bloga.

Dziękuję za rozmowę.


A wszystkich, którzy chcą poznać Anię osobiście, porozmawiać o Jej twórczości, autorka zaprasza na Śląskie Targi Książki w Katowicach 11.11, w godz. 12-13. Dla pierwszych 20-30 dzieci, którym rodzice kupią książeczki, dostaną pluszowego leniusiołka, własnoręcznie wykonanego przez Anię.