piątek, 1 grudnia 2017

Spotkanie świąteczne z Katarzyną Georgiou :)









Kochani!

Postanowiłam wprowadzić Was w przedświąteczne wyczekiwanie i reaktywować cykl spotkań świątecznych z autorami. Wielu się do niego zgłosiło, dlatego tym chętniej będę codziennie publikowała ich wspomnienia Świąt dzieciństwa, a teraz. Każdy z autorów miał za zadanie napisać, jak to bywało u niego kiedyś, a ile z tradycji i więzi zostało dzisiaj.
Zaczynamy!


Katarzyna Georgiou to dla mnie wielka artystka i twórczyni, która szczególnie dała mi się poznać dzięki tomikowi „Drzewa kochać potrafią. Bajędy”, którego recenzję mogliście poznać TU.

Zdjęcie ze strony autorki


O sobie autorka pisze:
„Piszę i dzielę się moją pasją z czytelnikami. Świat Wyobraźni to jedno z miejsc, gdzie przebywam by odetchnąć, wyciszyć się i czerpać inspirację do życia w naszej rzeczywistości. Jestem czarownicą w służbie dzieci - dla nich opisuję w wierszowanych strofach świat poezji, który na co dzień jest obecny w niedocenianej sztuce dziecięcej. Moje książki "Dziecięcy Świat - wiersze dla Smyków z wyobraźnią", Strefa Balaganu" oraz "Imagination's Light" i "Funky Poems Treasury" humorystyczne wiersze w języku angielskim, są dostępne w księgarniach internetowych oraz na stronach "Funky Poems Treasury" Katarzyna Georgiou. Dorosłych czytelników zapraszam w świat poezji z tomików "Dychotomia Mojej Kobiecej Natury" i "Światy dwa w pogoni za Leśnym Lichem", które są dostępna na stronie wrocławskiego wydawnictwa EUROSYSTEM www.esd.sklep.pl.” Zapraszam na stronę autorki: http://skalnykwiat.blogspot.com/


Tymczasem, zapraszam na spotkanie świąteczne z Panią Katarzyną i Jej wspaniałymi opowieściami.


Wilia i Szczodre Gody u Katarzyny Georgiou

Święta Bożego Narodzenia czy Szczodre Gody, zamykają Koło Roku. Te rodzinne święta, zapachem piernika i czerwonego barszczu z uszkami w pamięci zapisane, to czas radości z przeżycia jeszcze jednego roku i czas nadziei na następny, który może, choć wcale nie musi, okazać się lepszy, ciekawszy, spokojniejszy lub burzliwy, pełen kłopotów i doświadczeń hartujących ducha. 

W moim rodzinnym domu, święta zawsze były spędzane u matriarchalnego seniora rodu, czyli mojej babci, a później, gdy jej zabrakło, u mojej mamy… Im dalej sięgam pamięcią, tym bardziej rodzinne te święta były, tak wiele rzeczy robiło się razem, wspólnie gotowało, robiło ozdoby i ubierało choinkę, ucierało ciasta w makutrze, nakrywało do stołu, wraz z przygotowaniem miejsca dla niespodziewanego gościa i siankiem pod obrusem. Pamiętam jak mama mojego taty robiła jeżyki z bibuły i kolorowych złotek i pakowała po dwanaście w pudła do sprzedaży w Cepelii. A na naszych choinkach, aż się od nich roiło. Do dziś, tylko u mojego taty zachowały się dwa pudła – jego mama nauczyła go tej sztuki – te ostałe się, to jego własnoręczna robota. Babcia Marysia, mama mojej mamy, dbała za to o stajenkę pod choinką i małego Jezuska w żłobie. Jako dzieci, ustawialiśmy tę szopkę z należytą pieczołowitością i troską o lalki i figurki z porcelany: Maryi, Józefa, Dzieciątka, Trzech Króli, pasterzy, osiołków i owieczek… Zawsze najbardziej podobał mi się ten egzotyczny ciemnoskóry król w turbanie.
Zdj. nadesłane.
Z prywatnego albumu autorki

Prezenty były różne, ale te od dzieci, to przeważnie rękodzieła, które do dziś tkwią w pamięci, jak kolorowe szaliki i kamizelki robione na drutach ze sprutych swetrów. Do dziś pamiętam te skarpety dla taty, z szarej owczej wełny, na których zrobienie porwałam się gdzieś w ósmej klasie :) A mój pierwszy szalik dla babci, jaki wykonałam w trzeciej klasie, pobił chyba rekordy nierówności, bo nie bardzo jeszcze wiedziałam, jak wyrównywać brzegi. Zanim jednak można było ruszyć ofensywą po prezenty, wspólnie kolędowaliśmy. Babcia miała piękny głos, mama jeszcze piękniejszy sopran, a mój tata, niczego sobie baryton. Ja zazwyczaj siadałam do pianina, jako że szkoła muzyczna i godziny spędzone przy klawiaturze, zobowiązywały. Mój brat i siostra oczywiście po paru piosnkach cichcem rozwiązywali sznurki w pobliżu Panny Iglastej, co było oczywistym sygnałem, że należy kolędowanie czym prędzej zakończyć. 

Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki

Zawsze też zastanawiałam się, dlaczego barszcz wigilijny mojej mamy był bardziej smaczny od babcinego, a babciny sernik tak fantastycznie lepszy od maminego. Po latach, dowiedziałam się prawdy, straszliwej zresztą… Babcia przestrzegała jarskiej Wilii, a do sernika dawała dwa ugotowane i utłuczone ziemniaki, mama natomiast barszczyk, w tajemnicy przed wszystkimi, gotowała na wołowince, sernik zaś miast ziemniaczków miał dwie łyżki mąki ziemniaczanej :) 

Z tradycji wigilijnych, które wspominam najmilej, kultywowanych zarówno przez babcię jak i mamę, jest siadanie do stołu wraz z pierwszą gwiazdką oraz wróżba na następny rok. W pierwszej partii pierogów ukrywały mały grosik, a kto na niego natrafił, miał zapewniony dobrobyt i przypływ bogactw różnorakich, aż do następnej Wigilii.

Z łakoci, najsmaczniej zapamiętałam kutię. Babunia ze Lwowa, to i kutia być musiała. Za czasów kartkowych, miast miodu, babcia rozrabiała syrop cukrowy, by z makiem i pszenicą wymieszać. W latach tłustych zaś, miodem zagęszczano tę ambrozję wraz z różnorakimi bakaliami. Orzechy, też zawczasu, dziatwa łupała do słoików. Na ogródku rósł potężny orzech, z którego mieliśmy worki tego surowca. Walka była tylko o dziadka do orzechów, wszyscy bowiem chcieli łupać, a nie wyłuskiwać. Może dlatego w moim domu mamy trzy dziadki do orzechów i żeliwną kaczkę łupaczkę. 

Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki
Robienie kutii, to obecnie moja specjalność. Przejęta bez specjalnego narzekania, choć mak trzy razy kręcić przez maszynkę trzeba, gdyż tradycjonalistką jestem i puszki z preparowanym makiem naszpikowanym konserwantami nie użyję i basta! Teraz to razem ze Skrzatem (nieco już wyrośniętym synem moim) ulepszamy rodzinną recepturę – ostatnim razem dodaliśmy suszone morele i żurawinę. Dawniej, kutią rzucało się o sufit - jak się przykleiła, to rok był obfity, bo gospodyni miodu nie żałowała, ale jak szybko odpadła, oj to bida była… Wiecie jak to jest, gdy się skąpi jak Dickensowski Scrooge!


Jedne ze świąt utkwiły mi w pamięci w sposób szczególny. Te czternaście lat temu. Mój synek urodził się 13 grudnia, więc w Wigilię miał 10 dni. Spędziliśmy ją sami, przy drzewku przybranym suszonymi pomarańczami i cukierkami. Nie miałam nawet siły gotować; karmienie dziecka zajmowało mi praktycznie 24 godziny na dobę. Za to towarzyszyło mi najpiękniejsze uczucie świata – JUŻ NIGDY NIE BĘDĘ SAMA! Przyjaciele z sąsiedniego mieszkania przynieśli górę greckich ciastek pudrowych z migdałami, więc było słodko… Nastrój spokoju i nostalgii zapewniła muzyka Celtic Christmas . Do dziś mam do niej słabość.

Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki

Za to Christmas Day spędziliśmy u mojej przyjaciółki, która była ze mną w czasie narodzin Ziemka i odcinała mu pępowinę. Tam pod Drzewkiem płakałam, bo okazało się, że największe worki z prezentami, zgromadzone pod jej choinką, to dary od innych matek dla mnie i mojego dziecka – ciuszki i gadżety niezbędne dla świeżo upieczonej mamy, nie mającej pojęcia o tym co ją czeka… Był jeden haczyk. Gdy mój syn wyrośnie z tych darów, mają być one przekazane następnej potrzebującej i jej maleństwu. „A True Christmas Spirit – Prawdziwy Duch Miłości”, tej ludzkiej, tej przyjacielskiej, tej kobiecej… Moje pierwsze święta, Matki z Dzieckiem, okazały się być tak po prostu niezwykłe i pełne troski innych ludzi, choć z dala od rodziny. Jestem za to bardzo wdzięczna wszystkim, którzy podzielili się sobą, nie zapominając o tym, co najważniejsze - o ludziach w potrzebie emocjonalnego ciepła.


Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki

Panna Iglasta
W moim magicznym domu
Panna Zielona stoi
złotymi szyszkami błyska
jabłuszek czerwienią lśni

korzenne pierniczki ją zdobią
janioły na nitkach dyndają
słoneczka pomarańczy skrzą
monety bogactwem darzą

pod szatą zdobniście piękną
prezentów dywan się ściele
Elf w kołysce cichutko
pochrapuje świąteczną kolędą

Fantazja
Niespodzianka
Zadowolenie

Panna Iglasta to wie -
w moim magicznym domu
czas płynie szczęśliwie jak sen


Wiersz z tomiku "Dychotomia Mojej Kobiecej Natury" 

A ile zostało z rodzinnych tradycji i więzi?

I więzi rodzinne i tradycje mają się dobrze. Jest tylko jedna różnica – wszystko jest w sklepach na co dzień. I znikła magia dziecięcego czekania na świąteczne frykasy, bajki Disneya w telewizji, na mandarynki pod poduszką i balonową gumę z Kaczorem Donaldem czy czekoladę Toblerone z Pewexu za dolary przysłane przez wujka z zagranicy. Półki w sklepach uginają się pod ciężarem łakoci i dóbr, których my, jako dzieci mogliśmy życzyć sobie tylko na specjalne okazje. Staram się jak mogę wskrzeszać tę magię z dzieciństwa, ale w dobie laptopów, gier komputerowych i nowinek technicznych jak jest postrzegany nierówny szalik zrobiony na drutach?

