sobota, 23 grudnia 2017

Świątecznie u Sylwii Trojanowskiej :)








Sylwia Trojanowska to autorka dobrze znanej i poczytnej trylogii „Szkoły latania”, dzięki której dotrzymujemy towarzystwa jej bohaterom od momentu poznania i akompaniujemy w najważniejszych momentach życia. Sylwia nie ułatwia swoim bohaterom żadnych wyborów, wręcz przeciwnie, mąci w ich życiu emocjonalnym do granic naszej czytelniczej cierpliwości, pokazując, że takie jest właśnie życie – indywidualne, szczere i bezkompromisowe. Już na wiosnę autorka szykuje niespodziankę dla swoich czytelników – kolejną powieść.

Życzę Wam miłej lektury :)



Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki



Świątecznie u Sylwii Trojanowskiej

Święta Bożego Narodzenia dla mojej rodziny zawsze stanowiły magiczny okres. Pamiętam czasy kryzysu i zdobyczne pomarańcze, które żal było jeść – tak pięknie pachniały! Jakoś właśnie te pomarańcze pamiętam najlepiej. I makowiec, a raczej ciasto makowe, które uwielbiałam i które piekę do dzisiaj. To taka babka piaskowa, do której dorzucam szklankę maku i aromat migdałowy :) Wspaniale pachnie i smakuje wybornie! Pamiętam prezenty i próby odnalezienia ich jeszcze przed Wigilią. Moja mama zawsze była sprytniejsza i naprawdę nigdy, ale to przenigdy nie udało mi się znaleźć ani jednego podarku :) Od kiedy założyłam swoją rodzinę, moja Wigilia zawsze była „zabiegana”. Troszkę u jednych rodziców, troszkę u drugich. Od kilku lat wygląda to nieco inaczej, spokojniej i podnioślej. Moja kochana Siostra, Renata postanowiła organizować ją w swoim domu. Wszyscy zjeżdżamy się do niej, przywożąc różne potrawy. Wieczerzę spędzamy przy długim, odświętnie przystrojonym stole. Zaczynamy odczytaniem fragmentu Biblii i podzieleniem się opłatkiem. A potem? Potem są długie rozmowy, wspominki, kilka kolęd i oczywiście prezenty, które rozdaje najprawdziwszy Mikołaj. Przyznam, że Wigilia Świąt Bożego Narodzenia jest dla mnie i mojej rodziny bardzo radosnym, pełnym serdeczności czasem 





Kochani, z okazji Świąt Bożego Narodzenia pragnę życzyć Wam miłości, uśmiechu i szczęścia. Odpoczynku i długich, przepełnionych szacunkiem rozmów. A w Nowym 2018 Roku wielu cudnych chwil, które sprawią, że będzie Wam najnormalniej w świecie dobrze :)
Sylwia Trojanowska 





Dziękuję! :)



piątek, 22 grudnia 2017

„Tekst” Dmitry Glukhovsky. Ciekawe i trafne spostrzeżenia na temat funkcjonowania współczesnego świata...







Wydawnictwo Insignis

Ilość stron: 367

Nowość wydawnicza




„Są ludzie, po których coś zostaje, i są ludzie, po których nie zostaje nic.”

Autor należy do najbardziej rozpoznawalnych, a to za sprawą cyklu fantastycznego „Metro 2033”. Ja niestety fantastyki nie czytam i nie miałam okazji poznać autora wcześniej. Dzięki powieści „Tekst” stwierdzam, iż obok „Lśnienia” Agi Lesiewicz, to jedna z najlepszych książek, jakie miałam przyjemność czytać w tym roku. To podobne klimaty i poruszana tematyka oraz dwie różne tonacje historii. Czy zastanawialiście się kiedyś wychodząc z domu, czy nic po drodze się nie stanie i wrócicie do niego cali i zdrowi? Chyba rzadko kiedy się nad tym zastanawiamy. Podobnie było z bohaterem książki Ilją, który wybierając się z dziewczyną na dyskotekę, nie przypuszczał, że powrót do domu przedłuży mu się aż o siedem długich lat.


Czy świadomie wybrać drogę odwetu i wszelkie tego konsekwencje, czy żyć w cieniu? Wybór może pozornie wydawać się łatwy, ale kiedy zadrze się z nieodpowiednimi ludźmi, może być różnie. Glukhovsky niczego nie ułatwia swojemu bohaterowi, wikła w jego życiorys dziwnych typów, ludzi ze świecznika politycznego i społecznego, pozwala mu na odkrywanie prawdy dłuższą drogą, niż standardowo tylko po to, by pokazać czytelnikowi, że potrafi bardzo dużo, a nawet więcej, bo nie jest łatwo wpleść w fikcję literacką prawdziwy obraz władzy, w dodatku na terenie Rosji.





Ilja sięgnie po naprawdę radykalne środki. Bez skrupułów, tanich i niepotrzebnych wyjaśnień, a jednocześnie uzmysłowi sobie, że po tak długim czasie nie ma praktycznie do czego i kogo wracać. Taka dosyć perwersyjna rzeczywistość o funkcjonowaniu współczesnego świata polityki, używającego siły, podstępu, przemocy, a nawet trupów, by dojść do obranego wcześniej celu. Glukhovsky niczego nie owija w przysłowiową bawełnę, stworzył bardzo wyrazistych, charakterystycznych bohaterów, używa żargonu więziennego, kiedy potrzeba potoczności ulicznej, co jeszcze bardziej podkreśla autentyczność poruszanych przez siebie wątków. A w tej brutalności i trudności są wspomnienia i poruszające zwierzenia Ilji, który szuka sam siebie i własnej tożsamości.


„Tekst” Dmitry'a Glukhovsky'ego, to trzymający w napięciu, poruszający i bardzo ekscentryczny obraz współczesnego świata, w którym zdaje się, że bez interaktywności nie istnieje się. Dla mnie to kolejne odkrycie literackie, które chciałabym, aby było kontynuowane właśnie w takiej formie. Autor niczego nie ubarwia, nie przekłamuje, odrywa przed czytelnikiem kawałek po kawałeczku karty o życiorysie, który wpisałby się idealnie w część naszego, pokazał wszystkie przewinienia i uświadomił, że życie to nie wirtualandia, tylko realizm i bycie tu i teraz. Jego bohater nie ma łatwo, dokonuje wyborów, ze wszystkimi konsekwencjami, pokazuje, jak funkcjonują wszystkie komórki nadpsutego organizmu, jakim jest polityka i mroczne potyczki z gangsterką w tle, rachując swoje konfrontacje z oddechem przeszłości na plecach. Książka o tym, do czego może doprowadzić fałszywe oskarżenie.


