piątek, 31 sierpnia 2018

[Zapowiedź] A co od JanKi? Drzazgi - Joanny Bartoń! :)





Już 24 września Wydawnictwo JanKa przyszykowało dla swoich czytelników intrygującą i niecodzienną niespodziankę. Jesteście zainteresowani? Ja bardzo! :) 



Ilość stron 176
Premiera: 24 września 2018



(...) Świadomość, że niedługo zostanie matką, sprawiła, że już w pociągu zaczęła rozmyślać o swojej.

To, że mama część swojego życia spędzała w piwnicy, szybko stało się dla niej smutną oczywistością. Nawet tata nie miał już czasami siły, by z nią walczyć i na jej pytanie „mama znów?”, zadawanego w asyście kciuka skierowanego w dół, rozkładał bezradnie ręce, kiwając ze smutkiem głową. Zawsze wyobrażała sobie wtedy, że mama wyjeżdża w bardzo ważne delegacje, od których zależy los jeśli nie całej ludzkości, to przynajmniej połowy. Znalazłszy takie usprawiedliwienie dla jej nieobecności w swoim życiu, mogła witać ją w nim za każdym razem z tą samą euforią. Była kłębkiem popiskującego szczęścia, kiedy tylko słyszała z dołu odgłosy składania leżanki, co oznaczało, że mama znów zamieszka na jakiś czas z nimi. Tata był bardziej powściągliwy i nie witał żony z tak szczenięcą wylewnością. Zadawał jej tylko podszyte sarkazmem pytanie: „Jestem ciekawy, na ile tym razem?”, a czasami w celu wzbudzenia w niej poczucia winy dodawał coś w rodzaju: „Twoja córka nauczyła się jeździć na rowerze, szkoda, że tego nie widziałaś”.


Mama wychodziła z piwnicy tylko w pochmurne dni, ponieważ twierdziła, że razi ją słońce. Już jako małe dziecko wdrukowała sobie w schedzie po mamie zupełnie nieprzystający do rzeczywistości obraz pogody. Dobra to ta z chmurką oraz deszczem, a zła to słońce, które „wypala mamie oczy” oraz wiatr, który „urywa mamie głowę”. Mama tłumaczyła jej czasami, ile cierpień cielesnych i psychicznych powoduje niewłaściwa pogoda i robiła to tak sugestywnie, że ona dość szybko zaczęła nosić okulary słoneczne nawet w deszczowe dni na wypadek, gdyby zza chmur wychynęło znienacka mordercze słońce. 

Szybko okazało się, że odziedziczyła po niej światłowstręt. W wieku dwunastu lat poprosiła kategorycznie o zamontowanie czarnych rolet do okien w swoim pokoju. Prośba została ze smutkiem spełniona, albowiem tata z trwogą rejestrował każde podobieństwo ukochanej córki do żony, która okazała się nieprzystosowana do życia nie tylko w społeczeństwie, ale także w podstawowej jego komórce, rodzinie.

Czasami, gdy jej pobyt w piwnicy wydłużał się do tygodnia, siłą ją z niej wyciągał. Pamiętała, jak raz tata wyniósł mamę do ogrodu i powiedział: „Patrz, to twoja córka, wiesz chociaż, do której klasy chodzi?”. Odpowiedziała mu jak zwykle histerią w asyście spazmów i gróźb karalnych, bo mama, mimo delikatnej aparycji, potrafiła dźgać słowami jak mało kto. Zatykała wtedy uszy, ale to na nic. Już by chyba wolała, żeby tata dał mamie spokój, niech sobie lepiej ratuje świat w tej swojej piwnicy, ona nie musiałaby przynajmniej tego wszystkiego wysłuchiwać. A tak to wszyscy byli niezadowoleni: tata, bo zbesztany przez mamę, mama, bo wyciągnięta z piwnicy, ona, bo mama nawet na nią nie spojrzała, tylko zwinęła się w kłębek i cicho szlochała. 


Mama miała tak naprawdę dwa wcielenia: piwniczne i leśne. To drugie oznaczało przesiadywanie - oczywiście w odpowiednią pogodę - na pieńku wyciętej sosny i wpatrywanie się w mech. Takie wcielenie mamy lubiła dużo bardziej, ponieważ mogła w nim uczestniczyć. Mama siadała na pieńku, brała ją na kolana i chuchała najpierw zimnym, a potem coraz bardziej rozgrzanym powietrzem w jej kark. Mogły siedzieć tak bez końca.