Ale może się mylę? Wszak niebawem zacznę drugie półwiecze mojego życia i jako osoba dorosła nie znajduję już drogi do „stanu dzieciństwa”. Może nasze dzieci na swój sposób odczuwają Ducha Świąt w tej nowoczesnej i komercjalnej rzeczywistości?


Dla moich czytelników dedykuję poniższy tekst:
W noc Przesilenia, 
w Szczodrych Godów czas
Światło się rodzi,
a wraz z nim i nadzieja
na odnowę.
Płonie ogień;
rozgrzewa zziębnięte myśli,
oszronione serca
i skostniałe z zimna
relacje z bliźnimi.

Spoglądam na Pannę Iglastą – zdobną i strojną w życzenia. Tak, tak – każda ozdoba, to życzenie lub marzenie – taka swoista wróżba, projektowanie rzeczywistości...

Słodkie pierniki i cukrowe sople to życzenie osłody życiowych zmagań.

Skrzące słonka wysuszonej pomarańczy to promienie oświetlające drogę, jaką przyjdzie mi przebyć w Nowym Roku.
Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki


Czekoladowe monety symbolizują bogactwo – by nie zabrakło na powszedni chleb i osełkę masła.

Anioł spoglądający ze szczytu przynosi opiekę Duchów Przewodników, wskazówki od Opiekunów z Kierunku Powyżej i przychylność Niebios.

Kolczaste papierowe jeżyki, wykonane ręką mojej babci, to pomost ze światem Przodków. W tych ostatnich zachowanych przez mojego tatę ozdobach widzę obraz babci, siedzącej na kuchennym zydelku, z jedną nogą podkurczoną, ze szklaną lulką papierosową w ustach, mozolnie produkującą przy kuchennym stole tysiące kolców z kolorowych bibułek i folii. Moje wspomnienie z dzieciństwa ma jakieś dobre czterdzieści lat – i tyleż też mają te jeżyki… Kilka lat temu zostały mi przekazane, gdyż to mój dom Wilia swoim czarem teraz otula. I jak co roku, powitam Światło wraz z rodziną, a może i z wędrowcem jakim, jeśli zapuka do drzwi – w końcu dodatkowe nakrycie czeka na niespodziewanego gościa, w myśl starosłowiańskiej zasady „Gość w dom – Bóg w dom”. 

W tym czasie, każdego roku nachodzi mnie wiele refleksji, a między innymi i ta, że zatoczyłam pełne koło w swoim życiu. Po wielu latach na emigracji i Wiliach, co i rusz obchodzonych w innych miejscach kraju za oceanem, zasiadam teraz do stołu we własnym kraju urodzenia, w moim własnym domu i odnalezionym kawałku ziemi, o których marzyłam przez wiele lat. Tym razem, choć to już czternasty rok po powrocie do macierzy, to w moim domu do wieczerzy wraz ze mną zasiądą mój syn i rodzice, a wiekowy dom, z wesoło trzaskającym ogniem w kominku, zapisze kolejny rozdział w swojej historii. Będzie miał następne pokolenie do hołubienia, dawania schronienia, wytchnienia i będzie azylem od zgiełku codzienności.

Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki

W te Szczodre Gody i u progu Nowego Świata, słowiańskim zwyczajem życzę wszystkim, by się Wam darzyło, aby dom – siedlisko Rodu, był miejscem cyklicznych powrotów i miejscem jednania się z rodziną i tradycjami przodków. Nastała Epoka Wilka - czas rodziny i społeczności, wychodzenia z kłamstwa, zacieśniania więzów, szukania porozumienia i dbania o środowisko, w którym żyjemy. Rozglądnijmy się wokół i zaprośmy ludzi do współdziałania na rzecz lepszego świata.

Darz Bóg :)


Dziękuję autorce, że zechciała podzielić się z nami tymi pięknymi opowieściami i tym samym otworzyć cykl świątecznych spotkań, edycja 2017 r. 

[Patronat medialny] „Smaki życia” Anita Scharmach. Wzruszająca powieść o tym, co w życiu najważniejsze...







Wydawnictwo Lucky

Ilość stron: 240

Nowość wydawnicza




„Czasem warto być na samym dnie, aby docenić to, jak wiele się ma.”

Anita Scharmach dała swojej bohaterce Marcie szansę na normalne życie i wszystko wskazuje na to, że nic nie jest w stanie tej harmonii i stabilizacji zburzyć, jednak życia nie da się oszukać, od czasu do czasu wstrząsa nami, byśmy nie zatracili się w złudności i powierzchowności. „Smaki życia” są kontynuacją „Zaraz wracam” i należą do równie emocjonalnych, co część pierwsza. Muszę przyznać, że autorka skutecznie wyzwala wszelką gamę uczuć, bo można się tu nieźle najeść strachu, wzruszyć, ale i pośmiać, czyli jak to w życiu – kalejdoskop emocjonalny.


W pierwszej części poznaliśmy Martę wyrachowaną, ale wyraźnie zmieniającą się na naszych oczach. Teraz wracamy do niej, jak do najlepszej przyjaciółki, którą chcielibyśmy mieć na wyciągnięcie ręki. Marta zmieniła się o trzysta sześćdziesiąt stopni. Ma u swego boku kochającego Artura i rozsmakowuje się w urokach macierzyństwa dzięki rezolutnej Blance. Tuż obok jest też Irenka i wspaniali przyjaciele, którzy nigdy jej zawiedli. Złudności jednak dodaje fakt, że w życiu tych czworga pojawia się Basia, biologiczna matka Blanki. Autorka nie szczędzi nam sinusoidy uczuć i emocji, co i rusz wciągając nas w podróż do najgłębszych zakamarków serca i stawia przed nami konkretne pytania.