Szczerze polecam!



Za egzemplarz dziękuję:




Świątecznie u Anny Szczęsnej :)







Pochodzi z Włocławka, zaraża optymizmem i wewnętrzną radością. Debiutowała jakiś czas temu powieścią „Smutek Gabi”. Anna Szczęsna należy do tych autorek, które niczego swoim bohaterom nie ułatwiają. Często łączy życiową mądrość ze szczyptą humoru i nutą nostalgii, co powoduje, że o Jej książkach długo się pamięta, a z opisanych historii wynosi ogrom refleksji. Prywatnie siostra czwórki braci, sympatyczna, otwarta i zawsze uśmiechnięta.

Życzę miłej lektury!


Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki



Świątecznie u Anny Szczęsnej

Święta to wyjątkowy czas, nagroda za słotę listopada. Rozświetlone ulice, bożonarodzeniowe jarmarki, znajome melodie, wszystko to tworzy niepowtarzalną atmosferę. Z przyjemnością oddaję się radosnej gonitwie, wymyślaniu prezentów i planowaniu podróży do domu, bo jak wiadomo, wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki


Każde Święta są inne, chociaż pewne elementy się nie zmieniają. Inne, bo dorastamy, zakładamy rodziny, rodzą się dzieci, ale też nadchodzi taka chwila, gdy przy stole kogoś brakuje. Uświadamiamy sobie, jak wszystko jest kruche, wspominamy i zdajemy sobie sprawę, że nic nie jest nam dane na zawsze. Trzeba się cieszyć tymi radosnymi momentami, bliskością, opłatkiem, którym się dzielimy i tym, co jest niezmienne - choinką, która ma stałe miejsce, koślawymi ozdobami wyklejanymi przeze mnie i moich braci gdy byliśmy dziećmi, a których rodzice nie wyrzucili, białym obrusem, nieśmiertelnym grochem z kapustą i dźwiękiem dzwonka zwiastującego przybycie św. Mikołaja.

Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki

„Potem było już tak, jak być powinno. Biały obrus został artystycznie pochlapany barszczem, a opłatek się rozkruszył i wpadł do kapusty z grzybami. Śmiali się, próbując skryć łzy wzruszenia. Niby tak samo, a jednak inaczej.
Gdy już nic nie byli w stanie w siebie wcisnąć, zamilkli zadumani nad urokiem tej nocy. Potem by pozbyć się nieznośnego ciężaru na piersi, nieokreślonej tęsknoty za tym, co już nie wróci, i lęku przed tym, co jeszcze na nich czeka, postanowili wybrać się na spacer.”
Anna Szczęsna, "Jutro pachnie cynamonem" 



W moich książkach regularnie pojawia się motyw Świąt, bo to pozwala jeszcze bliżej poznać bohaterów, zbliżyć się do nich, przyjrzeć się im w sytuacjach, które znamy, które w większości bardzo lubimy i na które czekamy z utęsknieniem. 

„Błogość. Tym słowem Hania opisałaby swój stan, gdyby ktoś ją zapytał. Za oknem padał śnieg, a oni zaśmiewali się w ciepłym, rozświetlonym domu. Po wigilijnej kolacji zasiedli wokół choinki i przedłużali chwile do rozdania prezentów. Słodka udręka była pretekstem do rywalizacji. Kto pierwszy się złamie?”
Anna Szczęsna, "Myśl do przytulania"

Moje Święta różnią się od Świąt moich bohaterów, po pierwsze dlatego, że nasza rodzina jest duża. Mam czterech braci. Przez lata utarło się, że moją rolą jest część „artystyczna”. Bracia zajmują się choinką i lampkami, reszta należy do mnie. Efekty moich starań można zobaczyć na zdjęciu. Do tego, o ile czas pozwoli, zajmuję się dekorowaniem sałatek. Muszę też coś wyznać. Mam małą obsesję, która nasila się w okresie Bożego Narodzenia. Prezenty. Wiele czasu spędzam nad obmyślaniem podarków, by były oryginalne i sprawiały przyjemność, a nie stały się kolejnym zbędnym przedmiotem w domu, z którym nie wiadomo co zrobić. Zawsze chciałam zostać prawdziwym Świętym Mikołajem ;) W ostatnich latach hitem są kalendarze z rodzinnymi zdjęciami i ważnymi dla nas datami. Wreszcie znalazłam zastosowanie dla pstrykanych bez umiaru zdjęć. 

Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki


Jeśli Święta, to i stół, przy którym zasiadamy. Tradycyjnie przykryty białym obrusem, z miejscem dla zbłąkanego gościa, a taki się raz zjawił. Jest i sianko, i opłatek. A na stole groch z kapustą, kapusta z grzybami, barszcz z uszkami i wiele, wiele innych potraw. 

„Wbrew nadziejom grudzień nie przyniósł śniegu. Pod koniec listopada raz czy dwa poprószyło, pokryło chodniki cienką warstwą bieli, ale wraz z nadejściem ostatniego miesiąca w roku natura zadrwiła sobie z oczekiwań dzieci i niektórych dorosłych. Temperatura wzrosła i zapachniało wiosną. Zagonieni przechodnie masowo ściągali czapki, upychali rękawiczki po kieszeniach i rozpinali kurtki.
Z takiego stany rzeczy cieszyła się Serafina. Place pełne choinek pachniały jakby bardziej i na chwilę mogła zapomnieć o tej przejmującej samotności, która złamała jej chart ducha. Nie mogła się przyzwyczaić do tego, że mieszkała sama, tylko z Cynamonem, któremu najwyraźniej też brakowało towarzystwa Bogny.” 
Anna Szczęsna, "Gang różowych kapeluszy"

Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki


Tylko czasami smutno się robi, gdy pomyślę, że prawdziwy duch Świąt ginie pod naporem plastikowej komercji. Ciężko zachować autentyczność, skupić się na tym, co ważne, być ze sobą tak naprawdę, a nie grzać się obok siebie w blasku telewizora i choinkowych lampek, bezrefleksyjnie przeżuwając kolejne godziny tego cennego czasu. Wykorzystajmy go dobrze. 



Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki


Na zakończenie chciałabym Wam życzyć tej bliskości, o którą coraz trudniej, zatrzymania się w prawdzie, na przekór handlowemu kołowrotkowi. Skupienia na tym, co istotne. Na dawaniu tego, co najcenniejsze. Niech te Święta będą wyjątkowe. 