Raz mama postanowiła urządzić w lesie szkołę przetrwania, z nią w roli jedynego ucznia. Powiedziała, że musi być naprawdę dzielna, bo próba nie będzie łatwa, ale od tego, jak sobie poradzi, może zależeć kiedyś jej życie. Mama stanęła na sklepieniu jednej z lisich nor i zaczęła po niej skakać. Potem podpaliła kawałek gazety i wrzuciła do nory w celu wypłoszenia ewentualnego lokatora. 

Następnie kazała jej wejść do tejże nory, zachowywać się jak najciszej potrafi i nie wychodzić, choćby nie wiadomo co się działo. Powiedziała, że ma być „liskiem, którego nie wypłoszy ani hałas, ani ogień”. Hałas jej nie przestraszył, a gdy nadeszła próba ognia, zobaczyła tatę rzucającego się na mamę trzymającą w ręce podpaloną gazetę. Tata krzyczał coś o szpitalu psychiatrycznym i odebraniu praw, a mama, że jeśli tak się stanie, zabije się. 

Rodzice chwilę walczyli, turlając się po mchu, a ona obserwowała to ze swojej lisiej nory i zapragnęła nigdy z niej nie wychodzić. Gdy skończyli bijatykę, oboje zziajani usiedli i na chwilę jakby o niej zapomnieli, a jej było z tym dobrze, bo wcale nie chciała wracać do domu.




Od tego czasu mama musiała prosić tatę o pozwolenie, gdy chciała ją wziąć na spacer: „Czy mogę wziąć twoją córkę na spacer?” - pytała. 

Tata najczęściej odpowiadał: „Tak, możesz wziąć twoją córkę na spacer”.

Często zastanawiała się, co to „twoja” bardziej oznacza: czy to, że należy do obojga, czy raczej to, że jest niczyja.

Kiedy wiele lat później zagadnęła tatę o maminy schron w lisiej norze, wydawał się wstrząśnięty:

- Miałaś może ze cztery lata, byłem pewien, że tego nie pamiętasz! - wykrzyknął zdumiony.

- Pamiętam i się zastanawiam, skąd się to u mamy wzięło. Jakieś przeżycia wojenne?

- A skąd! - przerwał jej z werwą ojciec. - Mama urodziła się prawdopodobnie kilka lat po wojnie. Dziadkowie adoptowali ją, jak miała około dwóch lat. Obejrzała kiedyś dokument o Wołyniu i tak bardzo zapragnęła być skądś, że przeżycia jednej z bohaterek filmu wzięła za własne. Stąd ta lisia nora i zabawa w schron.




Po tej rozmowie z tatą długo zastanawiała się, jak bardzo trzeba czuć się znikąd, żeby woleć tragiczną historię z Wołynia od własnej, czyli żadnej. 

Tata przynajmniej znał swój rodowód - był inspektorem weterynarii, synem weterynarza, tego, który jako pierwszy w chłopskiej rodzinie zdobył wyższe wykształcenie i inteligencki sznyt. Mama natomiast, adoptowana przez prostych rolników, zawsze czuła, że pochodzenie chłopskie to nie jest jej historia. Interesowała się literaturą i malarstwem, na przemian próbując swoich sił to w jednej dziedzinie, to w drugiej. 

Pomalowane przez nią okiennice domu świadczą niezbicie, że miała do sztuk plastycznych dryg; niestety, nie wiadomo jak było z jej pisaniem - z prowadzonego przez nią pamiętnika został tylko popiół, ponieważ wrzuciła go do pieca tuż przed śmiercią. 

Stało się to niespodziewanie i ku rozpaczy córki, która chciała odnaleźć w nim to, czego tak bardzo potrzebowała: dowody miłości do własnego dziecka.


To nieprawda, że mama nie potrafiła się nią zajmować. Po prostu niemal bez przerwy była zajęta sama sobą, ale kiedy przychodziła chwila próby, jak na przykład jej choroba, mama była mamą. Najczęściej chorowała na zapalenie oskrzeli i anginę. Pamięta wyprawy do lekarza w Legnicy. A najbardziej to, jak troskliwie mama się nią zajmowała. Z wypożyczalni video, która mieściła się tuż obok przychodni, wypożyczała jej w zależności od wieku bajki lub filmy przygodowe i razem oglądały je w łóżku. Kupowała mnóstwo owoców i w miarę możliwości dogadzała jej kulinarnie.