„Zagarnęłam w dłoń piasek i powoli przepuszczałam go przez palce. Przypatrywałam się maleńkim ziarenkom i zrozumiałam, jak szybko mija czas. Upływa, zmieniając nasze postrzeganie. Życie przemija, nasza młodość, energia, siła, wszystko. Jednak w miarę upływu czasu możemy nabrać wiatru w skrzydła, mieć większy apetyt na życie lub najzwyczajniej znajdować nowe powody do radości. Poznawać smaki życia.” 



Anita Scharmach znakomicie wykreowała swoich bohaterów, którym też nie oszczędzała afektów. Znakomicie potrafi wzruszyć, poruszyć, napiąć nić wyczekiwania, ale też ubawić, chociażby wizytą Marty i Irenki w SPA, ale przede wszystkim podkreśla, jak ważną rolę w naszym życiu odgrywa równowaga i dystans, znajdując odpowiedni balans między tym, co daje zwykłe radości, a tym co wyciska z nas łzy. Wydarzenia z przeszłości i traumy wcale nie muszą stać na przeszkodzie poznawania nowych smaków, wystarczy otworzyć swoje serce i umysł, otrząsnąć się z tego, co boli, co wraca, aby dostrzec piękno i głębię wartości w prostych gestach, bliskości kochanej osoby. O tym wszystkim przypomina nam autorka, która wykazała się również świetną lekkością pióra, przemyślaną fabułą oraz autentycznością w kreowaniu rzeczywistości w swojej powieści. Autorka nie pozwala nam zapomnieć o ważnościach, o bliskości i roli przyjaciół w naszym życiu, o umiejętnym wyciąganiu wniosków, składaniu w całość drobnych elementów, które przez przypadek nawet mogą się rozsypać.


Anita Scharmach w swej najnowszej powieści rozsmakowuje się w życiu, autentycznie nakreślając fabułę i pokazując, że ma ono zarówno swoje cienie, jak i blaski. Lekkość pióra autorki, plastyczne opisy oraz różnorodne charaktery bohaterów sprawiają, że stają się nam bliscy i nawet pośrednio zaczynamy doszukiwać się punktów odniesień do naszej codzienności. Dla autorki nie ma tematów tabu, umiejętnie lawiruje między poruszanymi przez siebie wątkami, zmuszając też nas – czytelników do głębszej refleksji i zastanowieniu się nad priorytetami, bo i do Marty dotrze w pewnym momencie impuls, pod wpływem którego dokona świadomej decyzji. Popieram ją całym sercem i wierzę, że ułoży jej się tak, jak należy, każdy zasługuje na drugą szansę. A tej kobiety nie da się nie lubić. To już moja wspaniała przyjaciółka, której mogłabym szepnąć to i owo.

Szczerze polecam!





Za możliwość patronatu i egzemplarze książki, dziękuję autorce i: 



czwartek, 30 listopada 2017

„Wieczór taki jak ten” Gabriela Gargaś. Bo Święta to magiczny czas...






Wydawnictwo Czwarta Strona

Ilość stron: 375 + dodatek 

Nowość wydawnicza




„Jak wygląda prawdziwa miłość? Dziś, gdy szukamy jej w rzeczach, prezentach i namiętnościach, nie dostrzegamy, że prawdziwa miłość objawia się w prostych gestach, które robimy z myślą o drugim człowieku. Przychodzi do nas tylko przez drugiego człowieka.”

Ciepła, klimatyczna powieść, w której najważniejsze są więzy rodzinne, pragnienie bycia kochanym, uczucia bliskości. Powieść, w której pachnie piernikami, magia przeplata się z nadzieją, a do codzienności zaczyna przedzierać się wyjątkowość i niepowtarzalność. To moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki, którą chciałam poznać już jakiś czas temu. Nie żałuję tego spotkania i powiem więcej, będę wracała po książki Gabrieli Gargaś przy możliwie najbliższej okazji, bo warto. Autorka zachwyca prostotą języka, przemyślaną fabułą, skrupulatną historią, znakomicie nakreślonymi bohaterami oraz pięknym, sentymentalnym przesłaniem.


Bohaterką książki jest Michalina samotnie wychowująca młodszego brata. Śmierć mamy i beztroskie życie ojca, który pojawiał się zawsze tylko na chwilę, stawiają przed dziewczyną dylematy, wymuszają pewne decyzje. Michalina musiała szybko dorosnąć, postawić się codzienności, przyzwyczaić do obowiązków, jakie na nią spadły. Gdyby nie pomoc i wsparcie babci Zosi, mogłoby być różnie. Dodatkowo, dziewczyna nie miała tak naprawdę swojego życia, nie miała czasu by skupić się tylko na sobie i swoich potrzebach, zawsze musiała walczyć o dwie, a nawet trzy osoby. Babcia prowadzi cukiernię „Cynamonowe serca” i nie tylko pomoc potrzebna jest jej, ale należy pomyśleć też o przyziemnościach dnia codziennego i zacząć pracę, żeby podnieść skromny, domowy budżet. Jako dusza artystyczna, Michalina wpada na zupełnie niesztampowy pomysł. Kiedy poddasze domu zamienia się w maleńki pensjonat, dziewczyna nie wie, ile czeka ją zmian, ile dojdzie obowiązków, ale przede wszystkim, jak bardzo zmieni się jej punkt spojrzenia.