Dziękuję! :)


czwartek, 21 grudnia 2017

„W nadziei na lepsze jutro” Ewa Bauer. Zaskakująca, emocjonalna, trudna opowieść o tym, jak łatwo się zagubić, ale trudniej odzyskać...





Wydawnictwo Szara Godzina

Ilość stron: 240

Nowość wydawnicza



Kolejna emocjonalna powieść polskiej autorki, którą z wielką przyjemnością polecam Waszej uwadze. Ewa Bauer bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, przede wszystkim epicką formą treści, która oddaje głębię przeżywanych przez bohaterów emocji, których z kolei autorka w ogóle nam nie szczędzi. I wbrew pozorom, to nie prosta historia. Ewa Bauer trzyma w napięciu do ostatniej zapisanej linijki tekstu, wcale nie ułatwiając niczego swoim bohaterom, naginając ich cierpliwość, łamiąc poczucie bezpieczeństwa, pozbawiając tymczasowo azylu i wewnętrznego spokoju, odzierając ze złudzeń, stawiając bariery niezrozumienia i prób ich skruszenia.


Zastosowana przez autorkę trzecioosobowa narracja pozwala nam spojrzeć na poruszony przez autorkę wątek z nieco innej perspektywy, pozwala stać nieco z boku i przyglądać się wszelkim poczynaniom jakby przez podwójne szkło, ale to tylko złudzenie. Ewa Bauer lubi się z nami przekomarzać. Epickość merytoryczna tekstu oddaje głębię fabuły w taki sposób, jakby odczuwało się wszystko na własnej skórze, jednak powściągliwość w odkrywaniu kart po kawałki pobudza jeszcze bardziej naszą czytelniczą ciekawość, nie pozwalając nam jakikolwiek osąd, dopóki autorka nie wyłoży przed nami wszystkich kart.




To książka o miłości, ale nie tej lukrowanej. To historia miłości trudnej, którą momentami trudno nam zrozumieć. Anna z Robertem byli w miarę szczęśliwym małżeństwem. Sielanka trwała do momentu, kiedy oboje zapragnęli dziecka. Los, jakby z Anny zadrwił. Była silną kobietą, jednak nie tylko cierpliwość ma swoje granice. Wewnętrzna siła i hart ducha są równie kruche, jak porcelanowa zastawa, którą przez lata pielęgnujemy i chronimy przed zniszczeniem, a potem wystarczy byle mocniejsze tupnięcie stopą, by zarysowała się i w końcu pękła. Kiedy poznajemy Annę, odnosimy wrażenie, że przeszłość zostawiona za plecami kobiety zaczyna ją przytłaczać i dzięki retrospekcji czasowej poznajemy treść ostatnich miesięcy, które przyczyniły się do jej wyjazdu za granicę. Dobre, otwarte na drugiego człowieka serce Anny zwiodło ją. Kobieta nawet nie przypuszczała, że dając dach nad głową dwóm obcym kobietom, te same kobiety zniszczą to, co przez lata budowała razem z mężem. Anna przez moment straci rezon, ucieknie przed nieznanym, przed ciężarem przytłaczającym myśli, przed bólem, zdeptanym poczuciem wartości. Kobieta będzie zmuszona wrócić do kraju. Co zastanie? 


Przyznam, że książka poruszyła mnie bardzo emocjonalnie. Próbowałam znaleźć powód zachowania Roberta, próbowałam zrozumieć emocje i uczucia Anny. Bardzo się do niej zbliżyłam, nie mogąc pojąć, co kierowało Robertem. I właśnie takie piętrzące się pytania, niepewność i kompletnie zaskakujące zakończenie pozostawia we mnie wątpliwości, jak potoczy się dalej życie Anny. Autorka buduje wokół swoich postaci wiele napiętych sytuacji, rozprawia się z nimi, daje szansy na spojrzenie sobie wzajemnie w twarz.



„W nadziei na lepsze jutro” to powieść, która bez wątpienia bardzo Was poruszy, zaskoczy. Powieść o tym, jak łatwo można stracić to, co budowało się z ogromną starannością i cierpliwością, a jak trudno odzyskać to co utracone. Powieść o marzeniach, złudzeniach normalności, ucieczce, o pozorności i wreszcie powieść, że nadzieja na lepsze jutro czasem ulega rozsypce. Autorka nakreśliła bardzo wyrazistych bohaterów, a epickość Jej opowieści zmusza do głębszej refleksji, wprawia w życiową melancholię i szuka odpowiedzi na wiele piętrzących się pytań.

Szczerze polecam!

"W nadziei na lepsze jutro" otwiera trylogię "Kolory Uczuć"Tom drugi "Kruchość jutra" ukaże się w styczniu, a w marcu 2018 roku "Słoneczne jutro". Już czekam z niecierpliwością!




Za egzemplarz dziękuję:





Świąteczne spotkanie z Anną Rozenberg :)







Anna Rozenberg jest dla mnie autorką odkrytą przy okazji antologii „Nikomu się nie śniło”, wydanej przez Wydawnictwo Czwarta Strona. Zaskakuje pomysłowością, intryguje poruszanym wątkiem. 

O autorce internet pisze tak:
Anna Rozenberg – rocznik ’82. Rozsmarowana cienką warstwą między Częstochową a Woking. Kryminalistka. Bywalczyni trzech uczelni i właścicielka jednego tytułu. Zadebiutowała terapeutyczną bajką na łamach gazety 7Dni, ale to ta kryminalna okazała się jej własną i najwłaściwszą. W mieszkaniu z widokiem na mokradła powstawały już takie twory wyobraźni jak: opowiadania, wiersze, rysunki oraz torty. Obawia się, że to nie koniec, bo zaczęła maczać palce w powieściach. Niewyobrażalny zmarzluch. Energię czerpie ze słońca, rocka i kociego mruczenia. Marzy o różdżce i sowie. Totalna ekstrawertyczka, czterokrotnie wyróżniona na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału i kilkudziesięciu pomniejszych konkursach. Opowiadanie „Wierność” znalazło się w antologii Czas Zbrodni na stronie 306. - Ze strony „Wykup Słowo”






Prywatnie otwarta i sympatyczna. Mam nadzieję, że da się lepiej poznać przy okazji dłuższej formy, czekam na powieść.


Miłej lektury!