Bycie chorą oznaczało dla niej raj bycia z mamą. I tylko raz czar prysł, gdy mama do taty, który przyszedł z pracy, powiedziała: „Dobrze, że już jesteś”. A potem, wpatrzona w daleki punkt, ledwo powłócząc nogami, poszła do siebie. Pomyślała wtedy, że zamęczyła mamę na śmierć, ale to nieprawda, że mama nie potrafiła się nią zajmować - po prostu męczyła się trochę szybciej niż inne mamy.

- To nieprawda, że mama nie potrafiła się mną zajmować - prowokowała tatę.

- To prawda, bywała troskliwa. Chwilami nawet zbyt. Pamiętasz swoje łyżwy?

- Jasne, te, co dostałam na Gwiazdkę od Aniołka i co mi je zaraz potem ukradli?

- Nie ukradli ich. Tylko dziecko mogło uwierzyć w taką wersję wypadków. W kredensie trzymałem majątek za skup trzody, a złodzieje mieliby się połakomić na wór cebuli i łyżwy? To był mamy pomysł. Po obejrzeniu „Dekalogu” Kieślowskiego panicznie się bała, że pęknie lód na naszym jeziorku i się utopisz. Była tak zdeterminowana, żebyś nie jeździła na tych łyżwach, że wybiła okienko w piwnicy i wymyśliła całą tę historię z włamaniem.

- Myślisz, że mama cieszyła się z diagnozy?

- Na pewno nie płakała. Przynajmniej nie przy mnie. Ale odkąd wiedziała o raku jajnika, nie schodziła już do piwnicy. Tak jakby wiedziała, że już niedługo należy się w ciemności do syta.

- Mama zawsze mówiła mi, żebym brała sobie mężczyznę z ciepłymi dłońmi. Sama zwykle miała zimne i podkreślała, jaka to przyjemność ogrzewać je w twoich. Wiesz, co jest ciekawe? Czym bliżej śmierci, tym jej dłonie stawały się cieplejsze. Jak umierała, miała je wręcz gorące.

- A nie pomyślałaś o tym, że to twoje były lodowate?




Z wywiadu:

Pamiętam, że na fejsbuku wysłałam kiedyś do Pani wiadomość, że każdą swoją kolejną książkę chciałabym napisać inaczej. Chodziło mi głównie o styl. Odpowiedziała Pani krótko: „Tak trzymać”. To pytanie było czymś w rodzaju sondy - chciałam wiedzieć, czy mogę liczyć na jakieś zainteresowanie z waszej strony, gdy zdarzy mi się napisać coś zupełnie innego niż „Do niewidzenia, do niejutra”. Zdawałam sobie sprawę, że transowy styl mógł uwieść i wszystko, co napiszę inaczej, może się wydać mniej interesujące, ale podjęłam ryzyko.

[Zapowiedź] "Spowiedź polskiego kata" Jerzego Andrzejczaka już dostępna w sprzedaży!




Kochani!

Dzisiaj otrzymałam intrygującą pozycję od Wydawnictwa Aktywa "Spowiedź polskiego kata" Jerzego Andrzejczaka, która co prawda swoją oficjalną premierę miała w poniedziałek 27 sierpnia, jednak warto o książce wspomnieć i mieć ten tytuł na uwadze. Dlaczego? Najlepiej odpowie Wam na to pytanie wydawca.


Polskiego kata poznałem 15 marca 1985 r. w gabinecie naczelnika Aresztu Śledczego w Poznaniu. Było to tuż przed wykonaniem wyroku kary śmierci na Kazimierzu Polusie. Zbierałem wówczas materiały do reportażu pt. „Morderca u konfesjonału”, przygotowywanego dla „Ekspresu Reporterów”. Wtedy to po raz pierwszy próbowałem namówić kata na udzielenie wywiadu. Stanowczo odmówił, zasłaniając się tajemnicą służbową. Miał w pamięci to, co spotkało jego poprzednika z czasów przedwojennych – kiedy dowiedziano się o jego katowskiej profesji, wymówiono mu lokal, który zamieszkiwał. Zapamiętałem dokładnie twarz tamtego mężczyzny z gabinetu naczelnika. Spotkałem go ponownie przypadkowo w 1990 roku na mitingu Anonimowych Alkoholików w Warszawie. Będąc już na „zasłużonej” emeryturze, tym razem był bardziej skłonny do rozmowy. Tak zaczęła się nasza znajomość. Trwała ona kilkanaście miesięcy, jednak wywarła wpływ na całe moje zawodowe życie... - Jerzy Andrzejczak