Przypadkowe spotkania, trudne rozmowy, świadome decyzje i wszystko to na przedsionku Świąt, które nie wszyscy będą chcieli spędzić w klimatycznej atmosferze. Artur przyjedzie celebrować święty spokój. Dla Wiktorii przyjazd do Michaliny to rodzaj ucieczki przed strachem i samotnością. Zaś dla Leny i Blanki przyjazd do maleńkiego Złotkowa to rodzaj próby. Różni ludzie, różne charaktery i mieszanina sytuacji. Tutaj śmiech będzie mieszał się ze smutkiem, nadzieją i iskierką namiętności. Cała paleta uczuć i odczuć. Jak w kalejdoskopie życia. A wszystko na tle przepięknych krajobrazów bieszczadzkich.


Autorka bieżącą akcję i fabułę skrzętnie przeplata retrospekcyjnymi wspomnieniami, dzięki którym poznajemy nie tylko przeszłość Michaliny, ale i każdego gościa z osobna. To refleksyjne momenty skłaniające każdego z nich do pewnej analizy, bo ten magiczny czas nastraja i sprzyja ku temu, by pomyśleć o priorytetach i ważnościach życia.

„Bo wspomnienia to takie skarby, które chowamy w jego szufladkach, na dnie. Czasem te szufladki otwieramy, a wspomnienia z nich wylatują, niczym barwne motyle. Ich skrzydełka trzepoczą nam w brzuchu. Czułaś kiedyś trzepotanie motylich skrzydeł? To te wszystkie magiczne wspomnienia.”


Gabriela Gargaś stworzyła piękną i magiczną powieść, w której świąteczna aura przekształca się w coś zupełnie wyjątkowego. Ten przekrój charakterów wymyślonych postaci jest tak autentyczny i plastyczny, że ma się wrażenie, iż cząstka każdego z nich jest w nas. To nic, że również każdy z nich inaczej pojmuje i przyjmuje świąteczny klimat, bo w sumie różnimy się przecież od siebie pod wieloma względami, jednak w każdym szaleństwie i sprzeczności jest jakaś metoda. Czasami też jest tak, że pod wpływem jakiegoś impulsu, jakiejś iskierki zmienia się nasz punkt spojrzenia i ogląd na daną sytuację.

„Dużo jest na tym świecie dobra. To media zasypują nas tylko złymi wiadomościami. A o dobru jakoś nikt nie wspomina. Bo jest mało medialne.”


„Wieczór taki jak ten” Gabrieli Gargaś to pełna świątecznego klimatu opowieść, w której nadzieja, radość, smutek i samotność mieszają się z magią wyjątkowych chwil i wspomnień. Wzrusza i porusza, tchnie nadzieją, osłodzi smutek, bo jej bohaterowie pojawili się po coś, każdy ze swoim własnym bagażem i zaopatrzeniem na przedświąteczną aurę. Mądra i życiowa, ale co najważniejsze z otwartą furtką na przyszłość, bo uważam, że tak do końca nic tu nie zostało dopowiedziane. A, że jestem czytelnikiem wymagającym, liczę na kontynuację.

Na końcu książki znajdziecie dodatek w postaci propozycji handmade.

Szczerze polecam!


Za egzemplarz dziękuję:







środa, 29 listopada 2017

Bullet Booki, czyli zaplanuj swój rok z plannerami od Wydawnictwa Insignis







Wydawnictwo Insignis

Nowości wydawnicze


Przed nami okres przedświąteczny, myślimy o prezentach, więc dzisiaj chciałabym przedstawić dwie propozycje idealne na świąteczne prezenty. To dwa rodzaje plannerów, które Wydawnictwo Insignis wypuściło na rynek wydawniczy całkiem niedawno. Pięknie oprawione, piękna szata graficzna i pomysłowość, którą autorzy wykazali się wręcz na medal. To rodzaj organizerów, plannerów, dzienników i czego można sobie jeszcze zapragnąć.



Pierwszy „Bullet Book. Bądź pięknie zorganizowana” David Sinden





Ilość stron: 224

„Bądź pięknie zorganizowana i żyj życiem, jakiego pragniesz”

To pozycja, od której nie można wręcz oderwać oczu. Zachęca nie tylko ciekawą oprawą, ale i grafiką wewnątrz. Założeniem Bullet Booka jest uporządkowanie życiowych celów i priorytetów. Niekiedy taka segregacja jest nam potrzebna, bo często w tym codziennym chaosie można nieźle się pogubić. Dzięki temu dziennikowi zaplanujecie sobie najbliższe cele, rozplanujecie kolejność ich zdobywania, ale też możecie śledzić stan swoich finansów. Co to właściwie jest? 










W książce zebrano metody, ćwiczenia w jednym miejscu, byście mieli je w każdej chwili pod ręką. Mimo, że nie ma w niej kolorowych stron, za to jest mnóstwo miejsca na własne zapiski, notatki, które dotyczą: zadań, projektów, poszukiwań, rozwoju pasji, finansów, planowania podróży, realizacji marzeń, czy nawet wspomnień. Dwanaście nowych miesięcy przed nami, nowych planów, celów, marzeń, czyli wszystko, czym możemy zapełnić planner i sukcesywnie sprawdzać, zmieniać, dopisywać, czy zaznaczać. Warto go mieć zawsze przy sobie, a że jest bardzo poręczny, zmieści go każda do swojej torebki. Zdecydowanie polecam!


