Co pamiętam z dzieciństwa? Chyba najwyraźniej ubieranie choinki. Tata przynosił z targu pachnące drzewko, a następnie szliśmy razem do piwnicy po ozdoby – bombki, łańcuchy i moje ulubione pajacyki i aniołki. Pamiętam, że zawieszanie ich sprawiało mi ogromną radość. A także nakładanie na gałązkach waty i anielskiego włosia. To ostatnie zniknęło ze świątecznego repertuaru, kiedy kot uznał je za doskonały element menu. Możecie mi wierzyć, ale znalezienie w Boże Narodzenie weterynarza graniczyło wtedy z cudem. Cudem też kot się uratował i dożył sędziwego wieku. 

Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki

Prezenty w latach osiemdziesiątych były raczej skromne. Pamiętam jednak, że jednego roku mając siedem-osiem lat kupiłam tacie czekoladę. Nazywała się bodajże Africana, taka pomarańczowa z palmą. Schowałam ją głęboko na dnie szafy, żeby nie kusiło, ale ta czekolada tak na mnie patrzyła, że pomyślałam, że przecież z połowy czekolady tata też się ucieszy. Ale ta połówka też wymagała atencji, więc doszłam do wniosku, że cztery okienka to też jest coś! Ostatecznie tata dostał wyklejankę ze sreberka. I też był zadowolony!

Natomiast moje magiczne Święta mają krótką, bo ośmioletnią tradycję. Wtedy właśnie nasza córka z wielką pomocą taty pierwszy raz założyła na czubek choinki srebrną gwiazdkę. Od tamtej pory robimy to co rok i co rok nie wiedzieć czemu choinka nam się kurczy. 

Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki

Sama forma świąt zupełnie się nie zmieniła. Tata rozdaje każdemu opłatek i każdy z każdym się dzieli, składając płynące z serca życzenia. Potem zasiadamy do stołu, jemy, rozmawiamy. Na koniec najmłodszy członek rodziny rozdaje prezenty i gdy już wszyscy je odpakują śpiewamy kolędy. 

Jednak przygotowania do Świąt dziś wyglądają zupełnie inaczej. Pamiętam, że jako mała dziewczynka stałam za karpiem na częstochowskim ryneczku, a później biegałam do osiedlowego sklepu po różne rzeczy, których mama zapomniała kupić. A to rodzynki, a to mąka się skończyła. Dziś ludzie jadą do marketu i przywożą hurtem wszystko, łącznie z choinką, karpiem i sernikiem.

Pierwszy Dzień Świąt to obowiązkowo Jasnogórska szopka i odwiedziny rodziny męża. Drugi mamy zarezerwowany dla przyjaciół.

Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki

Moje ulubione potrawy? Barszcz z uszkami oraz krokiety z kapustą i grzybami w wykonaniu mojej mamy. Niestety nie mam okazji sama przygotowywać Wigilii, ponieważ zwykle przylatuję do Polski tuż przed Świętami. Co nie zmienia faktu, że uwielbiam piec. Jeśli jestem trochę wcześniej to piekę makowce. Zawsze trzy – na wigilijny stół teściów, rodziców, a ostatni na nasze świąteczne łasuchowanie. Natomiast tu, w Anglii przygotowuję ciasta na świąteczny kiermasz w szkole, gdzie pracuję. Na zdjęciu tegoroczny tort - śpiący Mikołaj.

Nie wyobrażam sobie jednak Świąt za granicą. Nie ma tu uroczystej wieczerzy, łamania opłatkiem, kolęd i tej wspaniałej atmosfery. Dlatego każdego roku, mimo dalekiej drogi staramy się zasiąść przy wigilijnym stole z naszą rodziną i przyjaciółmi.

Dziękuję! :)

środa, 20 grudnia 2017

„Niczyj. Prawdziwe oblicza bezdomności” Ewelina Rubinstein. Reportaż o prawdziwym życiu...








Wydawnictwo Psychoskok

Ilość stron: 200, oprawa twarda

Nowość wydawnicza




„Ludzie teraz coraz częściej chorują na depresję, piją alkohol, biorą proszki na spanie, na nerwice. Wiesz, jaki jest jest tego powód? Materializm. Liczymy tylko pieniądze, zyski na giełdzie, ile jeszcze zostało nam rat do spłacenia za samochód, za dom? Obłęd. Ludzie dla pieniędzy niszczą wszystko wokół.”

Te słowa wypowiedziane przez jednego z rozmówców Eweliny Rubinstein stanowczo stawiają do pionu i wprawiają w głębszą refleksję. Jakże prawdziwe i sugestywne. Jestem wdzięczna autorce, że otrzymałam tak znakomitą pozycję pod wszelkimi względami – merytorycznym, przesłaniowym, w którym widać zacięcie dziennikarskiego pazura i dochodzenie do sedna sprawy, nienachalnie, ale z odpowiednią dozą wrażliwości i cierpliwości. Nie wszyscy rozmówcy byli chętni do rozmowy, niewielu otworzyło swe serce i szczerze opowiedziało o tym, w jaki sposób znaleźli się na ulicy.


Uderzające są te niektóre zwierzenia, takie prawdziwe wręcz do bólu. Nie tylko przyczyny ekonomiczne, finansowe osiągnięcie dna zmusiło ich do życia na ulicy. Życia jakże różnego i widzianego z ich perspektywy – ludzi ulicy, którzy wszelkie zmiany odczuwają podwójnie. Choroba alkoholowa, odsunięcie się od rodziny, bliskich, ale też choroby psychiczne, to najczęstsze przyczyny bezdomności, jednak w wielu przypadkach, to też świadomy wybór, spowodowanymi pobudkami wewnętrznych decyzji, świadomych wyborów, o których nierzadko chętnie się wypowiadają.


Wśród ludzi ulicy znaleźć można też kobiety. I te perspektywy bezdomności męskie i żeńskie różnią się, i to nawet bardzo. Każdy z nich szuka bowiem w życiu czegoś zupełnie innego. Jedni chcą sobie dać pomóc, inni nie. Jedni o tę pomoc proszą, drudzy nie. Najgorsza jest chyba tak naprawdę bezradność nas – obserwatorów z boku – na system prawny, który ma tak ogromne luki, że aż proszą się o wypełnienie. Ale, czym tak naprawdę jest bezdomność? Jaka jest jej właściwa definicja?