Z fragmentu książki:

- Widok człowieka, który za chwilę przestanie żyć, nie sprawiał mi przyjemności, o co niektórzy mogliby mnie posądzać. Nie miałem jednak oporów przed wykonywaniem wyroków. Myślałem o tej osobie, jako o kimś, kto nie powinien chodzić po ziemi. Czułem się jak na froncie, jakim jest nasze życie, na którym toczy się nieustanna walka dobra ze złem. Zawsze prosiłem Boga o szybką śmierć dla moich ofiar. Jedni umierali w ciągu kilku sekund, a inni męczyli się czasem kilka minut.



Zabieram się za lekturę, a Wy oczekujcie mojej opinii.







[Audiobook] Skazaniec. Tom V. Zawsze mnie kochaj – Krzysztof Spadło





Wydawnictwo KAGO 

Czas trwania: 13 godz. 57 min. 

Czyta: Leszek Wojtaszak 


Szczerze przyznaję, że przy każdej z części jestem pełna podziwu dla pomysłowości autora, który zaskakuje i intryguje. I tu już nie chodzi o język, merytorykę, bo nie ulega najmniejszym wątpliwościom, iż jest to absolutne mistrzostwo, ale o tematykę i precyzję w zachowaniu poziomu i precyzji wątków, które za każdym razem elektryzują i sprawiają, że czytając, czy w moim przypadku słuchając, odnosi się wrażenie, że jest się maleńkim elementem tej opowieści. Krzysztof Spadło tworzy efektowną fabułę, skutecznie kreśli napięcie i stopniuje nasze oczekiwanie. 


Tym razem odbywamy ze Stanisławem Żabikowskim podróż do przeszłości. Poznajemy lata jego dzieciństwa, młodości, pierwszej miłości, pierwszych fascynacji używkami, pierwszej pracy, a potem wybuch Wielkiej Wojny, który przerywa niemal wszystko. Ropuch opowiada całe wydarzenie dotyczące powodu, z jakiego znalazł się za kratami wronieckiego więzienia i jak toczyły się jego losy, kiedy dopadł go kryzys wieku średniego. 


Animuszu i odpowiedniego klimatu dodaje tło powieści, w którym przewija się obraz przedwojennych i wojennych konterfektów społeczności, charakterystyczne życiorysy postaci, które mają istotny wpływ na kształtowanie się świadomości młodego Żabikowskiego. Wszystko doprawione odpowiednimi emocjami i oczywiście znakomitą interpretacją Leszka Wojtaszaka. Nie wyobrażam sobie, żeby tę historię miał czytać ktoś inny! Wszystko dopracowane, odpowiednio stonowane, wyostrzone co trzeba, z odpowiednim podziałem na role i opisy. To po prostu czysta przyjemność. Jestem ciekawa dalszych losów. A Wam, zdecydowanie i szczerze polecam! 


Za audiobooka dziękuję autorowi




czwartek, 30 sierpnia 2018

Dni naszego życia. Część I - Małgorzata Mikos - znana jest już data premiery!







Kochani!

Niedawno mieliście okazję poznać moją opinię o bardzo sugestywnej powieści Małgorzaty Mikos - Dni naszego życia. Dzisiaj znamy już jej oficjalną premierę! 13 września :) Pechowo? Ależ nie! 

Ci z Was, którzy darzą czytelniczą sympatią bardzo refleksyjne opowieści o prawdziwym życiu muszą koniecznie ją przeczytać. To historia, która wychodzi z utartych schematów, wciąga swą epicko – liryczną nutą i przywołuje z pamięci sentymentalne wspomnienia. Los nie rozdaje przypadków, a opowieści o prawdziwym życiu są tymi najpiękniejszymi. Przypomnienie TUTAJ


Tymczasem wydawca pisze:



Liczba stron: 356

Powieść rekomenduję na okładce


Podróże do przeszłości bywają bolesne, ale czasem to właśnie one najsilniej trzymają nas przy życiu... Wkrótce przekona się o tym młoda Dziewczyna, która od poznanego przypadkowo osiemdziesięciolatka usłyszy prawdziwą opowieść o życiu pełnym pasji, miłości i oddania. Stając się jego jedyną powierniczką, niespodziewanie wkroczy do intymnego świata, gdzie dzień po dniu będzie mogła uczestniczyć w najszczerszych wyznaniach: pięknych i okrutnych zarazem. Dokąd doprowadzi obojga bohaterów ta trudna, przebyta wspólnie droga?