„Twój rok z Bullet Bookiem. Jak dzień po dniu kreatywnie zorganizować sobie życie” Zennor Compton 


Ilość stron: 255


To zdecydowanie inny rodzaj plannera niż poprzednia propozycja. Różni się jedną zasadniczą sprawą – znajdziecie w nim wiele kreatywnych zagadek, czy graficznych szaleństw w postaci zabaw w kolory, kształty, wzory, tabele, zdobiąc swoje zapiski różnymi szlaczkami, czy ramkami. Plany zawodowe, lista obowiązków domowych, zdrowie, nastrój, także cele i osobiste projekty znajdą tutaj swoje miejsce, ale z pomysłem na ich prowadzenie. Ten planner także świetnie nada się do torebki, można mieć więc go cały czas przy sobie.

















Mam nadzieję, że chociaż trochę przekonałam Was do pozytywów korzystania i zaopatrzenia się w te formy dzienników, notatników, organizerów. Zachwycają pomysłowością, świetną szatą graficzną, estetyką wykonania, koncepcjonizmem oraz wygodną formą przechowywania. Każdy ma w sobie inny walor. Zatem, nie wahajcie się. Moje zostaną przeznaczone na prezenty dla przyjaciółki i kuzynki. Wiem, że obie się ucieszą, bo znam ich gusty. Ale równie dobrze możecie zrobić prezent sobie.


Szczerze polecam!


Za egzemplarze Bullet Booków dziękuję:



wtorek, 28 listopada 2017

„Nie mamy pojęcia. Przewodnik po nieznanym wszechświecie” Jorge Cham & Daniel Whiteson. Fizyka nie taka straszna, jak ją malują...







Wydawnictwo Insignis

Ilość stron: 384

Nowość wydawnicza



Świetna propozycja dla tych, którzy chcą w zupełnie niesztampowy sposób zgłębiać tajniki fizyki. Przy niej, nikt nie będzie się nudzić. Autorzy bardzo zaczepnie podchodzą do czytelnika, intrygując pytaniami, czy na każdym kroku udowodniając, że niemal każda dziedzina naszego życia zahacza o teorie, które da się wytłumaczyć również z perspektywy fizyki. O, ile ja jestem racjonalistą i formułki o „czarnych dziurach” nie robią na mnie jakiegoś porywającego wrażenia, o tyle dla osób, które uwielbiają tę tematykę, książka będzie idealnym dodatkiem do zgłębiania go w sposób bardzo niecodzienny. A to za sprawą wywołujących na twarzach uśmiech, rysunków.



Autorzy starają się z dystansem, ale dbałością o szczegóły przybliżyć Kosmos, Wszechświat w możliwie przystępny sposób, by wszelkie teorie wkuwane na lekcjach fizyki nie były nudnymi, suchymi informacjami, a popartymi konkretnymi przykładami, których tutaj znajdziecie całe mnóstwo, gdzie w przeciętnych podręcznikach próżno szukać. I może to byłaby dobra podpowiedź dla tych, którzy te podręczniki tworzą, może na takim sposobie przekazywania wiedzy warto się skupić – na luzie, bez niezrozumiałych formułek, niepotrzebnie i na siłę wkuwanych do głowy?
Ale, oczywiście to płonne marzenia. 



Autorzy dotykają ważnych kwestii i aspektów skupiających się nie tylko na ciemnej materii, której wokół nas jest o dziwo ogrom, ale tez na teorii czasu, przestrzeni, ile jest wymiarów czasowych. I to jeden z tych tematów, które mnie mocno zaintrygował. Wszyscy chyba znamy kultową serię filmów o przenoszeniu się w czasie, czy to w przeszłość, czy przyszłość i tutaj ten temat jest bardzo fajnie objaśniony, czy takie „zabawy” z czasem są w ogóle możliwe? No właśnie... czy poza trzema wymiarami istnieją jeszcze jakieś? 


Z książki nie dowiecie niczego, czego nie odkryto. Tytuł książki jednoznacznie wskazuje, że o wielu rzeczach nie mamy po prostu pojęcia i pozostają one w sferze do odkrycia. Jednak, nie wiadomo, ile i czy w ogóle człowiekowi uda się jeszcze zbadać w tej materii. Treść książki z humorem i na wielu przykładach przedkłada zdobytą przez nas wiedzę, którą w jakiś też sposób utrwala i systematyzuje. Autorzy jasno podkreślają, że człowiek wie o Wszechświecie raptem 5%, czyli krótko mówiąc – nic. To wiedza jakaś szczątkowa i wiele, wiele jeszcze przed nami.


„Nie mamy pojęcia” to świetna, lekka książka, przy której czas minie się daleko z nudą, a Wy połączycie przyjemne z pożytecznym. Wiedza przekazana przez autorów zahacza o doby humor, prostotę przekazu i zrozumiałość. Polecam wszystkim, szczególnie dzieciom i młodzieży.





Za książkę dziękuję:




[Zapowiedź] Herve Tullet wraca z kolejnymi tytułami książeczek dla dzieci z serii "Gry i zabawy", nakładem Wydawnictwa Insignis :)



W ubiegłym tygodniu miała miejsce premiera kolejnych tytułów Herve Tulleta z serii "Gry i zabawy" nakładem Wydawnictwa Insignis. Ukazało się kolejnych pięć ciekawych i intrygujących tytułów.




