sobota, 14 kwietnia 2018

[Audiobook. Patronat medialny] „Niczemu winne” Anna Krzyczkowska. Przejmująco o miłości, prawdzie i nadziei...




StoryBox.pl 

Czas trwania: 11 godz. 10 min. 

Czyta: Joanna Domańska 


Specyficzna forma treści, niebanalny pomysł, autentyczne problemy Laury, głównej bohaterki, kakofonia emocji, które się aktywują za każdym razem, kiedy spoglądam na okładkę oraz niesamowicie głębokie refleksje. Książkę miałam okazję przeczytać w formie tradycyjnej kilka dni po oficjalnej premierze, jednak afekty eksplodowały po raz drugi w chwili, kiedy Joanna Domańska rozpoczęła swoją profesjonalną interpretację. Wróciło napięcie, wróciła niepewność i nieokreślone, niejednoznaczne emocje. Ileż w tej powieści mądrości, poruszających wątków, życiowych przesłań. Lektorka oddała po mistrzowsku całą aurę i głębię treści, która chwyta za serce i ujmuje głębokimi refleksjami. 


Anna Krzyczkowska pod warstwą pięknego, urzekającego języka splotła wątki przejmująco wzruszające i emocjonalne. Słuchamy opowieści Laury z ciekawością i prawie na jednym wdechu, chcąc się dowiedzieć jak zakończy się ta nakreślona pytaniami, wątpliwościami i smutkiem historia o trudnej i momentami wielobarwnej miłości, przyjmującej kształt i zaskoczenia, i radości, ale też nadziei, że można znaleźć szczęście w pudełku z napisem „przyszłość”. 

Małżeństwo wcale nie musi rządzić się zasadami krainy szczęśliwości, szczególnie jeśli to szczęście dla jednej połówki pryska jak bańka mydlana. Laura świadoma swego pragnienia zostaje wystawiona na ciężką próbę. Okupioną łzami rozpaczy i tęsknoty. Podobno czas leczy rany, ale wielu ludziom potrzeba chyba z czasem ogromnej cierpliwości i ogromnych pokładów zapomnienia, by zacząć oglądać świat w nowych barwach. Choroba siostry, wyzwala w Laurze wiele wspomnień jej krnąbrnego, niezrozumiałego zachowania, jakby nigdy nie miała dorosnąć do pewnych ról przygotowanych przez ślepy los. 





Anna Krzyczkowska skutecznie napina nić afektów, pozwalając w ten sposób, by czytelnik był nie tylko świadkiem wewnętrznej walki uczuć Laury, ale przede wszystkim, by skutki tych bijatyk mógł odczuć na własnej skórze. Nie da się przejść obok jej tragedii obojętnie, czy biernie przypatrywać się odkrywanym przez nią tajemnic, które niejednokrotnie stawiają przed nami pytania, lustrują pewne podejrzenia, a finał spraw i zakończenie wzburzy przyciszone głosy wątpliwości, czy próby zrozumienia decyzji Laury. 


„Niczemu winne” to historia o marzeniach, pragnieniu kochania, miłości, o próbie zrozumienia swego serca, losu czyhającego na nasze niepewne decyzje. To też opowieść o trudnych, momentami szarganych relacjach z bliskimi, odrzuceniu niezbędnej w trudnych momentach pomocy, nieumiejętnym rozporządzaniu swym uniesieniem. Piękna ale i trudna historia, która poprzez piękny język, niecodzienną formę, świetną interpretację lektorki autentycznie oddaje jej klimat. Wzruszałam się niejednokrotnie. Wierzę, że i w Was ta powieść zostanie na długo, bo autorka zadbała o każdy detal i napięcie, byśmy jeszcze sugestywniej odczuwali jej przekaz i zmusili się do zajrzenia w głąb siebie samych. Ogromną pracę wykonała również Joanna Domańska. Znam lektorkę, wiem co potrafi. Tutaj włożyła także i swoje emocje. Słychać to było przy balansowaniu głosem. Pani Joanna po raz kolejny mnie nie zawiodła, zinterpretowała tekst możliwie jak najlepiej, posługując się odpowiednim tembrem, odczuwalnym napięciem i oczekiwaniem. Znakomita! Polecam i to bardzo! 


Za audiobooka dziękuję:






„O czym Ty człowieku opowiadasz...” - odcinek 16 – Lucyna Kleinert :)






Kochani! 

Odcinek 16, czyli projekt rozwinął skrzydła, z czego bardzo się cieszę. Ostatnio przez nawał licznych obowiązków nie miałam za dużo czasu, żeby opracować kolejny odcinek, nie mówiąc o recenzjach, które piszę zawsze „pomiędzy”. Niemniej, dzisiaj będzie bardzo wyjątkowo. Jeśli ktokolwiek jest zainteresowany udziałem w projekcie, zachęcam do kontaktu ze mną. 


Bohaterką dzisiejszego odcinka jest pani Lucyna Kleinert. Wiem, że niewielu z Was kojarzy nazwisko autorki. Kończę czytać „Dziennik badante, czyli Italia pod podszewką” i niebawem z przyjemnością opowiem Wam o tej książce. Jedno mogę zdradzić na pewno. Autorka jest dla mnie wspaniałą, silną i odważną kobietą. Nie każda odważyłaby się na taki krok, jak pani Lucyna. A swoje opowieści snuje w bardzo sugestywny sposób, plastycznie obrazując miejsca, w jakich bywa we Włoszech. 


Zdj. Internet
Lucyna Kleinert dzieciństwo i młodość spędziła w Krakowie, jednak z mężem wyjechała na Śląsk, do Chorzowa. Miłość do Krakowa i Chorzowa została podzielona również do Ascoli Piceno, miasta we Włoszech określane często „miastem 100 wież”. O swoich perypetiach i życiu za granicą opowiada na swoim blogu „Poza granicami Polski i nie tylko”, do śledzenia którego bardzo Was zachęcam. 


O swojej twórczości autorka opowiada tak: 

„Do napisania wspomnień, bo to są wspomnienia i to wszystko wydarzyło się naprawdę namówili mnie przyjaciele z dzienników Stylu. pl, w których opowiadałam o Italii i nie tylko.
Nie miałam pojęcia o realiach wydawniczych i dlatego pierwszą swoją książkę zatytułowaną „ Dziennik badante, czyli Italia pod podszewką” wydałam w Novae Res przy własnym udziale finansowym. Nie byłam zadowolona ze współpracy i dlatego postanowiłam wydawać sama.  
Druga moja książka, z którą jestem bardzo emocjonalnie związana, to „Życiorys PRL - em malowany”. To żartobliwo - nostalgiczne wspomnienia z mojego życia w socjalistycznej ojczyźnie.