„Dni naszego życia” to poruszająca opowieść o przyjaźni, która rodzi się wtedy, gdy najmniej się jej spodziewamy.


To opowieść o wielkiej miłości, jaka nie miała prawa się wydarzyć. Jej bohaterowie już odeszli, a ich uczucie wciąż żyje w listach, przedmiotach i miejscach, gdzie wcześniej się pojawiali. Są obecni na nagraniach z dyktafonu i na zapisanych przeze mnie kartkach w notesie.

Historia opowiedziana ich słowami, zapisana ich myślami i odczuciami. Zachowana z jak największą dokładnością, nawet z tą niewidzialną magią unoszącą się w powietrzu. Niesamowita baśń o dwóch zakochanych w sobie istotach. Taka, która zdarza się raz na milion serc i łączy dwa serca w jedno. Na zawsze.





Jak przygotowujecie się do nowego roku szkolnego? Odkrywcy. Historia w naklejkach - George Joshua, ilustracje: Myer ED






Wydawnictwo Jedność dla Dzieci 

Ilość stron: 32 + 6 stron z naklejkami 



Niedawno wspominałam Wam, że Wydawnictwo Jedność uraczyło nas niesamowicie intrygującymi i inspirującymi pozycjami dla dzieci. Dzisiaj o kolejnej z nich. Jak wiadomo, najlepszą formą nauki jest zabawa. Odkrywcy to pozycja o tyle wyjątkowa, że zachęca również dzieci do samodzielnego tworzenia własnej interpretacji danego wydarzenia historycznego. Najpierw jednak otrzymują garść konkretnych i rzeczowych informacji o tym, czego dokonali jedni z najwybitniejszych odkrywców świata. 


Obok merytorycznej warstwy książki, jej atrakcyjność i wyjątkowość podkreślają bardzo wyraziste ilustracje oraz forma wizualizacji danego wydarzenia historycznego. Najważniejsze informacje zawarto w chmurkach. Wszystko przejrzyście, czytelnie, zrozumiale. To znakomita pozycja dla tych, którzy interesują się nie tylko historią, ale pragną rozwijać w swoich pociechach pasję przygód, odkrywania czegoś nietypowego. Mapki, naklejki, wszystko po to, by dzieci poznały odrobinę świata. Marco Polo, Krzysztof Kolumb, to tylko niektóre z wymienionych postaci tej pozycji. Można dzięki temu podyskutować z dzieckiem na temat cech osobowości danych bohaterów, śmiałków, którzy mieli odwagę podjąć ryzyko i wybrać się w tamtych czasach w takie odległe podróże. 









Nie czekajcie. Zaryzykujcie. Niech nikt Was niczym nie zaskoczy! Polecam! 


Za książkę dziękuję:






środa, 29 sierpnia 2018

[Premierowo. Patronat medialny. Rekomendacja] Obłęd - Jolanta Bartoś





Wydawnictwo Literackie Białe Pióro 

Premiera: 29.08.2018r. 


Za każdym razem, kiedy biorę do ręki najnowszą powieść Joli Bartoś wiem, że otrzymam historię nietypową, zaskakującą, bardzo sugestywną. Nie inaczej jest i tym razem. Jest w tej opowieści pewna swoistość, która staje się Jej znakiem rozpoznawczym. Jola Bartoś kreśli szczególnie charakterystyczne postaci, wyróżniające się osobliwym portretem psychologicznym. Autorka nie oszczędza naszych emocji, napięć w oczekiwaniu na finalne sceny. Sprawia, że te opowieści czyta się nie tylko z czytelniczą przyjemnością. Tutaj bowiem nic nie jest tak jednoznaczne i oczywiste. 


Główna bohaterka odznacza się wyjątkowym darem. Tylko nieliczni posiadają takie zdolności, jak Karolina. Jednak przy całej tej wyjątkowości, to co może wydawać się pomocne często urasta do stanu graniczącego z obłędem, że osobie posiadającej ten dar trudno z czasem oddzielić prawdę od wyimaginowanych obrazów, które samoistnie, bądź pod wpływem uruchomianych czynników chorobowych zdają się być psychicznym balastem. Autorka nie daje nam zbyt głębokich oddechów, nie pozwala na zbyt długi odpoczynek. Akcja toczy się miarowym krokiem, ale przyspieszając z każdym oddechem Karoliny, zdajemy się odczuwać ciężkość jej przeżyć i doświadczeń. Jola Bartoś skutecznie wodzi nas za nos. Pokazuje, że to co może wydawać się błahe i niezbyt istotne, poboczne, niewidoczne na pierwszym planie, ma swoje znaczenie i konkretną nazwę. 


Obłęd to coś zupełnie nieszablonowego. Gęstniejąca atmosfera wokół morderstw uwypukla znakomicie nakreślone portrety psychologiczne bohaterów. A tuż obok jest codzienność, w której muszą się odnaleźć, stawić czoła oskarżeniom, fałszywym obrazom, w której muszą walczyć z nieustannymi problemami i depczącym po piętach poczuciem niesprawiedliwości. Jola Bartoś obłędnie wywołuje w nas niezliczone pokłady emocji. A wszystko w lekkiej formie, aczkolwiek niezwykle sugestywnej. Dajcie się ponieść obłędnym afektom i przeżyjcie to na własnej skórze!Szczerze polecam! 


Za książkę dziękuję: 






wtorek, 28 sierpnia 2018

Zdrowiej Polsko! Wierszem o zdrowiu – Teresa Sadowska




Warszawska Firma Wydawnicza 

Ilość stron: 100 

Nowość wydawnicza 




Nasz narodowy wieszcz Jan Kochanowski pisał „Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie, jako smakujesz, aż się zepsujesz.” Trudno się z tym nie zgodzić, a cytat od razu narzuca się na usta, kiedy przeczyta się już sam tytuł. Przyznam też, że jestem pełna podziwu dla talentu autorki tomiku, która zadbała o naszą świadomość prozdrowotną od samych podstaw, bawiąc się słowem, rymem, że o tematyce nie wspomnę. Jak widać, poezję można tworzyć na każdy temat, zachowując przy tym i zdrowy dystans, i dobry humor. Taki bowiem jest właśnie tomik. Utrzymany w lekkiej formie słownej, zrozumiały i z dającym do myślenia przesłaniem. 



Podzielony na cztery strefy profilaktyki zdrowotnej. Tak, to dobre określenie, chociaż już w pierwszym rozdziale nie brakuje „Recept na zdrowie”. Dobre rady i porady, autorka rozpoczyna od wersów podkreślających wagę ćwiczeń, prawidłowego oddychania, relaksacyjnej formy naszego organizmu, wpływie witamin oraz psychicznego komfortu w postaci nieprzejmowaniem się cholesterolem, czy zbawiennego wpływu masażu nerek żołądka i wątroby. Niemożliwe? Wszystko możliwe. 


Dalej przechodzimy do „Wierszy na lodówkę... i nie tylko”. A o czym tutaj? Oczywiście o jedzeniu, bo zanim otworzy się lodóweczkę trzeba wiedzieć, jakim jest się typem konsumenta, jak ważna jest grupa krwi podczas przygotowywania posiłków, by wreszcie dojść do biorytmów, czyli ściśle podporządkowanego rytmu naszego organizmu do zmian zachodzących w przyrodzie: „Od lat widzimy przypływy morza/ Obserwujemy też gwiazdozbiory/ Zauważamy że brzeg się zmienia/ Że nasz organizm cyklicznie chory [...]”. I na koniec złota rada: „Jeśli masz w pasie... ciasne ubrania/ Jeśli sukcesy chcesz mieć sportowe/ Jadaj dla siebie produkty zdrowe!” 


Jest też rozdział „TeSa Dzieciom”, w którym autorka dźwięcznych wersów kreśli rymowane rady dla dzieci dotyczące zdrowego trybu życia: „Już pięciolatek nawet Ci powie/ Co trzeba robić by dbać o zdrowie.../ Masować plecki masować brzuszek/ Trochę poćwiczyć jak „karaluszek”/ I dosyć często udawać „rybkę”/ Ćwiczyć i ćwiczyć biegi dość szybkie”. Autorka podkreśla również wszelkie walory i korzyści z pływania. Warto uczyć się pływać. 


„Przepisy i życzenia” to podsumowanie i zachęta do zdrowego trybu życia. Można jeść zdrowo, korzystać z dobrodziejstw natury, aktywnie walczyć o zdrowie, a przy tym zachować pozytywne myślenie i dobry humor. 


Tomik utrzymany w formie lekkich, rymowanych wierszy jest doskonałym bodźcem do tego, by spojrzeć na swój organizm może bardziej wnikliwiej? Może warto przypomnieć sobie o zdrowiu? Coś, na co zdajemy się na co dzień nie zwracać uwagi, dopóki nie zacznie szwankować? Lekko, z dystansem,  przymrużeniem oka, ale bardzo sugestywnie. Szczerze polecam! 


Za tomik dziękuję: 






[Przedpremierowo] Obserwuję Cię - Teresa Driscoll






Wydawnictwo Sine Qua None 

Ilość stron: 360 

Premiera: 19 września 2018r. 



Przyznam, że atmosfera jakiejś wewnętrznej anonimowości i poczucia zagubienia, jaka towarzyszy nam od pierwszych wersów tej niecodziennej opowieści, stanowią tylko preludium do znakomicie skonstruowanej fabuły, która zdaje się tężeć na naszym karku przy każdym jej rozdziale. Nie spodziewałam się, że nawet tło powieści wywoła we mnie dreszczyk emocji i niepewności. Mogę Was zapewnić również, że po lekturze tej książki zaczniecie się oglądać za siebie. Ile ludzi tyle obsesji i chorobliwych zachowań. Nikt nie wie, co nas może w życiu spotkać. 


Fabuła tej specyficznej opowieści skupia się na zaginięciu jednej z dwójki nastoletnich dziewcząt, przyjaciółek, które podróżowały pociągiem. Śledztwo zagęszcza atmosferę podgrzewaną na każdym niewyjaśnionym kroku, dodatkowo podsycaną ślepym tropem. Autorka bardzo wnikliwie przygląda się swoim bohaterom, odkrywając nawet ich myśli, zagłębiając się w ich warstwę psychologiczną. Obok znakomicie nakreślonych sylwetek postaci, tło powieści, czyli płaszczyzna rzeczywistości z jaką muszą się zmierzyć wzbudza w nas wiele pytań i wątpliwości. Tym bardziej, że pewne elementy, jakie próbują złożyć śledczy zaczynają ewidentnie z tej układanki wyskakiwać. 


Dla mnie osobiście ta książka nie jest typowym thrillerem. To coś znacznie więcej, bardziej nietypowego. Wiele niejasności z relacji bohaterów budują wyjątkowe napięcie. Wgłębiając się w każdą z warstw fabuły otrzymujemy misternie skonstruowane intrygi, tajemnice, a nawet emocjonalność postaci, które dzieliły się z nami swoim bólem, tęsknotą, czy niepewnościami. Do tego zrozumiały język i lekkie pióro autorki, naszpikowane sugestywnymi obrazami czynią z niej pozycję wyjątkową, którą naprawdę warto przeczytać. Szczerze polecam! 


Za książkę dziękuję:





poniedziałek, 27 sierpnia 2018

[Audiobook. Patronat medialny] „Rotmistrz Pilecki. Ochotnik do Auschwitz” Adam Cyra





StoryBox.pl 

Czas trwania: 17 godz. 54 min. 

Czyta: Sławomir Holland 




Pobieżną biografię słynnego, polskiego konspiratora zna niemal każdy. Długo zabierałam się za tę recenzję, bo najzwyczajniej nie wiedziałam od czego zacząć. Jestem pełna podziwu dla ogromnego heroizmu, siły i determinacji wszystkich, którzy mieli odwagę działać w KL Auschwitz razem z Pileckim w konspiracji wojskowej, którzy z nadzieją upatrywali ratunku, kiedy Pilecki wraz z kolegą zbiegli z obozu i próżno szukali poparcia wśród dowódców podziemnych organizacji do pomysłu odbicia więźniów. Nie dziwię się, że sama osoba Pileckiego wzbudza tak wiele dyskusji, ale też staje się inspiracją do tworzenia. 


W rocznicę 100 - lecia odzyskania przez Polskę niepodległości, biografie zasłużonych postaci i osób, takich jak Witold Pilecki należy przypominać, by utrwalić w naszej świadomości. Książka jest zbiorem wielu dokumentalnych świadectw działalności niemieckich zbrodni, opisem zasadniczej idei jaka przyświecała Pileckiemu, kiedy dostał się do obozu. Autor tejże biografii zadbał o każdy szczegół i merytoryczny detal. Trudno zarzucić od strony rzetelności badawczej cokolwiek, tym bardziej, że książkę odsłuchałam w wersji audio. Wiele miejsca jest poświęcone samym datom i wydarzeniom, brakuje języka typowo zespalającego książkę z czytelnikiem, który czasami chciałby poczytać po prostu o zwykłych zwykłościach, w możliwie zwykły, ludzki sposób, bez przytaczania dat, które jednak nadają jej osobliwy wydźwięk, trochę za bardzo oficjalny. 


Wersję audio dodatkowo ubogaca interpretacja Sławomira Hollanda, który idealnie nadaje się do tego typu książek. Lektor z pełnym profesjonalizmem odczytuje treść nadając jej w pełni charakterystyczne przesłanie. Warto poznać biografię tak wybitnej i wyjątkowej postaci, jaką był Witold Pilecki. Książka Adama Cyry naszpikowana datami i faktami jest do tego najlepsza. Polecam! 


Za audiobooka dziękuję:






niedziela, 26 sierpnia 2018

„Ktoś – Lub – Coś” Iwona Tys, ilustracje Asia Marinković




Zdj. nadesłane od autorki
Wyk. Iwona Tys



Co prawda wakacje dobiegają końca, ale jestem tego zdania, że nigdy nie jest za późno na przygodę. Bo jak wiadomo, przygody zazwyczaj dostarczają nam mnóstwa niespodzianek i niezapomnianych chwil. Tak było w przypadku Ani i Michaliny, głównych bohaterek bajki Iwony Tys, którą ilustracjami opatrzyła Asia Marinković. Zaś sama idea powstania owej pozycji jest bardzo interesująca i godna pochwały. 



Zdj. nadesłane od autorki
Przyjaciółki z bajki przeżyły niesamowitą i bardzo niecodzienną podróż w strefie wyobraźni. A wszystko za sprawą pięknej magii, która pozwala nam na przeniesienie do świata, w którym wydarzenia przybierają na wielkim znaczeniu. Dlaczego? Dziesięciolatki przenoszą się w miejsce dalekie od codziennych problemów. Mało tego, w środku zimy otrzymują solidną porcję rozgrzewających wrażeń. Niespodzianka, która czeka na dziewczynki wywołuje w samym czytelniku zachwyt i ogromne zaskoczenie. Ja czytałam z młodszym synem, nawiasem rówieśnikiem bohaterek i na końcu powiedział mi, że też chciałby taką niespodziankę. Szczególnie, jeśli ona niemal spełnieniem marzeń. Autorka zafundowała swoim bohaterom nietypową podróż, co rusz napinając nasze oczekiwanie na finał tej tajemniczej wyprawy, połączonej z zagadkową historią. A przecież o to właśnie chodzi, by poznać prawdziwych przyjaciół. 


Ktoś – Lub – Coś to nie tylko opowiastka dla młodszych. Warto przeczytać z dzieckiem i przypomnieć sobie o naszym minionym dzieciństwie, o chwilach beztroski, kiedy nie czuliśmy żadnej presji i przytłoczenia codziennością. Wzruszająca, momentami zaskakująca i bardzo emocjonująca, trzymająca w niemałym napięciu. Dodatkowo tłem opowieści są swojskie, bliskie nam plenery przeplatające się z magią, które powodują, że bohaterowie stają się nam bardzo bliscy. Szczerze i bardzo polecam! 


Iwona Tys i Asia Marinković poznały się przy tworzeniu książki charytatywnej „Gwiezdne marzenia”, której miałam przyjemność również patronować medialnie. 

Książeczka „Ktoś – Lub – Coś” to projekt autorski pań, który został wydany skromnym, autorskim nakładem. Trzymam kciuki i kibicuję, by tradycyjny wydawca zainteresował się wydaniem pozycji, która nawiązuje do znaczenia i wartości słowa przyjaźń oraz wrażliwości na piękno wokół, możliwości spełnienia marzeń oraz potwierdzająca istnienie wątków magicznych w naszym życiu. 



Za książkę dziękuję autorce