Nie wszyscy z rozmówców autorki, do których udało Jej się dotrzeć przyjmowali Ją z otwartymi rękoma. Byli tacy, którzy otwierali się od razu, ale byli też tacy, których trzeba było ciągnąć za język, nie wszyscy chcą się uzewnętrzniać z sytuacją, w jakiej się znaleźli, w jakiej przyszło im żyć. Przekrój wiekowy też mówi wiele. Nie jest regułą, że bezdomnymi są osoby w wieku graniczącym z wiekiem emerytalnym, czyli wydawałoby się, że ludzi, którzy w jakiś sposób przegrali swoje życie. Są też i tacy krótko po trzydziestce. To porażające, ale niestety prawdziwe. Ludzie skromni, wylewni, powściągliwi, prostolinijni, oczytani, mądrzy, doświadczeni, skrupulatni obserwatorzy, którzy nie rozkminiają się, nie buntują, ale przyjmują swoją sytuację taką, jaka jest. Nie bulwersują się, nie ukrywają uczuć, kilkoro podczas rozmowy puściły nerwy i po prostu się rozpłakali. Ludzie, którzy miejsca i ludzi zamieszkujących wokół znają, jak własną pustą kieszeń.


Uważam książkę Eweliny Rubinstein za kawał dobrej, sumiennej pracy reporterskiej. Czytałam tę książkę z przyjemnością i ciekawością. Uważam, że wielu czytelników zaintryguje już nie tylko tytuł, czy okładka książki, ale znakomicie, z precyzją wykonana praca autorsko – redaktorska. Dodatkowo, autorka nie ukrywa przed czytelnikiem, już we wstępie, jak wielkie emocje i przesłanie poruszyły w niej samej:

„Poznałam nie tylko wspaniałych ludzi, którzy żyją na ulicy, którzy opowiadają o historii miasta, w którym przebywają (lepiej niż niejeden profesjonalny przewodnik), którzy mówią, jakie książki przeczytali, czym się dawniej zajmowali, ale lepiej poznałam po prostu siebie... Zrozumiałam też, że życie jest cudem, że cuda się zdarzają, tylko że my ich nie dostrzegamy. Życie każdego z nas jest wyjątkowe.”



Książka, którą trzeba przeczytać, którą szczerze polecam, którą trzeba poznać. Znakomita, rzetelna praca i zmysł reporterski, to świetne połączenie tworzące bardzo refleksyjną książkę o prawdziwym życiu!

Jedna z najlepszych książek, jakie miałam przyjemność czytać  w tym roku!



Za egzemplarz dziękuję:



Świąteczne spotkanie z Grażyną Kałowską :)







Grażyna Kałowska debiutowała jakiś czas temu. Na swoim koncie ma zarówno powieści obyczajowe, jak i pozycje skierowane dla młodszych czytelników. Mam przyjemność dwóm z nim patronować medialnie, a już po nowym roku, spod skrzydeł Wydawnictwa Literackiego Białe Pióro wyjdzie Jej najnowsza pozycja, którą również obejmę opieką medialną. Trochę fikcji, trochę wizji, trochę rzeczywistości. Już czekam :)


Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki


Jest osobą otwartą, sympatyczną. Jej poniższy wpis, dobitnie daje nam do myślenia, że gdzieś współcześnie zatraciliśmy sens prawdziwości świąt i magii, jaką ze sobą niosą. No i... nie dla wszystkich są czasem radości...



Jak to jest u Grażynki Kałowskiej?
Hm…
W dzieciństwie „paliłam się” do pieczenia ciast. Ukręcałam je drewnianą ni to warzechą, ni wałkiem – takim drewnianym tłuczkiem, tylko z kulką drewnianą na końcu. Mama dawała mi składniki i mówiła, co trzeba robić.

A teraz?

Teraz mi się nie chce. Nie mam natchnienia do tego. Ostatnio nawet choinki nie kupiłam i mi jej nie brakowało. Może jestem zmęczona? Życie pozbawiło mnie złudzeń, że dzięki kolorowym błyskotkom, smacznym potrawom można być bardziej szczęśliwym.

Mimo wszystko życzę Czytelnikom szczęścia. Prawdziwego szczęścia. Sensu życia. Pogodzenia się z sobą i z rodziną, a także zresztą świata. Wtedy potrawy będą wyrazem naszego poweru, nadziei, optymizmu.
Grażyna Kałowska


Dziękuję :)




Wyniki konkursu z książką i e-bookiem "Wcale mi nie zależy" Miry Białkowskiej :)




Kochani!

Wspólnie z autorką dziękujemy wszystkim za tak liczny, piękny, kreatywny udział. Wybór nie należał do łatwych, niemniej, autorka wytypowała, iż egzemplarz papierowy trafi do Karolajny, zaś wersja e-book do AniB31 :)





Serdecznie gratuluję!


W wiadomości prywatnej na: stokrotka954@wp.pl czekam na adres do wysyłki nagrody, zaś Anię proszę o deklarację przyjęcia nagrody, bądź też nie i adres do przesyłki e-booka - inny niż gmail.


Pozdrawiam!






Wyniki konkursu z książką "Leniusiołki" Anny Sakowicz :)





Kochani!

Bardzo wszystkim dziękuję za udział. Autorka wytypowała odpowiedź podpisaną przez Oblicza Róży, jako zwycięską. 






Serdecznie gratuluję!

Przez 48 godz. w wiadomości prywatnej czekam na adres, żeby przekazać autorce do wysyłki nagrody, na: stokrotka954@wp.pl 



wtorek, 19 grudnia 2017

[Audiobook. Patronat medialny] „Mors, Pinky i tajemnica dyrektora Fiszera” Dariusz Rekosz. Nie tylko dzieci mają swoje tajemnice






StoryBox.pl

Czas trwania: 2 godz. 30 min.

Czyta: Piotr Borowski



A wszystko zaczęło się od podsłuchanej przez Pinky rozmowy telefonicznej i ruszyła cała machina, w którą wmieszani zostali czwartoklasiści. Muszę przyznać, że moje pierwsze spotkanie z interpretacją Piotra Borowskiego uważam za stuprocentowo udane. Autora miałam przyjemność poznać przy okazji „Sanktuarium śmierci”. Teraz miałam okazję poznać autora od zupełnie innej strony, bo twórczość dla dzieci, to jednak zupełnie odmienny rodzaj twórczości. Muszę przyznać, że zostałam zaintrygowana, ale... nie tylko ja. Słucham audiobooków z telefonu i chcąc nie chcąc, domownicy słyszą, czego słucham. Tak się właśnie przydarzyło, że moi synowie słuchali razem ze mną. Tym bardziej, że młodszy jest w wieku tytułowego Morsa i znakomicie utożsamił się z tą postacią. To również zasługa Piotra Borowskiego. Interpretacja na bardzo wysokim poziomie. Balansowanie głosem, idealne oddanie treści, poświęcając mnóstwo uwagi szczegółowemu podziałowi na role, w które lektor wcielał się płynnie, z odpowiednią barwą i tonem głosu.