Po tej książce wróciłam do włoskich wspomnień. Wydałam „Opowieści ascolańskie i inną włoszczyznę”. Tym razem bohaterem zostało moje ukochane Ascoli Piceno, w którym mieszkam. Opowiadam o mieście. Są legendy, spacery po placach, ulicach a w tle mój autentyczny dziennik.


I ostatnia wydana w grudniu ubiegłego roku „W zapachu włoskiej kuchni, czyli badante ze Wzgórza Czterech Wiatrów”. To opowieść o smakach i zapachach, o pracy i o wsi włoskiej, mało znanej, a bardzo tradycyjnej i ciekawej.


Te trzy książki o Italii mają wspólny tytuł „Okiem cudzoziemki”. Dodatkowo przeplatane są autentycznymi przepisami kuchni włoskiej.


Niestety teraz wiodę od 24 sierpnia 2016 r żywot hotelowy. Podczas trzęsienia ziemi straciliśmy dom. Nasze mieszkanie na Starówce w Ascoli nie nadaje się do mieszkania. Kamienica, która ma 700 lat czeka na remont. Tak, że w pakiecie włoskich wspomnień mam jeszcze trzęsienie ziemi, które na szczęście przeżyłam i ja, i mój włoski partner.


Moje książki
„Dziennik badante, czyli Italia pod podszewką” - 2013r.
„Życiorys PRL em malowany” - 2014r.
„Opowieści ascolańskie i inna włoszczyzna” - 2015r.
„W zapachu włoskiej kuchni, czyli badante ze Wzgórza Czterech Wiatrów” - 2017r.” 

Życzę Wam inspirującej lektury!


Pani Lucyno, co Pani rozumie pod pojęciem „kultura słowa”? 

Kiedyś dawno temu wydawało mi się, że to pojęcie wiąże się z pięknem. Pięknym wyrażaniem myśli, pięknym wysławianiem się. Czas i czasy mocno to zweryfikowały. Teraz pod tym znaczeniem oczekuję poprawnej polszczyzny. Oczekuję jasności i sensu w wypowiedzi. Bez wulgaryzmów. 


Czym jest dla Pani słowo? Czy ma Pani jakieś swoje ulubione? 

Słowo jest wszystkim. Bez słów świat byłby niemy i znacznie uboższy w wyrażaniu uczuć. Można co prawda wyrazić uczucia bez słów, na przykład poprzez malarstwo, muzykę, ale dopiero słowo nadaje uczuciom odpowiedni wymiar.
Nie mam ulubionego słowa. Dla mnie wszystkie są ważne. Ale słowo ma też drugą twarz. Tę okrutną. Bo słowa potrafią zadawać rany. Dlatego ważne jest, jak potrafimy tymi słowami operować. Słowa potrafią o człowieku wiele powiedzieć. 

Jak Pani zdaniem zmienia się język literacki? Czy ta zmiana zmierza w dobrym kierunku? 

Bezsprzecznie język literacki ulega zmianie, bo przecież i zmianie ulega język potoczny. A literatura współczesna to przecież również zapis naszych czasów. Język podlega takim samym zmianom, jak wszystkie dziedziny. Powstają nowe słowa i one wchodzą w zakres naszego słownictwa, a inne po prostu się starzeją. To nieuniknione.
Czy zmiana idzie w dobrym kierunku? Nie wiem. Ocenią potomni. 

Co Pani myśli o wulgaryzmach, potoczności słownej stosowanej coraz częściej w książkach? 


Nie lubię wulgaryzmów ani w życiu, ani w literaturze. Oczywiście są one dopuszczalne dla uwiarygodnienia często ekstremalnych sytuacji. Bo przecież w takich scenach trudno uwierzyć, że bohaterowie posługują się wytwornym językiem. Jeżeli jednak książka składa się w większości z tego typu słownictwa więcej do tego autora nie wracam, bo zadaję sobie pytanie bez odpowiedzi. Co autor przez to chciał wyrazić? 

Czy o współczesną polszczyznę można być spokojnym? 

Tu niestety mam obawy. Niestety mówimy coraz bardziej niechlujnie. Używamy za wiele skrótów, nasz język potoczny jest zachwaszczony obcojęzycznymi zwrotami. Nie umiemy rozmawiać, odeszły w zapomnienie wielogodzinne dyskusje do późnych godzin nocnych, podczas których trzeba się było wykazać nie tylko wiedzą, ale umiejętnie podanymi argumentami.
Mieszkając we Włoszech przeraża mnie poziom polszczyzny wśród Polek.
Nie jest dobrze i jak ma być lepiej, kiedy brakuje wzorców i autorytetów, czytelnictwo zanika, a ludzie komunikują się przez telefon i internet. I na dodatek względy czysto ekonomiczne nie pozwalają na rozwój słowa. Książki są za drogie a bibliotek za mało.
Mało optymistycznie to widzę . 


A teraz proszę spróbować „naprędce” wymyślić krótką historyjkę, która zaintryguje czytelników - w myśl tytułu projektu. O czym ona będzie, czy to zmyślona, czy autentyczna, to zależy od Pani. 

Powodzenia! 


Dzisiaj osobisty mój Włoch zarządził kontrolę okolicznych sklepów pod kątem jaj wielkanocnych i „gołębicy wielkanocnej”, zwanej w Italii „Colomba”. Bez tych smakołyków nie ma włoskiej Wielkanocy. Jaj było pod dostatkiem o przeróżnej kubaturze i ciężarze.
Sama w niemym zachwycie stanęłam przed jajem, które nie dość, że było z czekolady gorzkiej, to jeszcze ważyło ni mniej ni więcej - 5 kilogramów.
Musiałam mieć łakomy wyraz twarzy, bo osobisty zapytał?
- Lucia, chcesz takie jajo na Wielkanoc?
Łakomy wyraz odpłynął z mojej twarzy i powiedziałam uprzejmie:
- Zwariowałeś, chcesz w ramach złośliwości a nie z uczucia do mnie dołożyć mi 5 kilogramów. I to teraz, kiedy w trosce o smakołyki wielkanocne, walczę z każdym gramem makaronu.
Osobisty uśmiechnął się szatańsko i teraz mam złe przeczucia.
Być może to pięciokilogramowe jajo wraz życzeniami „Buona Pasqua” znajdzie się w moich rękach.
Cóż, podzielę je uczciwie na pół. Nie ma innej opcji - „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”. 




Dziękuję za udział w projekcie i inspirujące lektury :) 


piątek, 13 kwietnia 2018

[Patronat medialny] „Dwa brakujące słowa” Zbigniew Kowerczyk. Świetna przygodowa opowieść, w której nie brakuje emocji oraz anonimowych wiadomości...