"Gra w kolory"





Wiek 3-5



Fioletowy kwadracik, zielone kółeczko i pomarańczowy trójkącik szukają rodziców… Pomóż im ich odnaleźć i dowiedz się wszystkiego o mieszaniu kolorów!









"Paluszkowa wyprawa"


Wiek 3-5




Szykuj się: paluszkowe robaczki wyruszają w podróż! Chcesz im towarzyszyć? Do zabawy potrzebny ci tylko palec. Weź długopis, narysuj na opuszku oczy, buzię i już: Twój własny paluszkowy robaczek gotowy!









"Zabawa liniami"


Wiek 3-5




Paski, kreski, szlaczki wstążki wypełniają karty książki. Przewracaj strony, podziwiaj wzory, komponuj własne liniowe twory!









"Graj w piłkę"


Wiek 3-5



Zgnieć kawałek papieru w kulkę i zacznij grać. Sam wyznaczasz zasady. Możesz zdobywać gole, toczyć piłkę po ścieżce albo trafiać nią do wybranego celu. Graj w pojedynkę albo z kolegami. Książkę postaw albo połóż na stole, możesz ją też zawiesić. Rzucaj piłkę, pstrykaj w nią, strzelaj z gumowej procy albo uderzaj ją kawałkiem kartonu, który znajdziesz w środku. Baw się dobrze. Ale uważaj, bo zdarza się, że dorośli pożyczają sobie tę grę, czasem nawet zabierają ją do pracy. Pamiętaj, żeby zawsze mieć ją na oku!









"Gra luster"


Wiek 3-5



Ta książka jest lustrem. Widzisz swoje odbicie? Tak, to ty! Przewracaj kartki i obserwuj,co dzieje się ze kształtami.







poniedziałek, 27 listopada 2017

[Audiobook] „Drugie życie Matyldy” Magdalena Trubowicz. Poruszająca, przejmująca, emocjonalna opowieść o życiu i przywdziewaniu masek codzienności...





StoryBox.pl

Czas trwania: 8 godz. 28 min.

Czyta: Joanna Gajór


To moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki, ale któreś z kolei z interpretacją Joanny Gajór. Obie panie spisały się na medal. Autorka powieści trzyma w napięciu do ostatniego zapisanego słowa, a lektorka żongluje tembrem głosu, nadając mu odpowiedniej barwy i temperatury do każdej postaci oddzielnie, oddzielając po mistrzowsku opisy od dialogów. Joanna Gajór, jak zwykle wykazała się po mistrzowsku swoją precyzją i talentem. Magdalena Trubowicz porusza naszą emocjonalną nutą czytelniczą, uderzając w te najczulsze miejsca. Świetnie wykreowani bohaterowie, intrygujące sploty losu i oczywiście buzujące emocje. To zdecydowane atuty powieści o zwykłym życiu, która dzięki plastycznym opisom i lekkości pióra podnoszą jej walory, nadając wyjątkowego wydźwięku oraz budząc w nas refleksję.


Matylda wiedzie dosyć poukładane życie u boku męża i kilkuletniego synka. Właśnie całą rodziną przeprowadzają się do nowego domu, gdy w wyniku splotu dziwnych wydarzeń dochodzi do wypadku, w wyniku którego kobieta zapada w śpiączkę. Właśnie wtedy śni swój sen o przeszłości, o zaszłościach i wspomnieniach, które wyciszone gdzieś na dnie serca, zaczynają na nowo odżywać. Jej mąż Tymoteusz jest dosyć specyficzny. Wyrachowany, twardo obstający przy swoim, nie znosi sprzeciwów, miewa humory, a na rzecz wielkich pieniędzy i kariery zawodowej gotów jest zaprzedać duszę diabłu. Nawet nie wyobrażacie sobie, ile irytacji wzbudził we mnie ten człowiek. Miałam ochotę wskoczyć do tej książki i potrząsnąć Matyldą, by wreszcie przejrzała na oczy. W pewnym momencie dojdzie do sytuacji, w której Matylda straci pamięć, a jej stan zdrowia będzie wymagał wielu poświęceń, jak to w życiu, jednak nie wszystko okaże się takie proste i oczywiste. Miłość do synka jest tym, co trzyma kobietę mocno przy życiu i okaże się walką o szczęście, miłość, a nawet rodzinny spokój.




Magdalena Trubowicz pokazała w swej powieści piękną miłość matki do syna i odwrotnie. Autorka nie szczędzi nam w ogóle emocji, podkręcając ich siłę do maksymalnych rozmiarów. Wielokrotnie się przy tej opowieści wzruszałam i łapałam przysłowiowy oddech refleksji. Autorka pokazała, jak miłość matczyna może być silna i ile potrafi udźwignąć wyrzeczeń, czy uroków życia, by przetrwać najgorsze. Świetnie nakreśleni bohaterowie, nawet ci drugoplanowi budzą w nas różne, czasami skrajne odczucia, że ma się momentami ochotę krzyknąć ze złości, czy popłakać z radości, co jednoznacznie podkreśla ich idealnie nakreślone przez autorkę charaktery. Trubowicz znakomicie ukazała też różnorodność masek i dwulicowości ludzi, którzy za wszelką cenę chcą osiągnąć obrane przez siebie cele. Na przekór wszystkim i wszystkiemu, byle tylko dostać tytuły i szeroki wachlarz profitów, nie tylko ekonomicznych. Dzięki zabiegowi w postaci retrospekcji mamy możliwość poznać przeszłość bohaterki i związane z nią wpływy na jej dotychczasowe decyzje, czy życie u boku człowieka, który nie świeci przykładem dobroci, a nawet wiele w swoim życiu zrobił złego.