Dariusz Rekosz dokonał bardzo zręcznego zabiegu. Mors uwielbia rozwiązywać różne zagadki, często zabawiając się w małego detektywa. Początkowo informacja od Pinky o podejrzanej rozmowie jednego z fachowców od wymiany klasowych okien, nie wzbudza żadnych podejrzeń. Jednak coś zacznie wyraźnie być na rzeczy, kiedy ni stąd ni zowąd Pinky nagle zniknie. Mors nie ulegnie chwilowemu chaosowi, ale coś najwyraźniej podsunie mu powód do działania i odkryciu tajemniczej zagadki zniknięcia klasowej koleżanki, tym bardziej, że cała akcja rozgrywa się na terenie szkoły. Dlaczego wkradnie się do gabinetu dyra i złamie hasło na jego komputerze? Co z tym wspólnego ma Archimedes?




Autor tej frapującej opowieści zadbał o wszystko. Gwarantuję, że dzieci nie będą się przy niej nudzić. Mnóstwo tajemniczych tropów podsuwa czytelnikom, dodatkowo ubarwiając je informacjami i ciekawostkami z matematyki, fizyki, a nawet historii. Pisze lekko, zrozumiale, bez ubarwiania. Używa nawet żargonu uczniowskiego. A ekspresji i dynamiki akcji nadaje dodatkowo interpretacja Piotra Borowskiego, dzięki której odbiera się wszelkie emocje i aktywność treści na własnej skórze. To jest genialny pomysł na prezent dla najmłodszych. I gwarantuję, że do słuchania przyłączą się również starsi odbiorcy!


Szczerze polecam!


Za możliwość patronatu i audiobook, dziękuję:







Świątecznie u Anny Kasiuk :)







Anna Kasiuk debiutowała kilka lat temu. Na swoim koncie ma między innymi klimatyczną i ciepło przyjętą przez czytelników trylogię o mazurskich Łowiskach. Mam przyjemność kilku tytułom patronować medialnie. Ania pisze o życiu w charakterystyczny sposób poświęcając czas nie tylko na szczegóły, ale z dbałością o najważniejsze dla treści niuanse. Prywatnie miałam okazję poznać Anię osobiście. Ciepła, sympatyczna, otwarta, ale też bacznie przyglądająca się wszystkiemu wokół. W planach pisarskich przyszły rok zapowiada się bardzo ciekawie i intrygująco, autorka zaskoczy nas niejednokrotnie. I cieszę się, że znam tak wspaniałą kobietę, jak Ania.

Oczywiście tradycyjnie, życzę Wam cudownej lektury!





Świątecznie u Anny Kasiuk

Z wielkim sentymentem wspominam Święta Bożego Narodzenia, jakie odbywały się w moim rodzinnym domu. I wcale nie trwały one tylko tych kilka dni, podczas których celebrujemy narodziny Jezusa. Magię Świąt rozpoczynały w moim rodzinnym domu moje babcie, które przyjeżdżały do domu moich rodziców i obie zabierały się za pomaganie w kuchni. Kiedy byłyśmy z siostrą małe raczej nie pomagałyśmy, z reguły delegowano nas do mniej ambitnych zajęć typu przynieś i wynieś. W najlepszym wypadku, podaj. Ale to nie było istotne. Mama mojego taty przyjeżdżała z Podkarpacia, z mojego ukochanego Przemyśla, a mama mojej mamy, przyjeżdżała z oddalonego od nas o jakieś 100 km na północ miasteczka. Na naszym świątecznym stole zatem, nie tylko gościło 12 potraw, to były zawsze potrawy zróżnicowane regionalnie i bajecznie pyszne…. 

Tak wyglądały Święta w moim rodzinnym domu. Kojarzę je z świeżym zapachem jeszcze mokrych firanek, które prała mama, lśniącymi podłogami, bo mój tata był perfekcjonistą i to on sprzątał dom. A my z Ewą, moją siostrą odpowiadałyśmy za porządek w swoich pokojach. Kiedy teraz przypominam sobie te pojedyncze czynności, czyli zapach świeżości, stolnicę, na której babcia lepiła pierogi, to wiem, że nasze Święta były wydarzeniem, do którego moi rodzice przygotowywali się bardzo solidnie. I choćbym bardzo chciała, nigdy nie odbuduję panującego wtedy nastroju. Bo tamten czas już przeminął. Nie wrócę tamtych dni, ale im bliżej Świąt, z tym większym sentymentem myślę o panującym wtedy nastoju i tym samym ogarnia mnie magiczny klimat tego okresu. W moim domu jest jednak zupełnie inaczej. Jest wesoło, ale inaczej. Dzieciaki śpiewają kolędy odkąd temat nadchodzących świąt zaczyna przewijać się wokół. Mąż z coraz większym zainteresowaniem podpytuje czy zdążymy z zakupami a my z mamą, spokojnie nawiązujemy do konieczności zajęcia się przygotowaniami już od początku grudnia. I jest dobrze. Po co się spieszyć, przecież to czas, który ma cieszyć. Tryb pośpiechu w tym okresie zostaje przełączony na minimalny. My ze wszystkim zdążymy. W końcu ustalamy we trzy- moja mama, siostra i ja, plan zajęć i zabieramy się do działania. Po cichu, każda w zaciszu swojego domu, pośród hałasu codzienności, pielęgnując wspomnienia i pamięć tych, których już z nami nie ma. Bo ta pamięć odgrywa w moim domu i domu moich najbliższych największe znaczenie. Bo kochamy, wciąż kochamy tych, których droga po tym świecie dobiegła już końca. A najlepiej jest wspominać w ciszy. To taki okruch, który nam pozostał i który ogrzewamy w sercach. 

Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki


Moje dzieci, cóż, mogłabym napisać, że cechuje je nad wyraz wysublimowane podniebienie, ale one po prostu nie lubią dań wigilijnych, stąd ograniczam się nie tylko w ilości, ale i w jakości serwowanych dań. Staram się, by było ich dokładnie tyle ile nakazuje tradycja, ale nie są już tak wykwintne, jak potrawy mojej mamy i babć. I muszę przyznać, że nawet nie próbuję dorównać starszym pokoleniom kobiet w mojej rodzinie, jeśli chodzi o gotowanie i kulinarne ekscesy. Dlatego ten czas poświęcam moim bliskim.

W okresie okołoświątecznym dużą wagę przywiązuje się w moim domu do budowania nastroju. Staramy się okazywać sobie zdecydowanie więcej ciepła, na pewno spędzamy ze sobą więcej czasu. Moje dzieci bardzo lubią ten okres, bo wtedy mają rodziców na wyłączność a żadne z nas nawet nie próbuje siadać do komputera i pracować. To głównie czas przytulania i rozmów. Najbliższa mojemu sercu jest kolacja. Zanim zasiądziemy do niej bowiem, zawsze jedziemy na cmentarz, gdzie spoczywa mój tato, i tam spędzamy kilka chwil wyobrażając sobie, że on wciąż jest z nami. Myślę, że dzięki temu łatwiej znosimy te piękne Święta bez niego. Bo wciąż kochamy i tęsknimy za nim.

Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki


Najbardziej świąteczne wydają mi się nastrój i bliskość tych, którzy są dla nas najważniejsi. Mając obok siebie rodzinę i przyjaciół, odpoczywamy od zgiełku codzienności, przypominamy sobie o tym, co najcenniejsze i najbardziej kruche. I to są dla mnie Święta. I za to je uwielbiam. Za czas przygotowań, za zapach cynamonu, ciepłej herbaty z pomarańczą. Nawet nie przeszkadzają mi panujący w tym czasie w domu rozgardiasz i porozkładane ozdoby. W tym wyjątkowym okresie, wszystko, co zazwyczaj przeszkadza mi, dostaje dyspensę na znajdowanie się w nieodpowiednich miejscach. To właśnie podczas Świąt Bożego Narodzenia czuję, że odpoczywam z moją rodziną.


I tego chciałabym życzyć moim i nie tylko moim Czytelniczkom i Czytelnikom. Czasu, który biegł będzie odrobinę wolniej, spokoju i wytchnienia od rozpędzonej codzienności. Życzę, by nadchodzący okres Świąt był dla Was czasem wyjątkowym, refleksyjnym i radosnym. Spędźcie go w gronie tych, którzy są Wam bliscy. Wesołych Świąt!
Anna Kasiuk 


Dziękuję! :)

poniedziałek, 18 grudnia 2017

„Murder Park. Park morderców” Jonas Winner. Trzymająca w napięciu historia fabularyzowana na równie intrygujący film







Wydawnictwo Initium

Ilość stron: 480

Nowość wydawnicza


Jonas Winner bardzo mnie zaskoczył i kompletnie zaintrygował. Powieść wbija dosłownie i w przenośni w fotel. Autor nie zastosował tutaj prostych rozwiązań, czy utartych schematów, ale dosadnymi wątkami dotyczącymi sposobów śmierci mrozi krew w żyłach. Winner dał mi się już poznać, przy okazji „Celi”, gdzie już wyjątkowo schludnie i zręcznie manewrował między narastającą ciekawością czytelniczą, a mroczniejszą stroną bohaterów. Podobnie jest też tutaj. Autor lubi chyba wyjątkowo uprzykrzać życie czytelnikom, bo ta nasza ciekawość jest w pewnym momencie tak napięta, że ma się jej po prostu dosyć. 


Fabuła książki wystylizowana jest bardzo na scenariusz filmowy. Autor skupił się na emocjach bohaterów, ich psychice, sposobach reakcji oraz wyjątkowo mrocznej scenerii, która jeszcze bardziej napędza ich wyobraźnię, bo są świadomi tego, co dwadzieścia lat temu wydarzyło się w miejscu, w którym akurat oni się znaleźli. Dwanaście osób, dwanaście charakterów, wyspa, a wokół morze. Zodiak Island nie szczyci się dobrą sławą i przeszłością. Dwadzieścia lat temu doszło tam do makabrycznych morderstw, którymi ofiarami były kobiety. Na Wyspie Zodiaków mieścił się park rozrywki. Teraz po dwóch dekadach ma być na nowo otwarty. 




Z czasem okaże się, że osoby, które pojawią się na wyspie – cmentarzysku zbrodni, są odpowiednio wybraną, wyselekcjonowaną grupą, która ma spędzić tam weekend, w ściśle określonym celu. Kiedy zrywa się sztorm i dochodzi do przerwania łączności ze światem zewnętrznym, następują seria dziwnych zdarzeń, które niejednemu zjeżą włosy na głowie. Już pierwszego dnia robi się nieswojo, a teoria o tym, że morderca sprzed dwudziestu lat nie został tak naprawdę ujęty, zaczyna przybierać realne kształty i jeszcze bardziej podkręcać nerwową atmosferę. 


Narratorem powieści jest reporter pracujący dla stanowej policji Rupert Levin. Autor najwyraźniej supłał nasze dochodzenie do sedna sprawy, bo z czasem okaże się, że Rupert jest dzieckiem z tamtego czasu, kiedy ginęły kobiety mordowane z rąk seryjnego mordercy, a jedną z nich była właśnie jego matka. Kto wpadł na pomysł, by tchnąć życie na wyspie pełnej grozy, tajemnic, skrytych i nieujarzmionych sytuacji, które co i rusz pozostają nie do końca wyjaśnione i stawiają przed nami sporą liczbę pytań?


Przy książce „Murder Park” na pewno nie będziecie się nudzić. To emocjonujący, trzymający w napięciu thriller, w którym nic nie jest jednoznaczne, wątki się ze sobą ścierają, fabuła zieje chłodem i mrokiem, tajemnicze wywiady przeplatające fabułę tworzą jednocześnie portrety psychologiczne bohaterów, są skarbnicą informacji o nich samych. Autor podsuwa fałszywe ślady, zaskakuje i angażuje w to nas – czytelników. Gdyby treść powieści zamienić na scenariusz filmowy, to byłby z tego niezły film. Chociaż wcale nie brakuje mi tego specyficznego klimatu, jak z amerykańskich thrillerów, równie zaskakujących i emocjonalnych, co książka Winnera. Tę charakterystyczną aurę wyczuwa się niemal pod skórą, zachowując jednak odrobinę przytomności. Zręczne pióro autora tworzy dynamiczną akcję i intrygującą fabułę. Jeśli jesteście fanami thrillerów trzymających w napięciu do ostatniej strony, to pozycja idealna dla Was!


Szczerze polecam!