Wydawnictwo Papierowy Motyl 

Ilość stron: 310 

Nowość wydawnicza 


Cieszę się, że powstają tego typu książki, które łączą ze sobą przyjemne z pożytecznym. Pokazują, że nie trzeba się uprzedzać do obcych, nowych osób, wystarczy się otworzyć na nowe przyjaźnie, by dostrzec, że czasami wnoszą w nasze życie jednak wiele dobrego. Szkoła, w której akcję osadził autor jest szkołą specyficzną. Tak jak jedna z głównych bohaterek, Justyna. Szkoła dla niedowidzących i niewidomych skupia różnych uczniów. Skończyły się wakacje, czas na powrót między mury szkoły. Grupa przyjaciół aklimatyzuje się na nowo. Ale, czekają na nich pewne zmiany i niespodzianki. Nowa koleżanka Justyna. Czy młodzi szybko przyjmą nową koleżankę do swojego kręgu? 


Zbigniew Kowerczyk zawarł w swej powieści wątek tajemniczych, zagadkowych wiadomości, które otrzymuje nowa uczennica. Grupa przyjaciół postara się ją rozwikłać. Autor nakreślił bardzo charakternych bohaterów. Nie wszystkim spodoba się, że osoba Justyny z przytupem wejdzie w ich, jak im się wydawało, hermetyczny świat. Obok śmiałych młodych bohaterów, mamy tutaj pewne tajemnicze informacje, które niczym szarady próbują zatruć życie nowo przybyłej. Justyna dotychczas nie miała żadnych problemów. Od momentu otrzymania anonimowej wiadomości, zaczyna przyglądać się swojemu otoczeniu. Zasiane przez anonima ziarenko niepewności pobudza naszą ciekawość. Wzrasta napięcie, a akcja zaczyna na dobre się rozkręcać. 




Autor napisał intrygującą powieść, w której świat szybko się wnika poprzez płynną akcję, interesujące wątki, autentycznie nakreślone problemy młodzieży. Kowerczyk pozwolił im na to, by kłębiły się w nich niejednoznaczne emocje. Pozwolił im na dokonywanie decyzji, popełnianie błędów, ponoszeniu konsekwencji swoich działań. Zasiał w ich świadomości pewną nutę niepewności, chęć niesienia pomocy. Znakomicie oddał klimat ówczesnej młodzieży, posługując się typowymi zwrotami, żywymi dialogami. To bohaterowie, którzy świetnie się rozumieją, dobrze czują się swoim towarzystwie. Mają wątpliwości, ale też różne zdolności. Dedukują, obserwują, mają swoje uczucia i czasami się w nich gubią. 


Dlaczego „Dwa brakujące słowa”? Bo to nie tylko spora dawka niezapomnianych emocji, ale też świetna przygoda, intryga i dystans. To opowieść nie tylko o młodzieży, dla młodzieży. To powieść dla rodziców, gdyby chcieli zrozumieć świat swoich dzieci, szczególnie jeśli są oni tak wrażliwi i wyjątkowi, jak bohaterowie powieści Zbigniewa Kowerczyka. Autor nie idealizuje ich rzeczywistości, nie steruje nimi, nie moralizuje. Pokazuje czym jest prawdziwość. A wszystko w odpowiednim tonie, bez moralizatorstwa. Autor podkreśla, że przyjaźń jest zawsze piękna i silna. Tylko od nas zależy, czy damy ją pokiereszować życiu. Książkę czyta się lekko i przyjemnie, dlatego bardzo Wam polecam! 







Dziękuję: 








Wywiad z Robertem Gałką, autorem „Hrabiego”, wydanego nakładem Wydawnictwa KAGO :)





Kochani!

Pod koniec marca miała miejsce oficjalna premiera „Hrabiego” Roberta Gałki, wydanego nakładem Wydawnictwa KAGO, którego podtytuł brzmi „Karmannyj wor”. Dla Roberta Gałki to debiut literacki. Bardzo pozytywnie przyjęty przez czytelników i bardzo wysoko opiniowany. Zadanie polegające na przedłużeniu losów bohaterom, którzy przewinęli się w powieści „Skazaniec” Krzysztofa Spadło, nie należało i nie należy do łatwych. Autorowi „Hrabiego” udało się to znakomicie, dodałabym nawet, wyśmienicie. Dzisiaj zapraszam Was do lektury wywiadu, jaki miałam okazję przeprowadzić z debiutującym autorem.

Kim jest prywatnie Robert Gałka?
Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autora

Pracuje w sektorze energetycznym. Wielbiciel i pasjonat airsoftu. Każdą wolną chwilę spędza na poligonie. Nie jest typem domatora. Wspólnie z żoną aktywnie dzielą czas poświęcony na relaks, na jak to określił – łazęgowaniu i wycieczkach. Historia jest Jego drugą pasją. Podkreśla, że epoka dwudziestolecia międzywojennego jest tą, w której odnalazłby się doskonale - „Piękne i wygodne art deco. Z płaszczami, garniturami, kapeluszami i sukniami u kobiet.” Bardzo skromny i często wspomina o tym w rozmowach, nie przygotowany na tego rodzaju „szum” wokół Jego osoby.

Ja wierzę, że to dopiero początek, dlatego z radością zapraszam Was na inspirujący wywiad z Robertem Gałką, życząc Wam przyjemnej lektury!


Panie Robercie. Powieść „Hrabia” to Pana debiut literacki. Jesteśmy już po premierze. Napięcie cały czas towarzyszy Panu, czy już może opadło? 


R.G. Obawiam się, że napięcie nie opadnie nigdy. Niepewność i obawa o to, jak zostanie przyjęty „Hrabia” stała się codziennością. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy musi być fanem tego typu literatury. Równie pokornie odnoszę się do krytyki, jak i do chwalby. Wszystko to niknie jednak wobec jednego, niezaprzeczalnego faktu. Mam własną książkę! Mogę wziąć w rękę coś, co sam napisałem. W przekonaniu, że zrobiłem to najlepiej jak tylko potrafię powiedzieć rodzinie i znajomym, co ostatnio często mi się zdarza:
- Tak, napisałem książkę. Naprawdę… Napisałem ją sam! 

Chciałabym zapytać o inspiracje do napisania dalszych losów Duszańskiego. Czy to była pierwsza i jedyna postać, której dalsze losy po wyjściu z więzienia chciał Pan opisać, czy równocześnie z Duszańskim pojawił się ktoś jeszcze?

R.G. Heniek w powieści P. Spadło postrzegany był, jako ostatni drań. Skończył kiepsko, podejrzewam, że większość czytelników stanęła po stronie Ropucha. Ja zastanawiałem się, co pchnęło Duszańskiego do tego typu podłości. Człowiek nie rodzi się z gruntu zły. W miarę skromnych możliwości zapragnąłem pokazać, jak łatwo można wpaść w „złe towarzystwo”. Częstokroć jeden błąd, wydarzenie czy wręcz słowo mogą zaważyć na dalszych ludzkich losach. Po tym, jak autor „Skazańca” wytypował kilkanaście postaci, wiedziałem, że Heniek jest „moim człowiekiem”. 


Czy Hrabia to postać, której mimo faktu, w jakie środowisko wpadnie, warto dać szansę, jako człowiekowi? On został wrzucony w wir jednak dziwnego świata. Z perspektywy twórcy tej postaci, jak Pan ocenia?


R. G. Pragnę w pewien sposób zrehabilitować Hrabiego. Nikogo nie można skreślić, zepchnąć na margines. Rzadko kto wstępuje na drogę przestępstwa z premedytacją. Presja otoczenia, głód, brak środków do życia to jedynie wierzchołek góry lodowej. Pewnego dnia ktoś podejmuje decyzję, która może zaważyć na jego życiu. Mam nadzieję, że uda mi się w pełni oddać to, co bohater mojej powieści przeszedł i dlaczego zrobił, co zrobił. Chciałbym, by czytelnicy po przeczytaniu ostatniego tomu przygód Hrabiego polubili go, tak jak ja go lubię. Będę w pełni szczęśliwy, gdy ktoś pomyśli – „Ten Heniek to jednak spoko gość. Nie powinien tak skończyć…" 

Ciężko było wniknąć Panu w tego bohatera? Ciężko było stworzyć jego charakter i ogólny zarys? 

R.G. Wbrew pozorom bardzo łatwo. Siadając przed edytorem tekstu doskonale wiedziałem, co chcę przekazać. Heniek od dawna tkwił gdzieś we mnie. To, jaką wybrał profesję, gdzie dorastał i zdobywał złodziejskie szlify było rzeczą oczywistą. Nie sprawiło mi większych kłopotów przekazanie sposobu, w jaki działał, czego się uczył. Pokuszę się o stwierdzenie, że Duszański to mój człowiek. Postać stworzona przez Pana Krzysztofa w pewien sposób zawładnęła mną. Często podczas wspólnych rodzinnych spacerów, wycieczek czy nawet zakupów łapię się na tym, że Heniek jest gdzieś obok. „Tu mógłby się włamać. Temu panu „zdoić szmokt z karmana”… Reasumując, to nie ja wniknąłem w Hrabiego. On wypłynął ze mnie.

Skoro debiut, to nie mogę nie zapytać o warsztat pisarski. Jak wyglądała praca na powieścią?

R.G. Przyćmione kremowe światło lampy od Tiffaniego, ciepłe i wygodne ubranie. Filiżanka gorącej i aromatycznej kawy oraz nastrojowa muzyka Vivaldiego motywowały mnie do pracy. Tyle w temacie „jak wyobrażałem sobie pracę pisarza”
„Hrabia” powstał w przeciągu roku. Praca chwilami ciężka, lecz niezmiernie przyjemna. Była to dla mnie rzecz nowa, nie do końca wiedziałem jak poradzić sobie z planowaniem rozdziałów, ogólną systematyką powieści. Pomocnym okazał się najzwyklejszy notatnik… Przed przystąpieniem do pisania kolejnej części przygód Heńka robiłem konspekt, w którym zawierałem najistotniejsze rzeczy mające pojawić się w rozdziale. „Podróżną” wersję notatnika miałem zawsze przy sobie. Częstokroć zdarzało mi się zapisywać pomysły w drodze do pracy, na spacerze, zakupach. Najcięższym okresem były dwa ostatnie miesiące. Musieliśmy wraz z przyjacielem (ukłony dla Piotra Rodaka) praktycznie przepisać cały początek książki. Pod nóż poszła większa część scen. Nie można również przemilczeć udziału mojej żony. Okazała mi wiele cierpliwości i zrozumienia. Tak jak wspominałem, ostatnie miesiące przed wydaniem książki były dla nas wszystkich ciężkie, ale zbliżający się termin i nawał nowych dla mnie przedsięwzięć dodawały mi energii i zachęcały do działania. Szczególnie miło wspominam kręcenie zwiastunu filmowego promującego „Hrabiego”. Profesjonalizm operatora i reżysera oraz zaangażowanie ekipy zaowocowało produkcją, która, mam nadzieję, zachęci publiczność do zapoznania się z moją książką. 

Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autora
Skąd czerpał Pan tak istotne informacje potrzebne do stworzenia tła powieści, chodzi mi także o typowe środowisko kieszonkowców.

R.G. Złodziejską gwarę i obyczaje poznałem dzięki lekturze książek Urke Nachalnika. Pisarz dzisiaj praktycznie zapomniany wniósł do literatury bogaty świat przedwojennej przestępczości. Pomocne były również powieści Sergiusza Piaseckiego. Spędzili oni w celach więziennych większą część swego życia. Dolę blatnych znali od podszewki. Na rynku wydawniczym pojawiło się również kilka opracowań dotyczących gwary przestępczej.
Pozwoliło mi to w niewielkim stopniu poznać ten hermetyczny język. „Hrabia” poparty został dziesiątkami artykułów i książek o podobnej tematyce, konsultowany z przyjaciółmi i rodziną. W poszukiwaniu nazwisk, miejsc i rzeczy codziennych z przełomu wieków przewertowałem Narodową Bibliotekę Cyfrową. Co do środowiska karmanników, pozwolę sobie zacytować jednego z bohaterów powieści. Leon Tabakiera, mistrz i nauczyciel „Hrabiego”, zwykł mawiać - „tisze jedziesz, dalsze budiesz”.

Czy myśli już Pan o fabule do następnej książki? Czy w ogóle myśli Pan o tym, żeby dalej pisać?

R.G. Następna część przygód Heńka już powstaje. Tak jak pisałem, chcę, by czytelnicy przekonali się do postaci Hrabiego. Po zakończeniu pracy nad wątkiem pobocznym „Skazańca” chciałbym dalej pisać. Mam kilka, miejmy nadzieję, ciekawych pomysłów. Czas pokaże, czy zaowocują kolejną książką. 


Coś od siebie dla czytelników: 

Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autora

R.G. Na co dzień zajmuję się zapewnieniem ciągłości dostaw energii elektrycznej. W wolnych chwilach, na równi cenię czas spędzony z rodziną, co lekturę ciekawej książki. Uwielbiamy wraz z żoną łazęgi i wycieczki. By utrzymać namiastkę kondycji wraz z przyjaciółmi spędzam czas na poligonach airsoftowych. Więcej można dowiedzieć się o mnie z profili na FB. Szczególnie zachęcam do polubienia profilu Hrabiego.




Dziękuję za rozmowę :)

czwartek, 12 kwietnia 2018

„Zielony byfyj” Sabina Waszut. Ujmujący za serce finał historii rodzinnej...