„Drugie życie Matyldy” Magdaleny Trubowicz to znakomita powieść o pokrętności losu, który lubi nam coś zabrać, byśmy w zamian otrzymali od niego niespodziankę i wszelakie możliwości odbudowy tego, co nadwyrężone zaszłościami. To powieść, w której emocje buzują i trzymają w napięciu do ostatnich wersów. O sztuce wybaczania, dawaniu drugiej szansy, pięknej, niewinnej miłości rodzicielskiej, o przeszłości i przeplatanych obrazach z przeszłości, które nie zawsze się odnajdą na właściwym miejscu. Interpretacja Joanny Gajór jeszcze bardziej podkreśla jej refleksyjny wydźwięk oraz poruszającą głębię przekazu.

Druga część losów Matyldy, kontynuacja wszelkich niedomkniętych wątków w „Nie pytaj dlaczego”, także dostępne w formie audiobooka na StoryBox.pl



Za możliwość odsłuchania audiobooka dziękuję:




niedziela, 26 listopada 2017

[Premierowo. Patronat medialny] „Niepoznany nieznajomy” Ryszard Wojnowicz. Epistolarna opowieść o życiu...







Wydawnictwo Literackie Białe Pióro

Ilość stron: 320

Premierowo


„Jestem wdzięczna losowi, że pozwolił łaskawie spotkać się nam po tylu latach i obojętnie, co zamiaruje na jutro, i jakie jutro gotuje dla nas w swoich planach, to, co dziś jest naszym udziałem jest wyjątkowe, jedyne i niepowtarzalne.”

Kiedy współcześnie sztuka pisania listów wypierana przez medialne środki urasta do rangi wyjątkowości, Ryszard Wojnowicz przypomina nam o tym, co dawniej było czymś najnormalniejszym. My, ludzie konsumpcjonizmu, współcześni ganiacze za czasem, zapomnieliśmy, czym jest epistolarna forma porozumiewania się, czym jest tradycyjna forma wymiany korespondencji. Autor dokonał czegoś bardzo swoistego. List – zapisana kartka papieru, a może przywołać tyle wspomnień, przyjąć mnóstwo emocji, odkrywać skrawek po skrawku zamkniętych na dnie serca tajemnic i uczuć.


Dwoje bohaterów – Radek i Jagoda. Nawet z perspektywy biegnącego czasu, ludzie odnajdują w sobie potrzebę rozmowy z drugim człowiekiem, pokrewną duszą. I wcale nie potrzeba wyszukanych słów, by pięknie, sugestywnie o tym życiu opowiadać. Główny bohater najbardziej upodobał sobie parkową ławkę, w ogóle, to taki miłośnik parkowych ławek, z perspektywy których uwielbia obserwować przebłyskującą gdzieś obok rzeczywistość. Jego życiowa mądrość, doświadczenie świetnie wypełniają luki świadomości o mijającym czasie. To nie są bohaterowie pierwszej młodości. Dzięki listom wiele dowiadujemy się o ich życiu. O ich świadomych wyborach, szczęściach i radościach, łzach i niepowodzeniach. To bohaterowie, którzy swoje życie przeżyli w jakiś sposób, to spotkanie po wielu, wielu latach najpierw delikatne, niczym muśnięcie wiatru, z czasem przeradza się w coś zupełnie wyjątkowego.




„Czas to jedyny element natury, stały i niezmieniony w swej istocie. Odmierzający jej istnienie stałymi cyklami. Czasem tak bardzo chciało by się go cofnąć, albo innym razem nadać mu przyspieszenia – próżny trud. On stale i beznamiętnie odlicza godziny naszego ziemskiego wędrowania i dla porządku, umożliwiając chronologię, urozmaica je dniami i nocami. W nim zawiera się całe nasze ludzkie jestestwo posłuszne jego nakazaniom i bezwzględnie tkwiące w jego objęciach.”

Samotność tych dwoje rodzi potrzebę już nie tylko wymiany korespondencji, ale też pierwszego wreszcie spotkania. A wraz z oczekiwaniem budzi wiele lęków i niepewności. Odżywają umęczone tęsknoty, uczucia schowane już gdzieś na dnie szuflad codzienności, bo życie bywa przewrotne i potrafi zaskoczyć w najmniej spodziewanym momencie. Czy tych dwoje da sobie szansę na zbudowanie czegoś nowego? 


„Niepoznany nieznajomy” Ryszarda Wojnowicza to przede wszystkim piękna powieść o dojrzałej miłości. Narrator z perspektywy parkowej ławki maluje przed nami obrazy metaforą, przemycając wiele życiowych mądrości i skłaniając do głębszej refleksji. Autor używa bardzo specyficznego języka, pięknej, staromodnej polszczyzny wzbogacając ją o aktualne do dziś spostrzeżenia o świecie i życiu nadając im wyjątkowej formy i przesłania składającego do głębszej refleksji.

Ciepła, sugestywna, wzbudzająca wiele pozytywnych emocji. 

Szczerze polecam!



Moja rekomendacja widnieje na okładce


Za możliwość patronatu, rekomendacji i tekst przed premierą, dziękuję: