poniedziałek, 17 czerwca 2019

Kiedy będziemy deszczem - Dominika van Ejkelenborg





Wydawnictwo Kobiece 

Ilość stron: 432 




Debiutowała powieścią „Czuły punkt”. W opisywanej przez siebie historii posłużyła się syndromem sztokholmskim, czyniąc swą bohaterką Polkę, która studiowała w Holandii. Wydawało mi się, że znam i warsztat autorki, i jej upodobania do opisywania historii od strony psychologicznej, jednak Dominika zaskakuje. Książka wywiera na czytelniku niemałe emocje, a wszelkie sytuacje i życiowe pokręcenia losu głównej bohaterki sprawiają, że wiele kobiet utożsami się z Ingą de Gaaf. 


Na komisariat policji w Sneek przychodzi mężczyzna zgłaszając zaginięcie swojej żony i psa. Od tego momentu rozpoczyna się żmudne śledztwo prowadzone przez Marieke van Haan. 

Podobnie, jak w poprzedniej książce autorka swoją bohaterką uczyniła Polkę. Inga przyjeżdża do Holandii z przyjaciółką Magdą w przerwie wakacyjnej w trakcie studiów. Marc jest Holendrem, nie od razu zwrócił uwagę na Ingę. Skryta, małomówna, zawsze wycofana. Kiedy Marc próbuje się z Ingą zapoznać, kobieta podchodzi do tego z dużym dystansem. Dla niej, nie była to łatwa decyzja, chociaż wiedziała, że wychodząc za niego za mąż, odetnie się od rodzinnych koligacji i wspomnień. 

Prowadząca dochodzenie Marieke dociera do korespondencji e-mailowej Ingi. Listy, które ta pisała do Magdy były niczym wycinki z pamiętnika. Pisane z niezwykłą precyzją, pełne wyznań, wspomnień, emocji, trudnych do zaakceptowania sytuacji, czy po prostu codzienności znacznie różniące się od tych, które sobie po prostu kiedyś wcześniej wyobrażała. 


Prozaika życia często bywa złudna, rozczarowuje, karmi złudzeniami. Sytuacja Ingi jest typowa dla współczesnych kobiet, które poświęcają życie zawodowe rodzinie. Wiele kobiet może utożsamić się z postacią głównej bohaterki. Samotność w związku współcześnie staje się czymś powszechnym. Nie umiemy ze sobą rozmawiać, nie umiemy dojść do porozumień, nie umiemy nawet słuchać siebie nawzajem, nie mówiąc o zrozumieniu wsparciu, czy szacunku. Co stało się z tymi wartościami? 


„Kiedy będziemy deszczem” to zwięźle napisana powieść z aspektem psychologicznym, którą trudno jednoznacznie określić gatunkowo. Autorka wykazała się niezwykłą precyzją i lekkością pióra. Zręcznie wplotła wątek dotyczący łucznictwa, który jest Jej pasją. Znakomite dialogi, sugestywne, plastyczne, wręcz palpacyjne opisy. Z bohaterami można się utożsamić, razem z nimi przeżywać wszystkie sytuacje i emocje. Ja przeżywałam bardzo. Refleksyjna opowieść Ingi jest jakby odbiciem lustrzanym wielu kobiet. Zakończenie zaskakuje. Niesamowicie zaskakuje. Takie powieści czyta się z przyjemnością i z równie wielką przyjemnością poleca się czytelnikom. Jeśli szukacie czegoś wysublimowanego, emocjonalnego, polecam! 



A co o samej powieści powiedziała autorka? 


Podobnie jak w pierwszej tak i w drugiej, bohaterką uczyniłaś Polkę, która żyje w Holandii. Z Ingą jest tak, że wychodzi za mąż za Holendra, zakładają rodzinę, mają dwójkę dzieci. Łatwiej jest Ci pisać z perspektywy Polki? Równie dobrze bohaterką mogła być Holenderka. Jak to było? 


Nie wiem, czy lepiej mi pisać z perspektywy Polki, na pewno w przypadku tej powieści tak było. 

W grudniu skończyłam pisać powieść, w której wszyscy bohaterowie są Holendrami. 

Odmienna narodowość Ingi była celowa. Miała jeszcze bardziej zaakcentować jej samotność, poczucie wyobcowania. Pewnie mogła być Holenderką, ale chodziło mi o stworzenie postaci, która na wszystkich płaszczyznach życia była w pewnym sensie wyizolowana. Z tego też powodu pojawił się problem uzależnienia od alkoholu w rodzinie Ingi. Starałam się dotrzeć do źródeł tego, jak Inga widziała i odczuwała świat, pokazać i wytłumaczyć, skąd w niej ta tłumiona, a jednak dominująca potrzeba łączności z kimś. Jeśli dobrze wczytać się w powieść, można dojrzeć, że Inga nawet z własnymi dziećmi z trudnością buduje intymną i bliską relację. Zresztą macierzyństwo, gdy nie ma się wsparcia bliskiej przyjaciółki, mamy, siostry, babci, cioci, kogokolwiek, kto doradzi i wesprze, może być wypalającym doświadczeniem. Dlatego zależało mi, by Inga była Polką na obczyźnie. 

Gdzieś w niej samej są dwie bardzo przeciwstawne siły: strach przed wejściem w interakcję z drugim człowiekiem i z drugiej strony ogromne jej łaknienie. I jeśli przyjrzeć się Robinowi bliżej, cechuje go podobna konstrukcja psychiczna. 



Można powiedzieć, że Inga jest pełna tajemnic. Matka, żona, stabilizacja rodzinna, a jednak jak w każdy związek wkrada się rutyna, przyzwyczajenie. Inga znalazła na to sposób, chciałabym żebyś opowiedziała o swojej pasji, jaką jest łucznictwo, i którą wplotłaś bardzo zręcznie w życie swojej bohaterki. 


Moja miłość do łucznictwa zaczęła się tak naprawdę trzydzieści lat temu i była związana serialem opowiadającym przygody Robin Hooda (tak banalnie właśnie!). Od tamtej pory łuk i strzały były dla mnie symbolem wolności, kojarzyły mi się z lasem, swobodą, przyjaźnią, skupieniem. Było to marzenie z dzieciństwa, jedno z tych, które pielęgnujemy, wiedząc jednak, że nigdy nie znajdzie spełnienia. Jestem chyba najlepszym dowodem na to, że życie potrafi sprezentować niezwykłe niespodzianki. W wieku ponad trzydziestu lat zostałam łuczniczką. A żeby byłoby jeszcze piękniej moje dziecinne marzenia o włóczeniu się po lasach z bandą Robin Hooda, również się w pewnym sensie spełniło. 