Wydawnictwo MUZA 

Ilość stron: 320

Nowość wydawnicza


„Byfyj, babciny kuchenny kredens, jest zielony. Nietypowy, bo śląski byfyj, tak jak i inne kuchenne meble, powinien być biały. Ma to podkreślić czystość gospodyni.
Znam tę opowieść. Słuchałam jej wiele razy.
Kredens w zielonym kolorze był marzeniem babci. Dziadek pomalował go w dniu narodzin mojej mamy. Śmierdziało farbą, gdy rodziła.”

Jakiś czas temu opowiadałam Wam o pierwszych częściach sagi śląskiej. Dzisiaj przyszedł czas na ostatnią. Przyszedł czas na to, by pożegnać się z Zosią i Władkiem, ich piękną, dorosłą córką, która dojrzewała na naszych oczach. Jesteśmy świadkami, kiedy na świat przychodzi Zbyszek. Przyszedł czas na to, by dać miejsce nowemu. W tej ostatniej części więcej miejsca jest dla Oliwii, wnuczki Zosi i Władka, która z sentymentem wraca do mieszkania babci i nosi w sercu ciche nadzieje, by kiedyś majątek pradziadków wrócił w ręce ich potomków. Z żalem i łzami w oczach towarzyszyłam Zosi w niepokojach o dzieci, kiedy szalała epidemia Heinego-Medina. Cieszyłam się razem z Zaleskimi, kiedy w ich domu zawitał kawałek nowej cywilizacji w postaci telewizora. Autorka pisze niezwykle sugestywnie. Plastycznym opisom, poruszającym nasze uczucia i emocje zawsze towarzyszą ogromne pokłady afektów. Sabina Waszut nie kończy swojej opowieści przewidywalnie. Pozostawia nam przestrzeń do przemyśleń i głębokich refleksji.



To, że te powieści są ważne, chyba nikogo nie trzeba przekonywać. Historię Zosi i Władka napisało samo życie, bo to historia Jej dziadków. Jednak autorka tę piękną, osobistą opowieść ubrała w napięcie sięgające niemal zenitu. Momentami książkę odkładam na bok, takie targały mną silne emocje. Jestem pod ogromnym wrażeniem pomysłowości i sugestywnego obrazowania. Nawet postaci poboczne, te pojawiające się w tle wnoszą w fabułę cenne wartości. Na przykładzie Józefa autorka pokazała, jak funkcjonował chory układ polityczny w ówczesnym czasie i jaki miał wpływ na podrzędnego obywatela. Ci, którzy wyjechali za granicę nie mieli możliwości powrotu. Intrygującym wątkiem okazał się również ten z nową postacią, która pokaże się w najmniej oczekiwanym rytmie codzienności. Na jaw wyjdą rodzinne tajemnice przykryte zmową milczenia. Dwutorowa narracja pozwala spojrzeć na tę sytuację z nieco innej strony.


Sabina Waszut po raz trzeci stworzyła klimat i atmosferę minionych lat, przeplatając współczesnymi opowieściami Oliwii. To nic dziwnego, że wnuczka pragnie zatrzymać to co najcenniejsze – wspomnienia i pamięć o ukochanych dziadkach i pradziadkach. W tle przewija się tamten Śląsk, ówczesny ustrój polityczny, podziały między pracownikami. Autorka nakreśliła po raz trzeci sugestywną, emocjonalną i ujmującą za serce opowieść, która zaskakuje i budzi głębokie refleksje. Szczerze polecam!



Za książkę dziękuję:





środa, 11 kwietnia 2018

„Na dnie duszy” Anna Sakowicz. Boleśnie prawdziwa opowieść, w której kłębią się i przenikają trzy światy, trzy odrębne historie, indywidualne odcienie przeszłości...





Wydawnictwo Edipresse Książki 

Ilość stron: 350 

Nowość wydawnicza 


Nie sposób przejść obok prozy Anny Sakowicz obojętnie. Książkę przeczytałam już jakiś czas temu lecz musiała uleżeć się trochę, odczekać, pozwolić przetrawić nagromadzone emocje, jakie mi towarzyszyły podczas lektury. To bez wątpienia najlepsza z dotychczasowych powieści Ani. Taka boleśnie prawdziwa, w której kłębią się i przenikają trzy światy, trzy odrębne historie, indywidualne odcienie przeszłości, która po raz kolejny daje o sobie znać, odznaczając swój głęboki ślad w świadomości każdej bohaterki. To książka nie tylko o żywych afektach, ale przede wszystkim o osobistych tragediach, trudnych czasach, bólu, tęsknocie, ale i nadziei, że jednak jutro będzie zupełnie inne. Jedyne co mi się nie podoba, ze względów wizualnych, to okładka. Nie wiem po co wizerunek tej młodej pani, w dodatku z lekki uśmiechem, kiedy tam wiele bólu i traum. Kompletnie odbiega od tematu książki i buduje jej fałszywy przekaz. Ale to jest moje zdanie, nikt się z nim zgadzać nie musi. 


W tej historii jest ogrom emocji, uczuć, niesklasyfikowanych afektów, niedomówień, nieumiejętności rozmawiania, czy świadomego określania swojego zdania. Mamy w niej trzy płaszczyzny trzech bohaterek. Jednak dla mnie, są tutaj dodatkowe dwie. O ile rzeczywistość Ingi jest dla mnie mdła, łatwo przeciekająca przez palce, o tyle ze światem Donaty związałam się najsilniej. Trzy kobiety i trzy odległe klepsydry czasu. Młodą Rozalię poznajemy z dzienników, które zostawia swojej wnuczce Indze tuż po swojej śmierci. Kobieta opisuje w nim sytuacje i zdarzenia z życia swojej rodziny, trudnych czasach w jakich żyła oraz następstwo zdarzeń tuż po ślubie, na który nie miała kompletnie żadnego wpływu. Takie to kiedyś były czasy. Kobieta nie miała prawa do własnego zdania, a młode dziewczęta były podporządkowane ojcu i braciom w pierwszej kolejności. Czytając te fragmenty włos jeżył mi się na głowie. Dzisiaj to byłoby nie do pomyślenia, coś obrzydliwie nienormalnego. Rozalia nigdy nie miała świadomości, że będąc świadkiem gwałtu siostry wpadnie w chorobę i to właśnie ona będzie cichą sprawczynią jej okropnego charakteru. Ta kobieta nigdy nikomu nie da się polubić. 




Autorka dokonała w książce licznych retrospekcji czasowych. Z opowieści małej Donatki otrzymujemy obrazy często dla dziecka niezrozumiałe. W ich tle przewijają się różne postaci drugoplanowe, tajemnicze, ale też ten prawdziwy portret Rozalii, ten niezafałszowany, z perspektywy dorastającej córki, która domaga się matczynej uwagi i tak ważnych odruchów miłości, przytulenia, gestów wskazujących na głęboką więź między matką a córką. Właśnie z tym światem małej, skrzywdzonej przez los Donatki zżyłam się najbardziej. 


Bohaterką, która dla mnie osobiście jest jak dziecko we mgle, to Inga. Tyle, że ona należy już do kompletnie innego pokolenia, jednak babka w dziennikach postawiła przed nią trudne zadanie. Czy uda jej się wypełnić wolę babki? 


„Na dnie duszy” to powieść o ludzkich, osobistych dramatach, wewnętrznych rozterkach, trudnych czasach i rzeczywistości, w której dzisiaj ciężko byłoby nam żyć. Anna Sakowicz zabiera nas w daleką podróż - w głąb siebie, zachęca do odkrywania rodzinnych historii kawałek po kawałeczku. Buduje napięcie i odczuwalne emocje związane z oczekiwaniem na dalszy rozwój akcji. To powieść o złu, które przybiera wcale nie tak jednoznaczną formę i określenie. To powieść wielopłaszczyznowa, intrygująca, zmuszająca do zatrzymania i głębszych refleksji. Powieść, która zostanie w Waszej czytelniczej świadomości na bardzo długo. 

Szczerze polecam! 



Za książkę dziękuję:







O emocjach przed premierą z Anitą Scharmach :)




Kochani!

Za niecały miesiąc - 9 maja - oficjalna premiera czwartej powieści Anity Scharmach "Sukces rysowany szminką". Jako, że powieść obejmuję oficjalnie patronatem medialnym, z tej też okazji zadałam autorce kilka pytań o emocje, jakie Jej towarzyszą przed premierą. Ale nie tylko...

Życzę Wam inspirującej lektury. Mam nadzieję, że skusicie się na książkę. A skoro mój patronat, to możecie spodziewać się kilku niespodzianek z tej okazji. Między innymi, kilka dni po oficjalnej premierze zapraszam Was na mojego, facebookowego FP, gdzie odbędzie się czat z autorką :)




Anito. „Sukces rysowany szminką” - już 9 maja oficjalna premiera Twojej czwartej powieści. Jakie emocje towarzyszą Ci na niecały miesiąc przed premierą? 

A. Sch. Emocje, jak przy narodzinach kolejnego dziecka. Oczekiwanie, fascynacja, ciekawość i strach. Czy spodoba się fabuła i zakończenie? Przy dylogii otrzymałam mnóstwo wiadomości odnośnie zakończenia. Czytelnicy oczekiwali innego, moje pióro zaś kazało pozostawić to wyobraźni Czytelnika. Przecież specjalistkę od szczęśliwych zakończeń już mamy. 





Julia, kobieta z pewnym bagażem życiowym, a jednocześnie z przebojem i pozytywną emocją idzie dalej. Przy czwartej książce ciężko było Ci kreślić kolejny portret głównej bohaterki? Jaka ona jest tak naprawdę?

A. Sch. Moja bohaterka to taka (prawie) czterdziestoletnia nastolatka. Zwariowana. Jednocześnie świadoma swoich poczynań.
Czy ciężko było mi kreślić jej portret? Nie. Dlatego, że uwielbiam wnikać w moich bohaterów, sterować ich losami. Móc "pożyć" czyimś życiem. Troszkę jakby ubrać czyjeś buty i poczuć się Julią, Martą czy Tatianą. 


Również i przy tej pozycji podkreślasz, jak ważne w naszym bycie jest posiadanie prawdziwych przyjaciół. Czym jest przyjaźń dla Julii?

A. Sch. Nie wiem czy pytanie nie powinno brzmieć: Kim jest przyjaźń dla Julii? Bowiem przyjaźń niejedno ma imię
A tak poważnie, dla Julii przyjaźń jest siostrzaną miłością, rodziną, lekarzem, terapeutą, wszystkim.
Osobiście jestem szczęściarą, ponieważ mam wokół siebie takie osoby. 

Gdynia – Twoje ukochane miasto. To tutaj osadziłaś akcję „Sukcesu...”. Intrygujesz plastycznymi opisami, zachęcasz do podróży w to magiczne nadmorskie miejsce. Dokończ zdanie: 

Gdynia, bo... A. Sch. ...to moja mała ojczyzna. Gdynia, bo tu się urodziłam. Gdynia, bo ją kocham. Gdynia, bo to moje miasto. Mogłabym tak w nieskończoność.
Zdradzę też, że patronat regionalny udało się zaprosić do promocji książki, z podziękowaniem właśnie mieszkańcom Gdynii. I tu otrzymałam wiele wiadomości a właściwie podziękowań za to, że oprowadzałam Czytelników po tym magicznym mieście.
Jednak muszę podkreślić, że tym razem oprowadzam też troszkę po Gdańsku i zabytkowych budowlach i po okolicy Pucka... tam moja bohaterka poczuje się jak... a zresztą nie będę zdradzać.

Plany wydawnicze na najbliższy czas:

A. Sch. Słyszałam, że jestem specjalistką od emocji, dlatego kolejna książka jest bardzo emocjonalna. Mąż nie mógł patrzeć na mnie kiedy ją pisałam, tak płakałam. Dlatego zakończenie pisałam nocami, kiedy cała rodzina spała. Nie wiem jednak czy ona będzie kolejną czy inna, która również gotowa jest do "narodzin". O kolejności decyduje Wydawca. 

Coś od siebie dla czytelników:

A. Sch. Z tego miejsca chciałam bardzo podziękować Czytelnikom, za ich wiarę we mnie. Za to, że widzę swoje książki w rękach kobiet jadących autobusem, pociągiem, czy na plaży. Jakie to jest piękne uczucie! Kilka lat temu nawet o tym nie pomyślałam, a teraz swoje nazwisko widzę w księgarniach. Cudo.
Dziękuję.


[Audiobook] „Skazaniec. Tom II - Z bestią w sercu” Krzysztof Spadło. Płynna akcja, dynamiczna fabuła, żywe dialogi, barwne postacie i więzienna, brutalna rzeczywistość...





Zielona Litera 

Czas trwania: 14 godz. 55 min. 

Czyta: Leszek Wojtaszak 




Krzysztof Spadło zaskakuje po raz drugi. Tym razem mocniej, dobitniej, w jeszcze bardziej wyrazistym tonie. Książki bez zbędnej otoczki opisowej są tymi, które odpowiadają mi najbardziej. W „Z bestią w sercu” znajdziecie przede wszystkim żywy język, prostotę merytoryczną, treściwe i rzeczowe informacje przewijające się jako tło historyczno – społeczne oraz więzienną rzeczywistość opartą na hierarchii, sile, dojściach, czy wywalczeniu sobie odpowiedniego stopnia traktowania między więźniami. Krzysztof Spadło intryguje, szokuje i konfunduje po raz drugi, kończąc tę część w taki sposób, że ciekawość przerasta nasze oczekiwania i ma się ochotę kontynuować część następną zaraz, natychmiast. 