Świąteczne spotkanie z Mirą Białkowską :)






Mira Białkowska całkiem niedawno debiutowała powieścią dla dorosłych „Wcale mi nie zależy”, mając już na swoim pisarskim koncie kilka pozycji poetyckich, w tym dwie dla dzieci. Oprócz tego, że pisze jest aktywnym uczestnikiem życia muzycznego. Prywatnie to kobieta uzdolniona, utalentowana, która spod swoich profesorskich skrzydeł wypuściła niejednego artystę, którego dzisiaj możemy oglądać i słuchać nie tylko w telewizji. Sympatyczna i otwarta, uśmiechnięta, nigdy nie stwarza żadnego dystansu.

Życzę Wam miłej lektury!



Zdj. do kolażu pochodzi ze strony autorki


Świątecznie u Miry Białkowskiej

Wychowałam się w Szczecinie. W mieście wielu kultur i tradycji. Wiadomo, po zakończeniu II Wojny Światowej zjechali tam ludzie zewsząd i zwieźli swoje tradycje i zwyczaje. Wśród sąsiadów mieliśmy poznaniaków, przybyłych zza Buga i Bóg raczy wiedzieć skąd jeszcze. Rodzina mojej mamy przybyła z Wadowic, mój tata pochodził z lubelskiego, ale na krótko przed wybuchem wojny jego rodzina przeniosła się na Wołyń, po wyzwoleniu zaś osiadła w województwie opolskim. Jedna rodzina, a wymieszanych tyle różnych tradycji. No i jeszcze wpływy sąsiedzkie, bo panie chętnie dzieliły się przepisami ze swoich rodzinnych stron. Pamiętam te przedświąteczne dyskusje kobiet: - „U nas na Wigilie robiło się kutię” – mówiła np. jedna sąsiadka. Ja kutii nie znałam. Podobnie jak klusek z makiem, które dziś są moim ulubionym przysmakiem wigilijnym, a które nauczyła mnie robić moja teściowa, gdy „za mężem” przeniosłam się na Mazowsze.

Oczywiście są potrawy, które „obowiązują” w całej Polsce jak karp, śledzie, uszka z grzybami do czerwonego barszczu, czy kompot z suszonych owoców i takie znajdowały się na stole wigilijnym w mojej rodzinie. Żadnych ciekawostek. 

Zdj. pochodzi ze strony autorki


A jak wyglądały święta w moim domu? Raczej smutno, bo bez taty. Mój tata był marynarzem i święta najczęściej spędzałyśmy we trzy tzn. mama, ja i moja siostra. Na pasterkę chodziłyśmy rzadko, do kościoła szło się dopiero w święta. Zdarzało się, że na święta tata był w kraju, statek stał w Gdyni i do domu nie mógł przyjechać. Wtedy święta spędzaliśmy razem u niego na statku. Kucharz przygotowywał kolację wigilijną dla wszystkich przebywających na statku marynarzy i ich rodzin. No i wtedy dopiero na stole wigilijnym pojawiały się istne cuda. Gnieździliśmy się w maleńkich kajutach tych członków załogi, którzy mieli szczęście święta spędzać we własnym domu, ale za to dania wigilijne były nie byle jakie i przygotowane przez wyśmienitego kucharza.

Czasem, gdy tata był w morzu, na święta wyjeżdżałyśmy do jego brata na wieś w województwo opolskie. Pamiętam przepyszną babkę z kisielem, która nie należy do dań wigilijnych, a innych dań nie pamiętam. Pewnie typowe, ale tam poznałam smak prawdziwych tradycyjnych polskich świąt. Fascynowało mnie wkładanie kolorowego opłatka do żłobu, w siano dla krów i koni, podsłuchiwanie czy zwierzęta będą mówić, a wyjazd na pasterkę pozostanie w mojej pamięci na zawsze. Do kościoła było kilka kilometrów i jechało się furmanką – samochody, zwłaszcza na wsi, były rzadkością. Na dworze siarczysty mróz, my-dzieciaki pozawijane w kożuchy leżałyśmy na furmance, a nad nami rozgwieżdżone niebo. Pamiętam, że miałam dreszcze. Nie wiem czy z zimna, czy z wrażenia. Pasterki nie pamiętam, ale dojazd do kościoła tak. 


Zdj. pochodzi ze strony autorki


Z dzieciństwa mile wspominam Mikołaja, który przychodził do domu. Raz Mikołaj miał na rękach pierścionki mojej mamy, innym razem kolczyki jej siostry, a kiedyś w piwnicy znalazłam wysoką laskę Mikołaja. Na pewno była to laska Mikołaja, bo też była taka długa, jak wędka mojego taty i pamiętam dokładnie, bo Mikołaj tą długą laską zahaczył żyrandol w pokoju. Nie mogłam tylko zrozumieć, jak mógł zgubić swoją laskę w naszej piwnicy.

Kiedyś za Mikołaja przebrała się moja ciocia. Gdy w stroju Św. Mikołaja wychodziła z piwnicy (a mieszkaliśmy na trzecim piętrze) zauważyli ją chłopcy z sąsiedztwa. Po wypełnieniu swoich mikołajowych obowiązków nie mogła już swobodnie wyjść z mieszkania, bo pod drzwiami czekała na nią gromada ciekawskich nastolatków i trzeba ją było pod eskortą sprowadzić do piwnicy. 

Kiedyś Mikołaj był biedny, przynosił mniej prezentów i tanie prezenty, ale był. Tego mi dziś brak. Mikołaj jest w przedszkolu, może w szkole, ale w domach go nie ma. Szkoda, bo jego wizyty przynosiły tyle radości. Dzieci miały przeżycia, dorośli śmiech i zabawę. Kiedyś, gdy moje dzieci były małe, szwagier przebrał się za Mikołaja i tak nas wszystkich przećwiczył, że do dziś to wspominamy. Jego żona, by dostać prezent, musiała odmawiać pacierz i to na klęczkach. Dorośli musieli śpiewać piosenki, recytować wierszyki… dla dzieci był wyrozumiały.




Dziś mieszkam na Mazowszu. Teraz, obok tradycyjnych wcześniejszych potraw, robię grzyby ugotowane (suszone), a następnie lekko podsmażone na oleju i oprószone mąką podczas smażenia. Takie grzyby bardzo lubił mój mąż, więc nauczyłam się je przygotowywać od mojej teściowej. Dziś, choć mojego męża nie ma już z nami, a dzieci nie przepadają za tym daniem, przygotowuję maleńką porcję jakby dla niego. Wigilię robimy wspólną z moimi dziećmi, które mają już swoje rodziny. Później idziemy na drugą Wigilię do teściów mojej córki, następnie ja obowiązkowo na pasterkę (śpiewam w chórze). Z przyjaciółmi także się spotykamy na spotkanie opłatkowe przed świętami lub w święta. 




Dziękuję :)