W łucznictwie najbardziej kocham balans. Musi być precyzyjna równowaga między napięciem a rozluźnieniem. Uwielbiam poczucie, że łuk staje się częścią mnie samej, a strzała przedłużeniem umysłu. To sport koncentracji, wymagający pracy nad sobą, to sport, w którym twoją największą konkurencją jesteś ty sam, w którym to, co wewnętrzne (spokój, skupienie) manifestuje się na zewnątrz. Dziś jestem przewodniczącą Stowarzyszenia Łuczniczego Orion, w którym wspólnie z cudownymi ludźmi staram się zarazić innych moją pasją. 




Co do Marca, muszę przyznać z ręką na sercu, momentami miałam ochotę go po prostu udusić. Bardzo realistycznie oddałaś obraz współczesnego ojca, rzecz jasna, nie wszystkim można przypiąć tą samą łatkę, ale myślę, że nie tylko we mnie wywołuje on tak skrajne emocje. On jest jakby w tle, na drugim planie, a potrafi mocno zirytować czytelnika. Jak to było. On faktycznie miał być taki a nie inny? Wiesz, dlaczego pytam, bo zazwyczaj schematy są takie same: facet ma kochankę itp. prościej jest stworzyć taki scenariusz. Ty zrobiłaś coś zupełnie innego, on niby jest, ale bardzo go niewiele. 


Tak, postanowiłam odwrócić sytuację, głównie dlatego, że dla Marca kochanka nie byłaby pobudką, lecz kolejną ucieczką. A ja chciałam moimi bohaterami wstrząsnąć. Dlatego rzuciłam Robina w wir codzienności Ingi. Miał ją obudzić z marazmu, to było jego zadanie. Miał jej przypomnieć o niej samej, zmusić do spojrzenia na życie w inny sposób. 

Dla Marca wstrząsem miało być zniknięcie Ingi i wszystko, co zdarzyło się potem. Pobudką, nieco spóźnioną niestety. 

Marc miał być dokładnie taki. Nieobecny, zajęty, przekonany, że małżeństwo jest zakupem z dożywotnią gwarancją. Tak, miał irytować czytelniczki, miał reprezentować też to, z czym wiele kobiet zmaga się w ich małżeńskich relacjach. Bardzo uważnie słuchałam bliskich mi kobiet, ich skarg, smutków, tęsknot. 

To, co mnie samą w Marcu irytuje najbardziej to fakt, że on tak naprawdę Ingi nie widzi. Patrzy na nią, ale jej nie widzi. Musiała zniknąć mu z oczu, żeby ją znów zobaczył, dojrzał przez gęstą mgłę ich codzienności. Czasem trzeba się zgubić, żeby się odnaleźć. 



Następna sprawa, to problemy, z jakimi zmierza się Inga. Tak bardzo aktualne, praktycznie takie, które mogą dotyczyć i dotknąć każdego z nas. Nic dziwnego, że zauroczenie i fascynacja kimś innym niż własny mąż, który bez przerwy siedzi z nosem w telefonie bądź komputerze, w którymś momencie wybucha i zamienia się w głębsze uczucie. Ona oczywiście się przed tym broni, ale nie też znowu tak skutecznie. Myślisz, że Inga naprawdę byłaby w stanie odejść od dzieci, bo od męża może byłoby jej łatwiej, ale dzieci są jednak dziećmi, by być z Robinem? Miałaś od początku zarys takiej fabuły, czy zupełnie inny plan na postać Ingi? 



Relacja Ingi i Robina od samego początku skazana była na klęskę. Nigdy nie wahałam się co do tej kwestii i od początku wiedziałam, że są skazani na rozstanie. Byłam wierna swojej wizji, choć w trakcie pisania pokochałam Robina (a wiemy, jak bardzo można pokochać fikcyjną postać) i złamałam serce sobie samej. 


niedziela, 16 czerwca 2019

Dysharmonie - Joanna Wicherkiewicz






Wydawnictwo Anagram

Ilość stron: 88




Poezja
ucieka z pożółkłych stronic
wisi na sznurach
ścieka z luster
wrasta w mury
dziwaczeje

Intymność liryki Poetki, której twórczość odkryłam przy okazji tego tomiku po raz kolejny kreśli dodatkowy przypis przy okazji definicji poezji, którą wyznaczają niepowtarzalność i niezwykłość w kreowaniu świata przedstawionego. Każdy z wierszy buduje emocjonalną więź z odbiorcą uzmysławiając mu, jak ważna w życiu człowieka jest jego spójność z prawdziwością. Miałam wrażenie, że Poetka zasiewa na nowo w każdym wierszu ziarenko pierwotnego znaczenia człowieczeństwa, kreśląc jego kształty poetyckim incipitem, a przy tym wyznaczając nową ścieżkę w pojmowaniu wrażliwości i refleksyjności. Odnosząc się zaś do znaczenia samego tytułu zbiorku, świetnie wpisuje się w lirykę obserwacji - palpacyjną, zebraną z doświadczenia i intensyfikacji wszelkich życiowych prawd.


Poetka uruchamia naszą wyobraźnię i zmysły przekazując sugestywne frazy pełne filozofii codziennego życia z metaforami dotykającymi sfer duchowych. Odważnie kreuje wyczuwalną atmosferę przemijalności, jakby chciała nadać pewnym zdarzeniom odpowiedniego rytmu, czy uwypuklając świadomość kruchości bytu: "czas pochłania życie/ skubie kęs po kęsie/ niezauważone chwile/ wypluwa dziurawe wspomnienia// mamy czas powiedziałeś wczoraj/ rzucone słowo poruszyło czasoprzestrzeń/ nie zamieszkało między nami/ wróciło z odpowiedzią// odszedł tak nagle że ani uwierzyć ani się pogodzić".



Wiele jest w tej poetyce szczerości. Poetka gromadzi w swych wierszach emocje podparte wydarzeniami, a jednocześnie nadaje im pewnej filozofii zamkniętej w butonierkach niczym listy - wydarte zwierzenia z pamiętnika, czy wiersze, w których wręcz prosi o namiastkę czynnika ludzkiego. Ale mimo, iż są to białe formy liryczne ich głębia i odbicie w naszych myślach przybiera rodzaj wykrzykników lub znaków zapytań. Ich bohaterami są ludzie - w całej swej namacalności, którzy miewają wątpliwości, nadzieje, ale Poetka dostrzega też ich intencjonalność, zwykłość w składowej psychologii: "stoimy na granicy/ dwóch pustek/ dzień alabastrowy/ pogubią się gwiazdy/ wśród ludzkich uciech/ utopią w szampanie zapewnienia/ będzie błyszczało i świeciło/ grało i sprzeniewierzało/ aż nadejdzie nowy/ wypełniony iluzjami/ po grudzień".

I jeszcze:


dziwna tęsknota otula ciało
sprawia że boli
czy to normalne tak tęsknić
za niczym








często smutek
jest chorobą
leczoną powierzchownie

wycofuje się do gromady
wzgardzonych żyć
rośnie cieniście



To właśnie człowiek w całej swej emocjonalności - współodczuwaniu jest tym, któremu Poetka przygląda się ze wszystkich stron. Plastyka poszczególnych fraz buduje portrety jednostki samotnej wśród tłumów, jednostki niesłyszalnej, zamkniętej w swej hermetyczności afektów. Obok zagłębiania się w procesy tworzenia świata, Poetka trafnie ujmuje znaczenie każdego z nas we wszechświecie podkreślając odgłos otaczającej rzeczywistości w duchu poruszanych motywów. 


Każdy wiersz z "Dysharmonii" cechuje wyjątkowa aura. Każdy tworzy intensywny rodzaj mozaiki poetyckiej - wyważonej, dojrzałej w swej formie, doświadczonej. To poezja, która porusza, wzrusza, ale i zmusza do głębszych refleksji. Poezja, która buduje z odbiorcą sieć ważnych powiązań, relacji, do której chętnie się powraca. To także poezja fotografii w elementarnych podwalinach znaczeń i wrażliwości. Szczerze i bardzo Wam polecam!


Za tomik dziękuję Poetce







piątek, 14 czerwca 2019

[Przedpremierowo. Rekomendacja + fragment] W bałkańskim kociołku. Opowieść o Bułgarii - Bożenna Iliev (Skarlet)







Wydawnictwo Bernardinum

Ilość stron: 256, oprawa twarda

Premiera: 15 czerwca 2019



„W bałkańskim kociołku...” ...czas płynie wolniej, delektując się panoramą smaków, zapachów i ferią malowniczych obrazów. Tak można w jednym zdaniu określić moją niezapomnianą przygodę z pozycją, o której chcę Wam dzisiaj opowiedzieć. Autorki, którą już poznaliście, bo wcześniej wydawała pod pseudonimem Skarlet. Bułgaria mimo swej różnorodności wciąż przyciąga tabuny turystów, prawdziwych podróżniczych pasjonatów, poszukiwaczy przyrodniczych rarytasów, czy przygód, a Bułgaria znana ze swych dziewiczych, chronionych terenów ma się czym poszczycić.



Podczas kiedy My – Polacy tak bardzo uwiązaliśmy się do czasu, goniąc za nim, pędząc na oślep w chaosie i przestworzach wszelkich ograniczeń, Bułgarzy mają w ciągu dnia wydzieloną godzinę, by zjeść w spokoju posiłek, wspólnie z rodziną nigdzie się przy tym nie spiesząc. Dzisiaj maksyma „spiesz się powoli” najlepiej określa ich stosunek do życia i właśnie ten obraz najbardziej utkwił mi w pamięci, kiedy czytałam tę wspaniałą pod wieloma względami książkę.


Wiele nas dzieli, ale i znajdą się pewne elementy, które nas w jakiś sposób łączą. Dla Bułgarów dziwna, wręcz niezrozumiała jest nasza kawa sypana parzona, czy picie herbaty, które dla nich praktykowane jest przy okazji chorobowych dolegliwości. Ale... historia, ta z odległych czasów ma swój polski akcent w postaci legendy o prawdziwej śmierci Władysława Warneńczyka, który podobno miał zginąć pod Warną, gdzie przybył walczyć z Turkami. 

Zauroczyła mnie historia wnuczki brytyjskiej królowej Wiktorii, Marii Edinburgh, o której autorka nie mogła nie wspomnieć i uraczyła tym samym opowieścią o mądrej, silnej, ale niezwykle kochliwej kobiecie, która wyszła za mąż nieszczęśliwie. 


Ujęły mnie przepiękne, kolorowe zdjęcia dziewiczej, bułgarskiej przyrody, urzekającej swym niezwykłym artyzmem. Ogromne wrażenie robią zamarznięte wody w jaskiniach, osnute legendami góry, wąwozy, doliny, tereny przy twierdzach, okalające miasta, maleńkie wsie, klasztory itp. Wrażenie niemałe robią przekazywane z pokolenia na pokolenie tradycje oraz znaczenie niektórych słów, które dla nas będą trochę niezrozumiałe i dziwne.

Cieszę się, że nie zabrakło tu przepisów na kilkanaście bułgarskich dań, podsycane regionalnymi dodatkami, bogactwem ziół, zachwycające prostotą, zapachem i aromatem. Nie są to przepisy jakoś szczególnie skomplikowane. Może zrobić je niemal każdy. Ja na pewno skorzystam z kilku. Bułgarski kociołek wywołuje zdziwienie, że wino będące ich tradycyjnym, słynnym produktem służy im nawet w celach leczniczych. A wszystko zaczęło się dawno temu... Jak dawno? Odszukajcie i przeczytajcie.


A co wszelkimi świętami, które w świadomości Bułgarów utrwaliły i zakorzeniły się od pokoleń? Oprócz legend, wierzeń, etnicznego tygla jaki zamieszkuje różne regiony tego kraju, Bułgarzy swoją mentalnością nie przestają zadziwiać. Wiele elementów z obchodzonych przez nich świąt jest podobnych do naszych. 


„W bałkańskim kociołku” aż wrze, chciało by się napisać i myślę, że nie będzie to żaden z mojej strony nietakt. Książka ta stanie się dla wielu z Was inspiracją do podróży, odrywania miejsc wyjątkowych i malowniczych, do wyprawy po legendy, wciąż przez archeologów odgrzebywanych nowych historii. Bo pewnych miejsc, o których pisze autorka nie znajdziecie nawet w najlepszej ofercie turystycznej.


To pozycja, która zachwyca kolorem, formą, naturalnością, różnorodnością, zapachami kuchni, smakiem i wielowątkowością. To książka, która zainspiruje Was do tego, by żyć wolniej i degustować chwile. Polecam całym sercem i zachęcam do tej niesamowitej lektury.


Za książkę dziękuję Autorce!




Fragment.

(...) Zwyczajem jest przygotowywanie w ważne dni i święta zupy nazywanej "kurban" - dotyczy to wyznawców rożnych religii. Zupę je się w domu, w gronie zaproszonych gości lub podczas święta. Robi się ją, żeby podziękować bogu na przykład za wyzdrowienie, a czasem, żeby złożyć prośbę. Choć bywa i na odwrót. Najpierw spełnienie... Nierzadko słyszy się: "Jak mi się uda (tu wymienia się marzenie) - zrobię kurban". Czy nie brzmi to jak warunek? Będzie spełnienie panie Boże - będzie zupa. (...) 

(...) Polubiłam tę, na niektórych odcinkach, bardzo krętą drogę, położoną na różnych wysokościach, z miejscami, gdzie skały odsłaniają morze i piękne pejzaże. Jeden z nich ukazuje się gdzieś po drodze, wtedy, kiedy jesteśmy wyżej. Z daleka widać domy, otoczone półkolem przez góry. Wyglądają jakby zapadły się w dół pod ciężarem czerwonych dachówek i po łagodnym stoku zsunęły się w kierunku morza. (…) 


Atmosfera starego miasta otoczonego morzem jest niepowtarzalna. Może między innymi dlatego, że jest ono tak naturalnie oddzielone od współczesności. (...)

Wiedziałam, że będę chciała tu wracać. I tak się stało. Zadziwiające jest to, że zawsze kiedy jesteśmy w Nesebar, czuję się tak, jak za pierwszym razem. Po długim spacerze zaszywamy się w jakiejś knajpce blisko brzegu... jak w „Dniu Świstaka” wszystko powtarza się od początku.





Strona na facebooku: Napisałam – strona autorki książek (https://www.facebook.com/Napisałam-strona-autorki-książek-790033154694356/)






czwartek, 13 czerwca 2019

Wino z Malwiną - Magdalena Kordel






Wydawnictwo Znak 

Ilość stron: 458 

Nowość wydawnicza 




Szczerze przyznaję, że Malowniczego nie miałam okazji poznać. Nie znam absolutnie tej serii, ani bohaterów. Ale... z całą pewnością już polubiłam i Majkę, i to całe Uroczysko w Molowniczem z całym dobytkiem w postaci pięknych okolic i wspaniałych bohaterów, których nie sposób nie polubić, tacy są szczerzy w swej autentyczności. Wszystkie postaci wykazują się niebywałym charakterem, a do tego cała tajemnicza atmosfera związana z przybyciem Malwiny do Malowniczego jeszcze bardziej rozbudza w jego mieszkańcach ich stereotypowość i gnuśność, oczywiście w tym pozytywnym słowa znaczeniu. Majka to taka ciepła i miła osoba, która dba o wszystkich wokół, a o siebie zawsze na końcu. 


Cieszę się, że w końcu miałam okazję poznać pióro autorki, która obok prostego, lekkiego języka użyła dużej dawki dobrego humoru. Wiele w tej opowieści zabawnych sytuacji, ale i wciąż aktualnych problemów. Społeczność Malowniczego to hermetyczna, zamknięta gromada, której zaufanie ciężko zdobyć, a jeszcze ciężej stać się jej częścią. W tle przedzierają się zwykłe codzienne sprawunki, problemy rodzinno - przyjacielskie i przyziemności. Opowieść wciągnęła mnie w wir akcji płynnym rytmem, któremu odpowiedniego toku nadają małe tajemnice pojawiające się wraz z nowym gościem Uroczyska oraz wyjątkowo wyraziste charyzmatyczne postaci. 


Bardzo pozytywnie nastawiłam się do tej historii i przeczytałam ją z wielką przyjemnością. Tu nic nie dzieje się przypadkiem, każdy z bohaterów ma swoje konkretnie przypisane miejsce i rolę, a odpowiedniego klimatu i głębszych refleksji dostarczają nam bliskie nam problemy, naturalność oraz sugestywność wątków. Szczerze i bardzo polecam! 



Za książkę dziękuję Wydawnictwu Znak






X Warszawskie Targi Książki - maj 2019r.







Tegoroczna edycja Warszawskich Targów Książki to edycja wyjątkowa, bo jubileuszowa. Dziesiąty rok z rzędu wystawcy i czytelnicy spotykają się w jednym miejscu, by świętować premiery, ale i podyskutować o współczesnej literaturze i polskim rynku wydawniczym. Nie ukrywajmy, że właśnie takie imprezy są także znakomitą okazją do tego, by spotkać ulubionych pisarzy i móc zamienić z nimi chociaż przysłowiowe trzy słowa, czy zdobyć autograf.


Kilku członków naszego Dyskusyjnego Klubu Książki wybrało się na tegoroczne święto książki. Świetnie zbiega się jubileusz targów z piątym jubileuszem klubu, który świętować będziemy w październiku. Znakomita okazja do tego, by jakoś ten jubileusz zaakcentować. Tym razem jednak bez konkretnego planu. Postawiłyśmy sobie za cel, iż podejdziemy do tych stoisk i autorów, których twórczość znamy z doświadczenia czytelniczego, czy po prostu tylko z sieci.



Zaskoczenie tym przyjemniejsze, iż pierwszą autorką, którą udało nam się poznać osobiście i porozmawiać była Margarett Borroughdame, autorki piszącej dla dzieci. Nie obyło się bez uścisków, ciepłych słów w moim kierunku, bowiem mam niebywały przywilej patronować medialnie i rekomendować książki pani Margarett oraz z przyjemnością promować u siebie na blogu. 


Na korytarzu, w przelocie złapałam panią Kasię Bulicz - Kasprzak i Sylwię Trojanowską. Obie pisarki są znanymi autorkami poczytnych książek literatury obyczajowej. Właściwie to Sylwia mnie wypatrzyła i skinęła ręką. Z tego miejsca bardzo Cię przepraszam Sylwio, bo obiecałam, że poczekam. Owszem, byłam, ale kolejka do Ciebie tak długa, że wybacz, ale nie byłam sama. 

Pani Kasia Bulicz - Kasprzak (po lewej) i Sylwia Trojanowska

Na stoisku wydawcy Novae Res udało mi się poznać pana Piotra Tymińskiego, autora powieści z tłem wojennym. 

Pan Piotr Tymiński


Mnóstwo serdeczności czekało na mnie na stoisku Wydawnictwa Literackiego Białe Pióro, gdzie poznałyśmy: Mirę Białkowską, Małgorzatę Urszulę Laskę, Agnieszkę Niezgodę, Annę Marię Mittek, Agnieszkę Kazałę. Większości książek autorek patronuję medialnie i rekomenduję na okładkach.

Od lewej: Mira Białkowska i
Małgorzata Laska


Tuż obok, na stoisku Wydawnictwa Anagram poznałyśmy Marka Kaczkowskiego, którego tomik "Wiersze Lodu i Ognia" objęłam patronatem medialnym. 

Od lewej: Magdalena Koperska z Wydawnictwa Anagram
oraz Marek Kaczkowski


Na stoisku Wydawnictwa Czwarta Strona poznałyśmy wreszcie Agnieszkę Lis, autorkę poczytnych, bardzo emocjonalnych powieści obyczajowych, która, jak na artystkę przystało była niezwykle wyraziście odziana, przez co niezwykle wyróżniała się.

Z Agnieszką Lis



A na stoisku Wydawnictwa Lira poznałyśmy panią Małgorzatę Kochanowicz, autorkę powieści obyczajowych z Włocławka. Nie znam twórczości autorki, ale dzięki nawiązanej z wydawcą przy tej okazji współpracy, będę miała okazję - "Krok w ciemność" czeka. Już niebawem wezmę w swoje ręce.

Z Panią Małgorzatą Kochanowicz



Wrażeń i wspomnień cała masa, bo obok pisarek i pisarzy udało mi się poznać dwie cudowne blogerki. Annę Sikorską z bloga Górowianka i Darię Skibę, która także pisze książki. 

Z Anią Sikorską 


Z Darią Skiba


Nie będę ukrywała, że spotkanie z Marleną Rytel było jednym z tych, na które czekałam najbardziej. Cieszę się, że udało nam się zamienić dwa słowa. "Kiedy znów zaświeci słońce" patronuję medialnie, a "Potworną Michasię" recenzowałam na blogu. Razem z Marleną jesteśmy współautorkami antologii opowiadań "O, Matko!".


Z Marleną Rytel



Teraz pozostają jedynie wspomnienia i zdjęcia. Miłe, ciepłe, mega pozytywne. Nie będę ukrywała, że ciepło na serduchu mi się robiło, kiedy autorzy, autorki poznali mnie w tłumie i kiwali z daleka, bym podeszła i się przywitała. Z większością znałam się tylko wirtualnie, więc czuję się tym bardziej doceniona. 

Bardzo wszystkim dziękuję za spotkanie, możliwość rozmowy, ciepłe, dobre słowa w stosunku do mojej osoby i pracy, którą wykonuję, bo pisząc recenzje, czy przygotowując promocję książek, to przecież praca. Niezmierzona w walucie. 

Współpraca w Wami, to prawdziwa przyjemność i ogromna satysfakcja, kiedy podchodzi się do konkretnego tytułu i widzi się swoje logo na okładce, tudzież rekomendację. A miny moich współtowarzyszek, kiedy się z Wami witałam i rozmawiałam, bezcenne.








Inne zdjęcia :)












środa, 12 czerwca 2019

[Audiobook] Tatarka - Renata Kosin






StoryBox.pl

Czas trwania: 13 godz. 5 min.

Czyta: Donata Cieślik



Kiedy słuchałam tej opowieści w duchu zadawałam sobie pytanie, jaki przyświecał autorce cel przy jej tworzeniu. I z przykrością muszę Wam się przyznać, iż zdarza mi się to po raz pierwszy, że nie przypadła mi do gustu ani interpretacja, ani opowieść. I szczerze przyznaję także, że po zmarnowanych 13 godzinach nadal nie wiem, o czym tak właściwie ona jest. Czy o poszukiwaniu swojej prawdziwej tożsamości, dążeniu do odsłonięcia rodzinnej tajemnicy, czy o zapowiadającej się miłości? Jakoś mnie nie porwała, ani nie zauroczyła ta opowieść. Skąd to wiem? Tak czuję.



A zapowiadało się całkiem... znośnie. Tyle, że przytłoczyły mnie te okropnie długie monologi bohaterki. Tak więc, wydaje mi się nieco ta historia przegadana. Brakowało mi jakiejś ekspresji w wyrażaniu emocji, sugestywnej akcji, która porwałaby mnie od samego początku. Ja rozumiem, że Ksenia mając pewne podejrzenia co do swojego pochodzenia zaczyna drążyć temat, ale nie na Boga w takim stylu. Monotonność i ciągłe dociekanie, jaka prawda kryje się za historią dziadka, ewidentnie mnie męczyły. I, o ile bohaterki miały zadatki na wyraziste, dosyć charyzmatyczne postaci, to zostały kompletnie przytłoczone ilością, moim zdaniem zbędnych, opisów. Takie przegadanie tematu niekiedy nie jest dobrym zabiegiem. Ale, to moje zdanie i absolutnie nikt się z tym zgadzać nie musi. Stwierdzam również, że nawet przy mojej szczerej otwartości horyzontalnej, nie byłam w stanie jakoś przetrawić podejścia Kseni do swojej matki. Odebrałam to jako kompletny brak szacunku. Ja wiem, jestem świadoma i zdaję sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach takie zwracanie się do rodziców per "ty" to nic nadzwyczajnego, jednak mnie to osobiście drażni, a na pewno nie uczę tego swoich dzieci.



Interpretacja? No cóż. Wiecie, że jestem wymagająca. Bardzo wymagająca. Były momenty, że lektorka świetnie dobierała barwę i tembr głosu do odczytywanego fragmentu treści, ale były momenty, że ewidentnie mi zgrzytało, nie pasowało, brakowało tej tzw. szerokości w przekazie. Cóż... Dziwnie się czuję, ale polecić Wam nie mogę, chyba, że sięgnięcie na własną odpowiedzialność.



Za audiobooka dziękuję:






wtorek, 11 czerwca 2019

Bajeczki babci Mireczki - Mira Białkowska





Wydawnictwo Literackie Białe Pióro

Ilość stron: 84

Nowość wydawnicza




Znając twórczość autorki z czystym sumieniem biorę Jej książki w ciemno. Wzruszyłam się czytając te zaledwie pięć opowiadań. Ile w nich empatii i wrażliwości. Całe mnóstwo! I wydawałoby się, że autorka pisząc te proste na pozór historie tworzy coś oczywistego. Nic bardziej mylnego. Czytając o zagubionej żółtej rękawiczce miałam przed oczami analogiczny obraz z życia codziennego - "zagubione" dziecko i zrozpaczonego rodzica. Odczytałam też tę historię z drugiej płaszczyzny emocjonalnej, która pokazywałaby, że to co obce i nieznane tylko pozornie, na początku wzbudzałoby nasz zachwyt, ale skutki naszej wędrówki mogą być przecież zupełnie inne. Jednym słowem, są to świetne, wzruszające opowiastki, które znakomicie mogą posłużyć nam do dyskusji z dziećmi na ważne tematy.


Pięć różnych tematycznie opowiastek, pięć istotnych kwestii. Ujęła mnie również historia o zagubionym krasnoludku, w której autorka plastycznie i obrazowo opisuje świat przyrody, cudownych chwil spędzonych z babcią. Te smaki i zapachy czuje się wręcz namacalnie. W "Zaproszeniu do Deszczowej Kropelki" autorka tłumaczy, dlaczego deszcz jest tak ważny dla środowiska. A w "Jak pies z kotem" próbuje uwrażliwić małego czytelnika na krzywdę czy bezbronność zwierząt. Nie inaczej jest w "Bajce o Dębowym Śpiewaku". Każda z nich zawiera celny morał i trafną puentę, napisana pięknym, aczkolwiek prostym językiem literackim, który nie sprawi kłopotu z odbiorem młodemu czytelnikowi.





"Bajeczki babci Mireczki" polecam każdemu, bez względu na wiek. Uzupełnione ilustracjami Agnieszki Kazały, które nie tylko w formie tradycyjnej grafiki, ale też kolorowanki daje możliwość kreatywnej zabawy i nauki przez zabawę. Mądre, ważne, wzruszające! Szczerze i bardzo polecam!




Za książeczkę dziękuję Autorce!






poniedziałek, 10 czerwca 2019

Dziewczyna bez makijażu - Zuzanna Arczyńska





Wydawnictwo Szara Godzina 

Ilość stron: 327 

Nowość wydawnicza 




Słuszna rekomendacja koleżanki po fachu - Anny Kasiuk, która zaanonsowała powieść, iż autorka ponownie zaskakuje. Tak, zdecydowanie to prawda. Mimo bardzo nietypowego tematu, jaki podjęła kreśli wyrazistych, konkretnych bohaterów oraz porusza dogłębnie wielu trudnych tematów, z których jeden wysuwa się na plan pierwszy - skomplikowane relacje między poszczególnymi postaciami. Wydawałoby się, że kontrakt Angeliki rozwiąże wiele jej problemów. Istotnie, powierzchownie, ale tak naprawdę dopiero wtedy rusza lawina zaskakująco - intrygujących zdarzeń, w których wir zostajemy wplątani. Co do mnie jeszcze przemówiło to fakt, iż Arczyńska niczego nie buduje na siłę. Świetnie użyła potocznego, prostego języka, nakreśliła autentyczne sylwetki bohaterów, nie dopasowując ich do ogólnie panujących trendów, czy wymogów społecznych. To ludzie prości, zwyczajni, którzy nie kreują się na gwiazdy czy idoli. 


Zuzanna Arczyńska daje swoim bohaterom szansę, otwierając przed nimi paletę możliwości. W ten sposób nie tylko Angelika ma okazję postarać się o lepszą przyszłość, ale i jej matka z siostrami. Autorka w bardzo przemyślany sposób uchyla po kolei elementy całej układanki, gdzie nie zbraknie dramatycznych momentów, próby odnalezienia się w nowej sytuacji, zagrożenia życia, tajnych agentów, ale i miłości, która tylko pozornie stworzy barierę nie do przejścia. Wysuwają się tutaj także problemy rodzinne, które często dzieją się w czterech ścianach domów. Alkoholizm, czy niepełnosprawność przeradzająca się w frustrację, z jaką ciężko się pogodzić. Co dla jednych może stanowić inspirację do zmian dla drugich może stać się murem nie do skruszenia i wręcz piętrzyć problemy. 



Zastanawiam się, czy te otwarte drzwi, które Angelika zostawiła za sobą na końcu stanowią doskonałą metaforę do stworzenia kolejnej części? Być może, ale być też mogą tworzyć rodzaj niedopowiedzenia zakończenia, które nakreślimy sobie po prostu sami. Po swojemu? 

Jedno jest pewne. Zaskoczyła mnie autorka swą niepowtarzalną historią, której akcja nieustannie biegnie swoim rytmem. Bez przypadkowości. Trochę tajemniczo, dramatycznie, ale i zwyczajnie. Zaskakuje, stawia pytania i zmusza do głębszych refleksji. Polecam bardzo! 




Za książkę dziękuję Autorce oraz:








sobota, 8 czerwca 2019

[Audiobook] Siedem spódnic Alicji - Joanna Jurgała - Jureczka





StoryBox.pl 

Czas trwania: 6 godz. 35 min. 

Czyta: Ilona Chojnowska 




Miałam nie lada problem z tą opowieścią. O ile sama historia przypadła mi bardzo do gustu, to interpretacja niekoniecznie. Świetny pomysł na metaforyczne ujęcie tytułu, które w bezpośrednim przekazie nawiązuje do portugalskiego zwyczaju, według którego poszczególne warstwy spódnic oznaczają oczekiwanie na tego jedynego mężczyznę. W przypadku zaś tytułowej bohaterki Alicji ma ono jeszcze głębszy wymiar. Powrót do Stawisk ma być lekarstwem na skołatane serce. Odzyskiwanie spokoju u tak wyjątkowej osoby, jaką jest babcia Łucja Śliwkowa, to także wyczyn, bo babcia posiada nietuzinkowy charakter i niecodzienne pomysły, a i riposty do każdego tematu można jej pozazdrościć. Jednym słowem, to opowieść o prostym życiu, ale i poszukiwaniu prawdziwie szczerej miłości. 



Joanna Jurgała - Jureczka zaimponowała mi nietypowym połączeniem - lekkiego humoru, gustownego dowcipu wraz z powiewem świata arystokracji. A w tym wszystkim również światek filmowy, którego prezentuje tajemniczy i sfochowany Dawid Zan. Widać zatem całą paletę barw charakterologicznych. Każdy z bohaterów bowiem świetnie wpasuje się w tło powieści, które po kawałeczku odkrywa nam poszczególne elementy pewnej układanki. Autorka nakreśliła również autentycznie bardzo szczere relacje między postaciami, gdzie niekiedy zgrzyta i iskrzy. 



Interpretacja w wykonaniu Ilony Chojnowskiej nie do końca mi odpowiada. Podkreślałam Wam już to wielokrotnie, że w tej dziedzinie jestem mega wymagająca. Były momenty, w których lektorka świetnie dopasowywała barwę i stopień intonacji do postaci, ale niestety bywały momenty, gdzie monotoniczne, takie powiedziałabym odruchowe już odczytywanie tekstu odbierałam jako tylko odczytanie, bez emocji czy głębszych refleksji. Ale, jak to mawiają - rzecz gustu. Ja, jestem wymagającym odbiorcą. A powieść polecam Wam bardzo! 




Za audiobooka dziękuję:








piątek, 7 czerwca 2019

Wyspa wspomnień - Dorota Milli






Wydawnictwo Filia 

Ilość stron: 430 

Nowość wydawnicza 




Jeśli gustujecie w powieściach, w których na pierwszy plan wysuwają się tajemnice i niedomówienia oraz skomplikowane relacje między bohaterami, to ta książka jest idealna dla Was. To moje drugie spotkanie z twórczością autorki. Pierwsze nie należało do udanych poprzez zbyt mało ekspresywną akcję w "To jedno lato". A ja lubię powieści, w których akcja toczy się określonym rytmem. Mimo iż Lilianna nie należy do bohaterek odznaczających się wysokim pierwiastkiem charyzmy, autorka nakreśliła wokół niej sugestywnie wyjątkową atmosferę, z urokiem której dajemy się porwać od pierwszych wersów. 


Niedomknięte sprawy z przeszłości potrafią skutecznie dręczyć nas w sercu. Stąd wyprawa Lilianny w miejsce, które kojarzyła raczej z dobrymi chwilami, radością i beztroską. Pozostały jednak pewne zadry i liczne niedopowiedzenia latami drążącymi uczucie, że potrzeba tak niewiele, by zagubić swoje szczęście i wewnętrzny spokój. Przyjaciółki zjeżdżają do Dziwnowa po dziesięciu latach z nowymi nadziejami i chęciami zbudowania silnych relacji, których głównym budulcem na pewno ma być szczerość i prawda. Co zastaną po przyjeździe? 



Autorka ewidentnie kreśli specyficzny nastrój. Jej bohaterowie przemawiają do nas swą niezależnością, ale i naturalnością. Sprawy, w które nas zaangażują będziemy śledzić z ciekawością ich rozwoju i finału. Tytułowa Wyspa wspomnień to oparte na wspomnieniach Lilianny miejsce, gdzie dziewczyna dokonuje swoistego rozrachunku z traumatycznymi przeżyciami mającymi głęboki wpływ na trudności z nawiązywaniem relacji w przyszłości. Obok swoich problemów Lili odnajduje wspólny język z tajemniczym Natanem. 



Wzruszająca opowieść o życiu pełnym refleksji, przemyśleń, czy głębokich doświadczeń. Każdy z bohaterów staje przed własnymi traumami, z którymi musi wreszcie się rozliczyć, pozamykać do końca i otworzyć się na nowe. Autorka kreśli ciepłą, urokliwą, ale i tajemniczą opowieść, pełną prostoty i sekretnych zdarzeń. Bardzo polecam! 




Za książkę dziękuję Wydawnictwu Filia





czwartek, 6 czerwca 2019

Podaruj mi jutro - Ilona Gołębiewska. Część I serii "Dwór na Lipowym Wzgórzu




Wydawnictwo MUZA SA

Ilość stron: 471

Nowość wydawnicza



"Rzecz jednak zadziwiająca, jak ludzkie życie może się zmienić dosłownie w jednej chwili. To jego największa tajemnica. Czas biegnie, ludzie przemijają, świat się zmienia, a wciąż nie ma odpowiedzi na najbardziej nurtujące pytania."


Żałuję, że nie miałam żadnej okazji czy możliwości poznania twórczości autorki wcześniej. Jednak, jak się okazuje, nic straconego. "Podaruj mi jutro" to ciepła saga pełna rodzinnych tajemnic, ukrytych w sercu uczuciach, zadrach z przeszłości, czy po prostu opowieść o sile kobiet, które w dążeniu do prawdy, czy poprawy relacji między sobą są gotowe na wiele poświęceń. A wszystko toczy się w malowniczych plenerach Podlasia i tak samo magicznych, jak i pełnych sekretnych miejsc związanych z tragicznymi wydarzeniami z przeszłości. Aniela Horczyńska jako właścicielka rodzinnego dworu pragnie ożywić jego mury. Czy to się uda?


Uwielbiam sagi. Zawsze odnajduję w nich cząstkę swojego świata i któryś z bohaterów szczególnie przypada mi do gustu. Nie inaczej było i tym razem. Autorka stworzyła wyjątkową, pełną emocji i tajemniczości opowieść, gdzie każda z wykreowanych przez nią postaci wyróżnia się charyzmatycznym charakterem. Każdy bowiem z Lipowczan stara się zbudować swój świat i rzeczywistość według własnych zasad i reguł. Konflikt sąsiedzki wcale nie jest niczym nowym i niestety wciąż aktualnym, jednak tym razem chodzi o zadry, które z biegiem czasu zmieniły się w poważne zarzuty dzielące dwie rodziny. Do tego ukrywana całe życie niespełniona miłość i odkrycia ściągające zainteresowanie już nawet mediów. Jednym słowem - intrygująco.


"Ludzie powiadają, że po każdej nocy nastaje dzień, po każdej burzy wychodzi słońce, a po jakimś czasie każdy problem staje się jedynie wspomnieniem."


Cieszę się, że opowieść doczeka się kontynuacji. Jestem jej bardzo ciekawa. Dobrze jest znać już tych bohaterów, chociaż tak wstępnie. Niesamowicie przypadła mi do gustu ze względu również na wyjątkowy język literacki, któremu nie brakuje intensywności w przekazie. Akcja mimo swej niespieszności odkrywa przed nami smaki i zapachy Podlasia oraz jego wyjątkowych mieszkańców. Autorka sugestywnie prowadzi nas po urokach Lipowego Wzgórza dbając, byśmy obok delektowania się tym, co powabne dostrzegali dawne wydarzenia zaklęte w śladach niedopowiedzianej, trudnej historii, z którą kiedyś mimo wszystko przyjdzie nam się zmierzyć. Ale też pokazuje, że nadzieja odnajdzie ścieżkę przeznaczenia i wspólnym krokiem dojdą do prawdy i szczęścia. Bardzo, ale to bardzo polecam!


Za książkę dziękuję:





środa, 5 czerwca 2019

Nieparzyści - Eliza Segiet





Wydawnictwo Psychoskok

Ilość stron: 66

Nowość wydawnicza




Słowo 
Lgnę do rzeczywistości
cichej, spokojnej,
bez nienawiści.

Nie interesuje mnie
język, pochodzenie, wygląd.

Lgnę do rzeczywistości,
w której słowo wolność
jest tym samym,
co jego znaczenie.

Nic dziwnego, że Poetka zdobywa prestiżowe nagrody i wyróżnienia w konkursach międzynarodowych, czy krajowych, wszak z każdym tomikiem Jej poezja jest coraz bardziej wyrafinowaną liryką bliską czynnikowi ludzkiemu i coraz częściej staje się pewnego rodzaju poezją psychologiczną w całej swej zwięzłości i minimalizmie. Bo Eliza Segiet udowadnia, że nie ważna jest ilość słów. Cały aspekt polega bowiem na ich ładunku emocjonalnym. Tomik "Nieparzyści" ostatnio towarzyszył mi w podróżach. Dostrzegłam w jego wewnętrznej płaszczyźnie charakterystyczny kod DNA każdego człowieka. Wiele jest tu zapisanych afektów i każdy z nich zyskuje swój indywidualny ciąg historii - nieprzypudrowanej, skupionej na wyszukiwaniu odpowiednich wartości wpisanych w naturę ludzkiej egzystencji.

Poetka nie skupia się tylko na dobrych momentach codzienności. Zręcznie kreśli także zło świata wyrządzane przez drugiego człowieka. Sugestywnie maluje przed nami obrazy współczesności: "Puści ludzie,/ pozbawieni współodczuwania,/ decydują o tym, jak pomóc naturze./ Zabijają,/ bo trzeba oczyścić świat ze zła." Poetka wnikliwie odkrywa karty historii, pisząc o zagładzie wojennej, przyglądając się zachowaniom zarówno ofiar, jak i katów. 


Poetka uwalnia w tym tomiku mnóstwo określonej energii, odbiega od oceniania poszczególnych konstrukcji charakterów. Ona jest kronikarzem ludzkich postaw, opisując wprost, nie upraszczając schematów, ale pokazując nawet te rozgraniczenia, którym ewidentnie przypisuje się prostotę czy niezależność bytu: "Nawet na peryferiach życia/ przetrwanie jest niewiadomą./ Pomimo wszystko,/ w bezruchu i beznadziei/ - zniewoleni/ mają wolę przetrwania.// Nie tak/ powinna wyglądać batalia o istnienie.// Nie stworzę nic więcej./ Nie potrafię![...]". Poetka nikogo nie rozlicza, nie dokonuje osądu, a jedynie portretuje bezmiar ludzkiej natury.


Mam kilka swoich ulubionych wierszy, do których wielokrotnie już wracałam i wiem, że dalej będę po nie sięgała. Wśród nich jest na pewno wiersz Przeżycia, Łoże oraz Skaza. Osobiście odbieram tę poezję jako lirykę pytań, ale i merytorycznej dyskusji, ale nie takiej przegadanej, zdecydowanie lirykę konkretów odczuć i zdarzeń. Lirykę skupioną po raz kolejny na wnikliwą psychologię postaw. Metaforyczny wydźwięk poszczególnych wersów tworzy trasy celnie ujętych zdarzeń i pragnień osobistych Poetki, która skupia naszą uwagę na tym, co zwyczajne i proste.

Niesamowite przeżycia, po których sięgnięcie gorąco Was namawiam! 

Za tomik dziękuję Autorce!




[Audiobook] Temat na pierwszą stronę - Umberto Eco






Oficyna Literacka Noir Sur Blanc

Czas trwania: 5h 45min.

Czyta: Mariusz Bonaszewski




"Im więcej ktoś wie, tym bardziej nie powiodło mu się w życiu."

Właściwa interpretacja opowieści jest kwintesencją znakomitego audiobooka, którego nie tylko z przyjemnością się słucha, ale z jeszcze większą poleca wszystkim, którzy tę wersję powieści lubują, podobnie, jak ja. Nie będę ukrywała, że pan Bonaszewski dokonał tu mistrzostwa. Chociaż sama powieść ma nieco tajemniczy wydźwięk emocjonalny, doświadczenie lektora odegrało tu określoną, a nawet kluczową rolę. 



Wraz z bohaterem przenosimy się w czasie, do roku 1992. Colonna zostaje wplątany w intrygujący projekt. Redakcja gazety, która wszystko na to wskazuje, nie ujrzy światła dziennego, ma zająć się pisaniem treści - artykułów odnoszących się i zgłębiających często kontrowersyjne nagłówki gazet z ostatnich lat. Obok humoru redakcyjnego otrzymujemy tu znakomicie skrojoną opowieść psychologiczną. Autor testuje na swoim bohaterze możliwości ludzkiego umysłu. Na ile jest on w stanie poradzić sobie w niecodziennych, nietuzinkowych, a nawet kontrowersyjnych sytuacjach. Colonna staje się powiernikiem tajemnic i sekretów swoich kolegów "po fachu", a przy tym sam należy do życiowych nieudaczników, którym w życiu rzadko co się udaje. Nie brakuje także spisków i śledztwa, ściśle dotyczącego śmierci, tudzież ucieczki Benito Mussoliniego. Do tego sposób działania ówczesnych mediów, które miały potężną siłę i rangę w przekazie. Eco to także mistrz w autentycznie nakreślonej atmosferze tamtych lat. 


I oczywiście rewelacyjna interpretacja. Tu było odpowiednio oddane napięcie, ale i ciekawość w oczekiwaniu na kolejno poruszane przez autora wątki. Idealnie zinterpretowana opowieść, której nie brakowało podziału na role, świetnie odczytanych opisów i energicznie poprowadzonej akcji, w której bez przerwy coś się działo. Do tego ta specyficzna barwa głosu i idealnie 

Przyjemnie się słuchało i z nieukrywaną przyjemnością Wam polecam!




Za audiobooka dziękuję  
Noir Sur Blanc