W tej części obserwujemy poczynania Ropucha, który żądny odwetu, gotowy jest na dosłownie wszystko. Jedyną osobą umiejącą zatrzymać go w ryzach jest Ojczulek. Nikt jednak nie spodziewa się, że na staruszka przyjdzie czas i otrzyma od władz postanowienie, iż wychodzi na wolność. Ropuch tymczasem przechodzi przemianę. Zamienia się w bestię żądną krwi, a nawet śmierci. Komitywa z najgorszymi oprychami w więzieniu nie zawsze wychodzi wszystkim na dobre. W więzieniu daje się też odczuć przemiany polityczne, coraz częściej dochodzą odgłosy wojennych bitew czy manewrów. W skutek czego, przyjdzie we wronieckim więzieniu czas na przepływ więźniów tzw. tymczasowych, zamkniętych za murami za działania podejrzane, wbrew politycznym wytycznym. W celi Ropucha zamieszka na jakiś czas Profesorek. 


Najbardziej znienawidzoną przeze mnie postacią zdaje się być aspirant Szumski ze swoimi sadystycznymi rządami. Szumski da w kość nie raz i nie dwa Ropuchowi. Jego pyszałkowatość, obłuda, zakłamanie, wytyczanie celów za pomocą siły i przemocy, sprowadzają go do roli kata, któremu wszystko wolno, bez ponoszenia za to jakichkolwiek konsekwencji. Przez więzienną rzeczywistość Ropucha przewinie się wiele nowych postaci, nowych współtowarzyszy niedoli. Nawet z paki starych kompanów kilku wyjdzie na wolność, a brutalność niektórym odbierze pewne możliwości. Ropuch szybko zrozumie, że w więzieniu nie czas na sentymenty, serdeczności i uprzejmości. Szybko zmieni swoje nastawienie. Podejmie próby zbratania się sam ze sobą. W pewnym jednak momencie z pomocą przyjdzie mu współwięzień, który nie cieszy się we Wronkach najlepszą opinią. 


Krzysztof Spadło znakomicie nakreślił bardzo wyraziste sylwetki swoich bohaterów, osadzając ich w tło więziennej rzeczywistości, przedwojennych rozgrywek na politycznej arenie. Wronieckie więzienie też przejdzie metamorfozę. Swoją cegiełkę w zorganizowanie biblioteki będzie miał właśnie Ropuch. W książce znajdziecie mnóstwo odnośników do autentycznych wydarzeń historycznych. Autor zadał sobie ogrom trudu, by je zebrać i zręcznie wpleść w ramy powieści. Płynna akcja, dynamiczna fabuła, żywe dialogi, barwne, wyraziste postacie oraz język wyróżniający się żargonem więziennym, a wszystko w połączeniu ze znakomitą interpretacją Leszka Wojtaszaka dodają powieści szyku i klasy. Lektor włożył w interpretację tekstu ogrom emocji i profesjonalizmu. Świetnie się słuchało. Wciągająca i na wysokim poziomie! Szczerze polecam! 



Za audiobooka dziękuję autorowi






wtorek, 10 kwietnia 2018

[Audiobook. Patronat medialny] „Bez pożegnania” Barbara Rybałtowska. Sagi tom I. Poruszająca i emocjonalna, piękna i zarazem tragiczna historia o sile przetrwania...





StoryBox.pl 

Czas trwania: 12 godz. 13 min. 

Czyta: Barbara Rybałtowska 


Przyznam, że to mój pierwszy audiobook, którego czyta sama autorka. Rzadko się to zdarza i rzadko wychodzi to tak pięknie. Cieszę się, że miałam tę przyjemność, to były miło spędzone godziny. Towarzyszyłam Zosi i jej córeczce Kasi w niesamowicie długiej podróży. Autorka nie tylko nakreśliła intrygującą i piękną opowieść, okupioną łzami, bólem, ogromną tęsknotą, ale też odczytała ją w mistrzowski sposób, oddając jej serce pełne emocji. Słychać w tym głosie pasję i zżycie z bohaterką, której nie sposób nie polubić. Zosia to silna kobieta. Życie kompletnie jej nie oszczędzało, ale napędem i inspiracją do znoszenia jego trudów była właśnie Kasia. 


Zosię i jej rodzinę wojna zastaje w pięknej wsi. Jednak tragedia rozegra się już po wejściu Sowietów na tereny wschodnie i prześladowania wszystkich, którzy są członkami rodzin polskich oficerów. A tym właśnie był Piotr, mąż Zosi. Pewnej nocy dochodzi do jego zatrzymania. Zosia z córeczką zaś zostają wywiezione na Syberię. Mróz, choroby, katorżnicza, często mordercza praca oraz skromniutkie racje żywnościowe, to tylko niektóre z traum, jakie napotykają Kasię i Zosię. Już sama wywózka była egzaminem z człowieczeństwa. W czasie wielotygodniowej podróży w ciasnych, przepełnionych wagonach umierali ludzie. 


Emocjonalna powieść przenosi nas w dalekie, nawet egzotyczne podróże. Na Syberii rodacy dowiedzą się o amnestii, ruszą na południe, przez Mongolię, statkiem do Afryki - okrężną drogą do domu. Ale, ta opowieść kończy się przybiciem statku do brzegów starego lądu. Reszta czeka na nas w kolejnych częściach. Jestem ich bardzo ciekawa, bo przyznam, takie zakończenie w najciekawszym momencie jeszcze bardziej wzmaga nasz apetyt czytelniczy. 




Ta powieść to przede wszystkim walka o siebie, o przetrwanie, przeżycie następnego dnia. Trzyma w napięciu. Autorka dzięki plastycznym, pobudzającym naszą wyobraźnię opisom pozwala nam zatopić się w ten trudny świat wypełniony przemocą, śmiercią, ale i tęsknotą za bliskimi, nadzieją na lepsze jutro, bardzo sugestywnie. Były momenty tak napięte w powieści, że chciało się płakać, chciało się ochronić Zosię i Kasię, wziąć je do siebie, pocieszyć, nakarmić. Były momenty, kiedy Zosia ogromnie cierpiała, zdana na pomoc tylko swojej małej córeczki. 


Powieść piękna w swym tragizmie, poruszająca, niezwykle intrygująca i sugestywna. Powieść wciągająca od pierwszych wersów. Na tle trudnej historii toczą się osobiste tragedie i traumy, bo przecież historia Zosi mogła przydarzyć się każdemu w tamtym czasie. Sinusoida emocji czeka na Was, zinterpretowana przez samą autorkę, która włożyła w nią ogrom swoich afektów. Zrobiła to bardzo profesjonalnie, dbając o podział na dialogi, opisy, szczegóły. 


Bardzo, ale to bardzo polecam! 


Za audiobooka dziękuję: 




Na SAGĘ składają się:

Bez pożegnania. Saga część I

Szkoła pod baobabem. Saga część II

Koło graniaste. Saga część III

Mea Culpa. Saga część IV

Czas darowany nam. Saga część V

Jak to się skończy. Saga część VI

Co to za czasy. Saga część VII







„Moda Polska. Warszawa” Ewa Rzechorzek. Świat znakomitych ludzi, trudnej historii i wysokiej klasy styl wypracowany przez polskich projektantów...





Wydawnictwo PWN 

Ilość stron: 447 + dodatek ze zdjęciami modeli 

Nowość wydawnicza 



„Jest styczeń 1945 roku. Grabowska obiera misję, którą nazwie „odbudową polskiej kobiety”. Będzie ją realizowała z ogromną konsekwencją przez ponad dwadzieścia kolejnych lat.” 


Czy Jadwiga Grabowska była skazana na świat mody? Wydawałoby się, że tak. Nie tylko prywatne, wewnętrzne aspiracje pchały ją w objęcia artyzmu, ale również zdobyte doświadczenia jej wielopokoleniowej rodziny. To siostra Jadwigi, Stefania utożsamiana była z szykiem i klasą, wytwornością, z jaką się prowadziła. Tymczasem w ślad za nią poszła również Jadwiga zachwycająca się prostotą, typowo męskimi sportami oraz elegancją. 



Pierwsza kierownik artystyczna Mody Polskiej zaniepokojona powojennym stanem garderoby polskiej kobiety, poczyniła postanowienia, by odbudować jej wizerunek, wracając do kształtu, formy i fasonu, jaki panował wśród towarzystwa warszawskich, przedwojennych dam. Prywatnie nieco ekscentryczna, zawsze stawiająca na swoim, nieugięta, tchnęła ducha w Modzie Polskiej. To ona zmotywowała powojenne kobiety do tego, by zaczęły o siebie dbać i wychodzić na ulicę zwracając uwagę na to, co mają na sobie. 


Ze względu na moje wykształcenie jestem chłonna takich książek. Moda kobieca to dziedzina, której uczyłam się przez cztery lata, rysując swoje projekty. Dla mnie ta pozycja to perełka wśród tego typu publikacji. Autorka poświęciła wiele uwagi osobie Jadwigi Grabowskiej oraz każdej kolejnej artystycznej duszy, jakie pojawiały się w Modzie Polskiej, z dbałością o szczegóły, przeplatając fakty historyczne licznymi fragmentami wspomnień bliskich współpracowników Grabowskiej, wycinki prasowe, fragmenty felietonów o ówczesnej modzie, która w dobie PRL-u nie miała zbyt wyszukanych fasonów, ale kobiety chciały się ładnie i modnie ubrać. W publikacji są wspomnienia o Jerzym Antkowiaku, Karolinie Parol, Magdzie Ignar ich zadaniach specjalnych czy podziale na grupy docelowe. 






W książce absolutnie unikatowe i bezcenne są kopie odręcznych projektów, czy zdjęcia z wybiegów, bądź prywatnych spotkań artystycznego działu Mody Polskiej. Autorka plastycznie i sugestywnie opisała, jak zmieniały się trendy i fasony, jak wielką uwagę poświęcano modzie ślubnej, która rozkwitała na każdym etapie rozwoju. Ważne są także pojawiające się pomysły, dystans, sposób wykonania projektu, podejście do każdej kolekcji, dostawców materiałów itp. Bez wątpienia Jadwiga Grabowska jest pionierką artystycznego podejścia do mody, która dała czemuś początek, dalsze losy słynnego domu mody to kolebka nowatorskich pomysłów, ich ewolucja i wyjście poza granice kraju. 



Ta nad wyraz ciekawa i intrygująca pozycja zabierze Was w świat znakomitych ludzi, trudnej historii i wysokiej klasy styl wypracowany przez polskich projektantów. Szczerze polecam! 



Za książkę dziękuję: 








poniedziałek, 9 kwietnia 2018

„Lekcja martwej mowy” Paweł Jaszczuk. Intryguje, zaskakuje, trzyma w najwyższych emocjach...





Wydawnictwo Szara Godzina 

Ilość stron: 300 

Nowość wydawnicza 




Paweł Jaszczuk znakomicie tworzy klimat w swoich opowieściach. Przyjemnie się je czyta i podąża śladami bohaterów. Po raz drugi Jakub Stern zagościł w mojej czytelniczej świadomości. Autor idealnie łączy kontrasty tła społecznego, wracając do przeszłości, dając tym samym wyraz tego, że ona nigdy nie zaciera swoich śladów, że zostawia nawet głośny wydźwięk powracając jak senna mara. 


Jakub Stern i Wilga de Brie spotkają się we Lwowie. Głęboki PRL nie serwował tak szerokiego spektrum działania i poruszania się poza granice. Ten, kto wyjeżdżał zazwyczaj nie wracał. Jakub i Wilga otrzymają konkretnie zadanie, wcale nie przypadkowe, jak się okaże. Za dawnych czasów wspólna praca w „Kurierze” owocowała odkryciem cennych informacji. W rzeczywistości powojennej, potrzeba przyjazdu aż do Lwowa, by akcja przybrała konkretny obrót i mogła toczyć się w cieniu dawnych wspomnień oraz pewnej poprawności politycznej, która polega głównie na zapewnieniu sobie pewnego bezpieczeństwa. 

„Lwów. Nienawidził tego miasta, a jednocześnie przeraźliwie za nim tęsknił. Przeżył w nim najgorsze i najwspanialsze chwile.” 



Paweł Jaszczuk potrafi nieźle napiąć nić naszego oczekiwania do granic możliwości, skutecznie wprowadzając nas w manewry sięgające władz najwyższego szczebla. Wyjazd Sterna i Wilgi ma konkretny cel, którym interesuje się Gomułka, a nawet służby. Intryga, w którą zostaną wplątani to dopiero preludium do tego, co ma nastąpić. Szybkie zwroty akcji, sugestywna fabuła i dynamiczne, tajemnicze, osadzone w okresie głębokiego komunizmu obrazy. Do tego dawna przyjaźń, która zmusza poniekąd obojga do głębszych refleksji nad przemijalnością chwili. 


„Lekcja martwej mowy” okazała się sentymentalną podróżą, w której obok sensacyjnych wątków nie brak drugiego dna. Powieść ta dotyka bardzo drażliwego okresu w historii naszego kraju i nie wszyscy zrozumieją jej przesłanie. Bohaterowie w pewnym momencie poczują się osaczeni, zmuszeni do wyselekcjonowania tych, którzy przejawiają swoją obecność obok nich, na dobrych i złych. Autor intryguje, zaskakuje, trzyma w najwyższych emocjach. Szczerze polecam! 



Za książkę dziękuję: